PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Deadpool Tom 5 – Wyzwanie Drakuli

[RECENZJA] Deadpool Tom 5 – Wyzwanie Drakuli

Od pewnego czasu formułowanie tych wstępów do recenzji mija się z celem. Deadpool to obecnie postać, która na stałe zagościła w komiksowych krajobrazie Polski i nie sądzę żeby zamierzała stąd znikać. Stąd też wprowadzenie opisujące kim Pyskaty Najemnik jest i z jakim komiksem mamy do czynienia nie będzie potrzebne.

O tym, że zarówno autorzy historii o Deadpoolu, jak i sam zainteresowany podchodzą doń z dystansem wszyscy już wiemy. Poziom absurdu czy niespodziewanych zachowań przekracza tu umowną skalę raz za razem. Jednak nigdzie nie było to tak widoczne jak w piątym tomie przygód wygadanego najemnika. Tym razem zleceniem jakie zaproponowano Wade’owi jest… przewiezienie jednej z egipskich mumii, niejaką Siklah, by mogła zostać żoną Draculi. Kiedy już przełkniemy ten niecodzienny rdzeń fabularny, zabawa dopiero się rozkręca.

Na naszego „herosa” czekają bowiem wilkołaki, przybysze z obcych planet i centauro-łaki chore na cukrzyce, połączone z kosmicznym symbiontem. A wszystko to po to, by wykreować niezbyt odkrywczą opowiastkę z historii „bohater zakochuje się w kobiecie, po którą go wysłano”. Nieraz to widzieliście, nieraz jeszcze zobaczycie. Oczywiście przyznaję, komiks nie miał cały czas zachowywać grobowej powagi, czy raczyć nas trudną przeszłością Wade’a. Jednak główny problem Wyzwania Draculi to zaskakujący brak konsekwencji. Wygląda to tak, jakby na jakimś młodzieżowym forum spytano kilku użytkowników z kim ich zdaniem powinien walczyć Deadpool. Zebrane odpowiedzi zmieniono w zestaw luźno związanych ze sobą scenek, zilustrowano i rzucono na półki księgarni. Osobiście wolę humor sytuacyjny, niż ten przypominający powyrywane z listy „TOP 10 Random Memes of 2016” gagi, ale nie tylko mi ma schlebiać ta seria.

Niestety fabuła traci również wtedy, gdy spojrzymy na cały run Posehna i Duggana. Poprzednie historie (nawet wliczając przeciętny tom 4-ty) tworzyły spójną całość. Mieliśmy możliwość śledzić zmiany jakie zachodzą w naszym bohaterze przez pryzmat kolejnych wyzwań. Bardziej lub mniej poważnych. Tutaj jedynym elementem postaci, jaką znamy z poprzednich historii jest humor. Perypetie z jakimi mierzy się tutaj Deadpool nie niosą za sobą żadnych większych konsekwencji, jeśli nie liczyć kwitnącej miłości głównego bohatera i jego towarzyszki. To po prostu bardzo długa sekwencja lania się po pyskach z nieco czarniejszymi dowcipami od czasu do czasu. Spłyca to w moich oczach postać Deadpoola.

Jeśli miała to być próba dodania mu głębi, odcięcia od przeszłości i rozpoczęcia od nowa, spaliła na panewce. Głównie dlatego, że przyczynek do romansu Wade’a jest szyty strasznie grubymi nićmi. Ani przez moment nie poczułem, że ich relacja rozwija się naturalnie. Ot, scenarzysta potrzebował zeswatać ze sobą dwie postacie. Nie wiedział jak to zrobić płynnie, więc po prostu uznajmy, że dwójka odmieńców pasuje do siebie dla zasady. Sensu jak na lekarstwo, ale skoro serwuje się nam skąpo ubraną pannę, która lubi zabijać, to wątpię, że ktoś z męskiej części publiki podniesie krzyk rozczarowania. Nie mam zbyt wielu uwag do samej postaci Shikli. Jest wystarczająco kompetentna by odgryźć głowę komu trzeba, ale na tym fundamencie raczej nie zbuduje mojej sympatii. Optymistycznie liczę na to, że w nadchodzącym tomie dostanie do kompletu supermocy kilka cech charakteru .

O postaciach z trzeciego planu zwyczajnie nie warto wspominać. Dracula jest tu po to, by dostać w kły, a reszta bohaterów z przepastnego uniwersum Marvela jest tu dla samych odniesień. Jeśli zdarzyło wam się w czasie lektury rzucić do siebie w myślach „o, pamiętam go”, to znak że scenarzysta sprostał zadaniu. Bo nie mogło tu chodzić o nic więcej, bowiem żadna z tych postaci nie jest istotna dla szerszej fabuły. Przywodzi to na myśl kreskówkę o Spider-Manie z lat dziewięćdziesiątych, w której gościnne występy innych bohaterów Marvela niemal przysłaniały zasadniczą opowieść. Niby są tu po coś, ale to tylko ozdobniki, bez których historia poradziłaby sobie świetnie. Możliwe, że miało to osadzić wydarzenia w większym, otwartym świecie, ale dopóki nie będą one niosły za sobą realnych konsekwencji, nie będą potrzebne. Szkoda marnować czas i papier.

Na szczęście komiks próbuje przysłonić ten lekki niesmak oprawą wizualną. Rysunki Browna mają w sobie na tyle dużą porcję elastyczności, że sprawdzają się zarówno w scenach komediowych, dramatycznych i tych pełnych akcji. Kolorystyka dobrana jest na tyle uniwersalnie, że nawet bez większych zmian w tonacji barwnej danych kadrów, współgra z wydźwiękiem różnorodnych scen. Jedynym mankamentem strony wizualnej jest, jak na ironię, jej bezpieczeństwo. W tym wszystkim brakuje specyficznego pazura. Gdyby te pomniejsze, subtelnie zarysowane epizody, które wyznacza pojawienie się kolejnych postaci, dostały inną oprawę, całość wypadłaby ciekawiej. Gdyby zmienić opowieść w swoisty zestaw nowelek o odrębnej szacie graficznej, połączonych tylko głównym trzonem fabuły, wartość artystyczna znacznie by wzrosła.

Mówiąc szczerze, nie wiem w czyjej głowie zrodził się pomysł na tę opowieść. Mógłbym bezpośrednio zrzucić to na karby scenarzystów, ale historia wydania tego tomu nie jest tak oczywista. Podczas gdy Deadpool kontra SHIELD było lekkim potknięciem się Pusehna i Duggana, Wyzwanie Draculi to już ewidentny upadek na glebę. Może nie wybili sobie tym wszystkich zębów, ale niewątpliwie ciężko będzie im ugryźć kolejny tom. Tak samo jak mi.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] Deadpool odwiedza Szkołę Xaviera w najnowszym zdjęciu zza kulis!

Trwają właśnie zdjęcia do filmu  Deadpool 2. Tym razem zatrzymali się w Zamku Hatley w …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *