PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Deadpool tom 7: Grzech Pierworodny

[RECENZJA] Deadpool tom 7: Grzech Pierworodny

Tym razem bez ekspozycyjnego wstępu, bo wszyscy dobrze wiemy o kim mowa i jak dużo czasu gości on na naszym rynku. Siódmy tom… jak ten czas szybko leci. Ilość przygód jakie w tym czasie przeżył Deadpool jest naprawdę zaskakująca, a odcienie jakie przybierały te historie oscylują na obu biegunach skali. Ostatnio niestety wartości liczbowe poziomu fabularnego nie osiągały sporych rozmiarów, dlatego bardzo ostrożnie zabrałem się za Grzech Pierworodny. Zobaczmy, czy moje obawy były słuszne.

„Deadpool ma córkę!” – krzyczy do nas tylna okładka siódmego tomu . Deadpool oczywiście wzorem pedagoga i rodzica nigdy nie był, zatem rodzi się pytanie, w jaką stronę podąży taka historia. Choćby po samym teaserze momentalnie rodzą się kolejne pomysły na fabułę, w której Wade przełamywałby pierwsze lody kontaktów z nieznaną wcześniej latoroślą. Czy dostaniemy wciągające klimatem kino drogi rodem z Logana? Powolne i melodramatyczne odkrywanie historii ich rozstania? A może slaplstickową komedię omyłek nie stroniącą od czarnego humoru? Nic z tych rzeczy, bowiem najnowsza część przygód Deadpoola zapewne nie ma pojęcia czym chce być. Chyba, że planowano zrobić z Grzechu Pierworodnego kiepskie exploitation z lat 70.

Zarówno tytuł jak i zapowiedź z tyłu komiksu mówią o zupełnie innej historii niż ta, którą widzimy na kartach komiksu. Przez znaczną większość opowieści bowiem, oglądamy jak Deadpool w afro eliminuje całe zastępy wampirów przy pomocy miotacza światła i zmutowanej blond piękności – Dazzler. Na drugim planie pomaga mu zrobotyzowana agentka Preston, a na jego życie dybie samozwańcza organizacja terrorystyczna. Samo z siebie brzmi to jak hit z seansów Grindhouse , ale dodajmy do tego wątek, którym tak chwali się wydawca. Owszem, Deadpool będzie musiał jeszcze oswobodzić swoją zaginioną córkę z rąk oprawców, ale powaga nadal utrzymuje swój zerowy poziom. Na poziomie konwencji jest to całkowicie zrozumiałe, jednakże nieumiejętne wartościowanie jednych wątków nad drugimi sprawia, że całość zupełnie nie wybrzmiewa.

Naprawdę byłbym w stanie łyknąć taką pulpową konwencję. Miejscami nawet mogę nazwać się jej fanem. Niestety nie sposób potraktować bohatera, ani jego problemów poważnie, bez zachowania proporcji i atmosfery. Scena dramatyczna nie spełni swojego zadania, jeśli bierze się ona znikąd. Subtelne jak uderzenia otwartą dłonią w twarz ekspozycje nie załatwią sprawy odpowiedniej konstrukcji scenariusza. To tak jak ze zwrotami fabularnymi. Delikatnie zaznaczone elementy opowieści powinny połączyć się w całość w taki sposób, by odbiorca kwestionował samego siebie, nie wiedząc jak mógł w trakcie lektury przegapić niepozorne, acz znaczące detale. Niestety scenarzyści przypominają sobie o istotnym wątku dopiero w dwóch ostatnich zeszytach. To jak dopisana w ostatniej chwili odpowiedź na kartkówce, na którą ewidentnie się przygotowałeś. A nóż się uda. Ale nie udało. Bo gdzie w pogoni za wampirami na wrotkach znajdę przywiązanie do córki? Ktoś wie? Ktokolwiek?

No ale jeśli opowieść nie stoi dramatyzmem, musi stać czymś innym. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że wyłącznie tytułem. Wszystkie wątki zaprezentowane w Grzechu Pierworodnym są jak skrawki promocyjnych haseł rzucane czytelnikowi w twarz. Wątek wampiry vs potwory stał się tak powszedni… Wysłanie Deadpoola by zabił zastęp wampirów, jest jak wizyta po mleko w osiedlowym spożywczaku. Zagrożenie jest bliskie zeru, przez co nie mamy jak przejąć się bohaterem. Co dalej… Pojawienie się Dazzler. Urocza mutantka jest przekonana, że Wade walczy w imieniu Fantastycznej Czwórki, co ma stanowić świetny „kontrast poznawczy”. Ponownie, który to już raz? Mam już dość postaci, które wciąż zdają się być w szoku, że Deadpool jest wulgarny, brutalny i irytujący. Fool me once… Oczywiście prowadzi to do sytuacji, gdzie żaden z bohaterów na przestrzeni opowieści nie przechodzi koniecznej przemiany. Piszę te słowa mając świadomość istnienia zwrotu o 180 stopni, wciśniętego w ostatni akt. Scenarzyści wyjmują zeszyty, temat dzisiejszych zajęć: Rozwój postaci – jak poprzez lenistwo zabić charakterologię? Będę odpytywać w następnym tomie.

Zostaje też mały element doboru tytułu. Tak jak kilka miesięcy wcześniej czepiałem się Thunderbolts w starciu z Nieskończonością, tak i tutaj muszę zakwestionować ideę Grzechu Pierworodnego. Wątek główny w kilku równoległych seriach, owocujący zasadniczą, wydaną osobno opowieścią. Jak została wstawiona w rdzeń fabuły? Cóż, trochę tak jak reklamy wyskakujące w połowie materiałów na YouTube. Niby algorytm przypisał ją przez pokrewne wyszukiwania, ale i tak nie wiecie skąd się tu wzięła. Oto i Original Sin. Nie ma czego kliknąć, ale wystarczy przewrócić kilka stron i voila. Wracamy do meritum.

Zostaje jeszcze obowiązkowa formalność, oprawa wizualna. Mam bardzo mieszane uczucia względem twórczości Johna Lucasa. Jeśli chodzi o ukazanie postaci w ruchu, czy chociażby samej plastyki ciała, sprawdza on się naprawdę fajnie. To bardzo zgrabny balans między w pełni kreskówkową przesadą, a pewną dozą naturalizmu. Jednakże całość ma gigantyczny minus – mimikę. Skoro ma być nieco karykaturalnie, nie powinienem narzekać. Jednakże miny jakie przybierają niektóre postaci wyglądają jak wycięte z serialu „Ren & Stimpy”. Póki mordujemy wampiry jest fajnie, ale jeśli mam poczuć jakąś więź z bohaterami, dopilnujcie żeby nie wyglądali jak memy wstawiane jako reakcje na facebooku.

Swoimi rysunkami zaszczycił nas także Scott Koblish. W jego kierunku kieruję jednocześnie swoisty ukłon, jak i wykrzyczane we wzburzeniu pytanie. Kreska artysty ma jak zwykle, imitować standard czasów, w których dzieje się akcja. Jeśli ktoś z Was ironicznie kocha lub po prostu nienawidzi Roba Liefelda, nie będzie mógł przeoczyć tutejszych rysunków. Tak śmiałej drwiny z lat 90-tych nie widziałem dawno, co nieco poprawiło moje odczucia. Jednak tylko przez chwilę, bowiem zaraz po skopaniu tyłka zastępom Alpha Fight, dostajemy najcięższą emocjonalnie scenę w komiksie… Scott, masz ty w ogóle godność i honor człowieka?

Podsumowując. „Deadpool – Grzech Pierworodny” to kolejne wielkie rozczarowanie. Seria zdaje się zjadać własny ogon tak szybko i łapczywie, jakby właśnie skończył się wielomiesięczny post. Obiecuje kilka ciekawych wątków, by finalnie pominąć je zupełnie, albo rozwiązać je na poziomie kiepskiego fanfiction. Dawno przestałem podniecać się kolejnymi tomami przygód Deadpoola, dlatego też następny przywitam niemal z obowiązku. Tym bardziej, że i on ma zahaczać o większy event. Kończ waść, wstydu oszczędź.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Daredevil: Nieustraszony tom 1

Wiele czynników złożyło się na to, że Daredevil jest dzisiaj moim faworytem wśród komiksowych herosów. Już …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *