PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Doom Patrol – Tom 1

[RECENZJA] Doom Patrol – Tom 1

Zamiast zaczynać ten tekst encyklopedycznym streszczeniem skąd wziął się Doom Patrol i czy to X-Men byli pierwsi, jak to zwykle może bywać w polskich opracowaniach, zacznę od odrobiny prywaty. Był rok 2007. Na ekranie polskich telewizorów swoją premierę miał właśnie czwarty sezon jednej z moich ukochanych kreskówek, czyli Młodych Tytanów. Zachwycony jego rozmachem i obraną poważną konwencją fabularną nie mogłem się doczekać, kiedy będę mógł wrócić do tego świata w kolejnych sezonach. Szara rzeczywistość jednak składała się wyłącznie w powtórek sezonów 1-4, gdyż  piąta seria nigdy się u nas nie pojawiła. Wiedząc jednak o jej istnieniu z tajemniczego wynalazku zwanego Internetem, postanowiłem go odnaleźć. I choć mój angielski nie pozwalał jeszcze na wykłady w Cambridge, dzielnie obejrzałem cały sezon numer 5 oraz film pełnometrażowy, dopowiadając sobie niezrozumiałe fragmenty. A było to doświadczenie dość niecodzienne, jeszcze w innego powodu. Sezon piąty bowiem uzmysłowił mi, że w zakamarkach uniwersum DC Comics, kryją się jeszcze inne, ciekawe indywidua. Nietrudno domyślić się, że nowymi postaciami jakie wtedy poznał mały Chester był Doom Patrol, choć nie miał on wtedy jeszcze pojęcia jak ważni się dla niego staną. I jak bardzo będą oddawać szereg jego fascynacji na przestrzeni lat.

Ale żeby prześledzić czemu Doom Patrol jest jednym z najwybitniejszych dzieł komiksowych w swoim gatunku (spoiler z końcowej oceny, zainteresowanych argumentami zapraszam dalej), należy przyjrzeć się dokładniej kilku elementom, które stanowią jego podporę. Przede wszystkim, musimy uświadomić sobie skąd właściwie wziął się oryginalny Doom Patrol. I nie mam tutaj na myśli wyliczenie dat, imion herosów i szczegółów wydawniczych oraz obligatoryjnego pytania „czy to X-men papugowali po Doom Patrolu”. Pierwotna grupa „Najdziwniejszych bohaterów na świecie” zaczynała w czasach, kiedy gatunek superbohaterski w amerykańskim komiksie zaczynał dopiero przybierać stereotypowo uznany kształt. Z tego też powodu, diegetyczny superbohater nie był od razu przyjmowany przez diegetyczną społeczność z uznaniem, jakim dziś darzy się członków Ligi Sprawiedliwości. W końcu jeśli ktoś strzela z oczu laserem i nosi majtki na spodniach, nie może być normalny, więc najlepiej przegnać go z miasta. I choć ten temat zdaje się bardzo blisko rezonować z inną seria komiksową, publikowaną w konkurencyjnym wydawnictwie, pojawia się tutaj pewien detal. Twórcy Doom Patrolu wiedząc, że tworzą eskapistyczną i nienaturalną historię, postanowili wziąć sobie do serca jej specyfikę. Innymi słowy, nie czuli potrzeby, by obudowywać swojego komiksu wielopoziomową metaforą, a wykreować świat, który zaintryguje czytelnika tym jak dziwny jest.

Dodatkowo, ojciec drużyny – scenarzysta Arnold Drake, zamierzał nieco zmienić konwencję, która zaczynała zdobywać popularność i stopniowo ujednolicać rynek. „Bohaterowie z problemami” w połączeniu z dość skostniałą formułą jaką promowało m.in. rodzime DC Comics, sprawiło że scenarzysta postanowił zaproponować czytelnikom coś nowego. Tym sposobem na świat przyszli najdziwniejsi herosi świata, którym w absurdzie i surrealizmie, nie ustępowali także ich przeciwnicy i sprzymierzeńcy. The Brain, czyli odizolowany mózg z słoiku, mówiący po francusku goryl-geniusz Monsieur Mallah, Animal-Vegetable-Man zmieniający się w fuzję trzech wymienionych przedmiotów, czy posiadająca świadomość, transpłciowa ulica o imieniu Danny… Pytam zatem retorycznie, czy za powrót Doom Patrolu do zbiorowej świadomości, mógł zabrać się ktoś inny niż najdoskonalszy szkocki mag chaosu?

Grant Morrison to przybyły z Wysp Brytyjskich scenarzysta, wpisujący się w tzw. „brytyjską inwazję”, którą przeprowadziła w latach 80-tych grupa uzdolnionych twórców na amerykański rynek komiksowy. Czujący potrzebę artystycznego wyrazu już od najmłodszych lat Szkot wszedł w świat niemal ukradkiem. Publikując początkowo komiksy w pełni niezależne, cichaczem dostał posadę w 2000A.D., by zaraz potem własnoręcznie zainicjować renesans jednego z zapomnianych bohaterów DC Comics. A dalej było już tylko więcej i bardziej, bowiem w roku 1989 Grant Morrison wywrócił kilka światów do góry nogami w taki sposób, aby już nikt nigdy nie chciał znaleźć się ponownie na ziemi. Nic dziwnego zatem, że w roku 1989, gdy na sklepowe półki trafił zeszyt Wypełzając z wraku, Doom Patrol wszedł w okres jeszcze dziwniejszy niż oni sami. Morrison zorganizował tytułowej grupie swoiste przearanżowanie, oraz boleśnie przypomniał jakie miejsce zajmują w społecznej hierarchii świata DC Comics.

Sam scenarzysta przyznawał, że inkarnacja, którą zastał zdawała mu się zdecydowanie zbyt zwyczajna, a jako że najdziwniejsi herosi na świecie muszą borykać się z problemami, dla których Superman, Batman czy inni peleryniarze są zbyt dumni i nudni, nic dziwnego że Morrison odszedł od klasycznej superbohaterszczyzny. Choć przytoczone wcześniej superbohaterskie problemy nie są integralną częścią historii, Morrison oferuje nam wgląd w psychikę członków Patrolu. Jednak nie są one powodowane koniecznością ukrywania swojej tożsamości, traumą z dzieciństwa, czy obietnicą daną zmarłemu wujowi. Doom Patrol to grupa ludzi, która wpadła w głąb bagna, wyłącznie dlatego, że tak chciał los. Nie zostali bohaterami z poczucia obowiązku. Ba, w ogóle nie zostali bohaterami. Są zwyczajnie bandą wykolejeńców, którzy jako jedyni posiadają kompetencje do wykonania brudnej roboty. A takiej reprezentacji w popkulturze bardzo nam potrzeba.  Jak ujął to sam Morrison: „Pamiętacie, jak wszystkie inne dzieciaki z podwórka uważały Supermana i Batmana za swoje wzorce do naśladowania? No cóż, jeśli potrafiliście się utożsamić jedynie z ludzkim mózgiem w metalowym ciele albo z facetem całym w bandażach i wyrośliście na dziwnych osobników, witajcie w domu. Jesteście teraz wśród przyjaciół.”

 

Ale nawet nie utożsamiając się z pozbawionym płci kosmicznym bytem negatywnym, jestem w stanie z ogromną przyjemnością odnaleźć się na stronicach nowych przygód  Doom Patrolu, z powodu inspiracji, jakie widać w pracy Morrisona. Przede wszystkim, nie sposób nie zauważyć faktu, że scenarzysta jest osobą nie tylko artystycznie świadomą, ale także samoświadomą. Notorycznie naigrywanie się ze specyfiki świata DC Comics i jego bohaterów, sprawiają że wydźwięk wyalienowania tytułowych bohaterów, jest jeszcze czytelniejszy. Ale o wiele większa świadomość dotyczy tutaj artystycznego know-howu i szeregu nawiązań, jakimi posiłkuje się Morrison. Najważniejszym jest tutaj wg mnie sztuka nowoczesna. Zarówno sama z siebie, jak i kilka jej szczególnych nurtów. W wywiadzie udzielonym w ramach filmu dokumentalnego Grant Morrison: Talking With Gods Szkot przyznał, że duża część pomysłów na intrygi, przyszła do niego zupełnym przypadkiem. Sposób pisania jaki obrał, był bowiem formalnym eksperymentem, w którym Morrison stukał w przypadkowe klawisze, a autokorekta w jego komputerze doszukiwała się sensu w chaotycznym ciągu znaków. To właśnie esencja Doom Patrolu, który nie kwestionuje dlaczego akurat dzieje się to co się dzieje? Szambo się wylało, fekalia wpadły w wiatrak a chaos wiedzie prym, więc oczywiście ogarnąć to wszystko muszą najwięksi dziwacy. Ale co to ma wspólnego ze sztuką, skoro jest ciągiem przypadkowych skojarzeń i znaków?

Aż prosi się by powiedzieć, że wręcz wszystko. Pomimo ogólnego uwielbienia do wyidealizowanych greckich rzeźb, renesansowych proporcji, czy pełnych rozmachu batalistycznych scen, sztuka nie kończy się wyłącznie na sztuce rzemieślniczej. Kilka dekad temu, na skutek rozwoju technologii umożliwiającej rejestrację obrazu, wielu twórców na całym świecie uznało, że realizm przestał mieć sens. W swoich dziełach zaczęli eksperymentować z ludzką percepcją, a z czasem także z samą ideą sztuki, co zaowocowało niemałym przewrotem. I tak jak Jackson Pollock chlapiący na wielkie płótno strumieniami farby tworzy dzieła warte grube miliony dolarów, tak Grant Morrison przemienia ciągi przypadkowych znaków w eskapistyczne historie, balansujące na granicy snu i klasycznej powieści przygodowej. I choć może brzmieć to jak nadinterpretacja pojedynczej specyfiki pracy, scenarzysta uświadamia czytelnikom, że jego rozeznanie w kwestii sztuki sięga o wiele dalej. Nie chcąc streszczać całej fabuły danego zeszytu, postaram się być zachowawczy, jednak by ukazać wam ogrom pomysłów Morrisona, muszę opowiedzieć nieco o „Obrazie, który pożarł Paryż” . Za pomocą tytułowego malowidła, grupa niegodziwców postanawia, a jakże, pochłonąć całe miasto. Z jakiego powodu? Absolutnie żadnego. Grupą, która dokonała niegodziwego aktu zła, było bowiem nowo powstałe Bractwo Dada, które bardzo wzięło sobie do serca założenia nurtu o tej samej nazwie. O co w nim chodziło? O wszechobecny chaos i absurd, powstały na zgliszczach starego świata, który miał spłonąć w czasie I Wojny Światowej. I dokładnie w tym celu Bractwo postanawia „zniknąć” całe miasto.

Jednakże artystyczne powiązania nie kończą się na ideologii złoczyńców, bowiem im głębiej w obraz, tym więcej warstw. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Złowieszcze i łakome malowidło kryje w swoich trzewiach kolejne poziomy, kondensujące w sobie całe nurty artystyczne, sięgające zapewne aż do początków ludzkiej cywilizacji. Doom Patrol zatem zmuszeni są skakać od hiperrealizmu, przez postimpresjonizm i futuryzm, po futuryzm i surrealizm, a w dodatku pokonać Jeźdźca Apokalipsy, który żywi się esencją każdej z epok, zyskując nowe supermoce. I tutaj stawiam pytanie. Jeśli to nie jest metafora twórcy, który garściami czerpie ze sztuki z całym dobrodziejstwem inwentarza, to co nią jest? Z resztą nie potrzebujemy do wsparcia tej tezy bezpośrednich odniesień do malarstwa. Literatura tasowalna, osobowości wielorakie, outsiderstwo i cała masa innych tematów, to tylko wierzchołek góry lodowej zwanej Grantem Morrisonem. I jeśli lodowiec z imieniem szkockiego scenarzysty to dla Was za dużo, radzę odpuścić sobie i Doom Patrol. Bo będzie tylko dziwniej.

Ten krótki tekst nie odda w pełni wielkości mojej miłości do Doom Patrolu. Morrison to prawdopodobnie jeden z najciekawszych twórców komiksowych XX wieku i jeśli jego codzienne rozważania choć w promilu przypominają to, co przelewa na strony scenariuszy, mógłbym do końca życia słuchać wyłącznie jego monologów a i tak czułbym się spełniony artystycznie. To rewelacyjna odskocznia od superbohaterskiego mainstreamu, zarówno dla tych, którym herosi jeszcze się nie znudzili, ale są skłonni eksperymentować, jak i dla tych, których wielkie uniwersa zaczynają nudzić i potrzebują perspektywy dystansu. Jedyne co może być wymagane do czerpania radości z przygód Najdziwniejszych Bohaterów Świata, to otwarty umysł. Bez tego, nie będziemy w stanie nacieszyć się komiksem i wszystkiego jego kontekstami i absurdem. Ale z drugiej strony, nie zostanie nam też wiele do cieszenia się z życia.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Promethea: Księga Pierwsza

Patrząc na ofertę polskich wydawców komiksowych, można odnieść wrażenie, że bibliografia Alana Moore’a to worek …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *