PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Deadpool Tom 1: Martwi Prezydenci

[RECENZJA] Deadpool Tom 1: Martwi Prezydenci

Szał na Wade’a Wilsona nadal trwa! Po niezaprzeczalnym sukcesie filmu Deadpool, „Najemnik z Niewyparzoną Gębą” zdobył szturmem serca polskich fanów. Osobom czującym niedosyt z powodu skąpej ilości filmowych przygód, z odsieczą przybywa polski rynek komiksowy. W ukazującej się u nas już od jakiegoś czasu serii Marvel Now, znalazło się miejsce i dla naszego wygadanego ulubieńca.

Deadpool: Martwi Prezydenci to niemalże kwintesencja przygód Wade’a Wilsona. Nasz protagonista musi uporać się, ze wskrzeszonymi amerykańskimi prezydentami, którzy postanawiają wziąć przyszłość Stanów Zjednoczonych w swoje ręce przez… zniszczenie ich i zaczęcie pracy od nowa. Jest on wprost idealną osobą do tego zadania, wszak wszyscy szanujący i liczący się w mentalności odbiorców bohaterowie, nie mogą pojawić się w mediach, bijąc Ojców Założycieli po gębach. Tego faktu świadomi są nie tylko zleceniodawcy Wilsona, ale i autorzy komiksu. I to jego największy atut. Samoświadomość z jaką przychodzi operować twórcom, jest widoczna przez cały czas trwania fabuły i nadaje komiksowi, ten nietuzinkowy i specyficzny klimat. Notoryczne jechanie po bandzie, granie absurdem, żarty słowne, tuziny referencji i easter eggów. Czego tu nie ma? Mając na względzie jak fabularnie prezentują się inne komiksy z Domu Pomysłów wydawane zarówno u nas jak i za granicą, Martwi Prezydenci to świetna odskocznia od historii stricte superbohaterskich. Nie żeby były one złe, no ale ile można? Od patosu też trzeba odpocząć.

Przeprawa przez tę krainę absurdu mogłaby być trudna lub nieprzyjemna, gdyby osoba nas przezeń prowadząca, była nieciekawa. Ale wszyscy już doskonale wiecie, że przy Deadpoolu nudzić się nie można. Nawet jeśli nie każdy żart padający z jego ust wywoła na Waszych, szeroki uśmiech, nie odmówicie mu uroku. Groteskowego i nieco obrzydliwego, ale jednak uroku. Samoświadomość Wade’a sprawia, że o wiele łatwiej nam się z nim zżyć. Wszak cały majdan jaki ma miejsce na kartach komiksu, zadziwia zarówno nas jaki i jego. Co prawda my możemy nie mieć dodatkowego głosu w głowie, ale fakt, że bohater mówi bezpośrednio do nas, stwarza iluzję dialogu, co nieco uatrakcyjnia odbiór. Jest jeszcze jeden, dodatkowy element, o którym zapominają niektórzy czytelnicy, ale (przynajmniej wg mnie) nie powinien być pomijany. Wade Wilson, to nie tylko klaun. To męczennik. Człowiek, który walczy z całym złem jakiego doświadczył, za pomocą absurdu, dystansu i poczucia humoru. Chcąc uniknąć spoilerów, odeślę Was do ostatniej sceny, po finałowej batalii. Tam widać jak na dłoni, jakie miejsce w obecnym świecie zajmuje nasz bohater i kim jest dla innych herosów. Czy zareagujecie uśmiechem, czy grymasem dezaprobaty, zależy od Was. Lecz obie reakcje, będą zrozumiałe.

Problem niestety pojawia się, gdy zaczynamy oceniać postaci drugoplanowe. Jedynym jasnym punktem, w bezmiarze ciemności jest… duch Bena Franklina, który wspiera naszego protagonistę. Wykracza poza formułkę „comic relief” i autentycznie pomaga Wade’owi. Może nie służy ciosem, ale radą jak najbardziej. Skrajnie nieoczywisty wybór, pasujący absurdem do konwencji historii. Jestem w stu procentach za. Na nieszczęście dla czytelnika, to jedyny godny uwagi bohater drugiego planu. Pani agentka Preston, dowolny członek SHIELD, czy Doktor Strange… To kolejne punkty fabuły, które same z siebie nie oferują prawie nic. Gdyby nie humorystyczne podejście naszego bohatera do relacji z wyżej wymienionymi, zapomniałbym zupełnie, że pojawiają się oni w tej historii.

O wiele bardziej zapadła mi w pamięć mnogość lokacji i sytuacji, w jakich pojawia się Deadpool. Nie odbiorę Wam przyjemności z odkrywania tych elementów osobiście, więc ograniczę się do tej zdawkowej relacji. Ale muszę napisać jedno, sekwencja w zoo jest rewelacyjna.

Z tym elementem, musi dobrze współgrać strona wizualna. A jako że Tony Moore nie jest palcem robiony, nie ma się czego obawiać. Design postaci, ekspresja na ich twarzach, plenery i widowiskowa rozwałka. Oglądanie plansz jego autorstwa to czysta, nieskrępowana przyjemność. Doświadczenie zdobyte w Walking Dead jest widoczne w chwilach przepełnionych latającymi bebechami. Aż miło popatrzeć gdy robotę wykonuje się tak dobrze. Pozostaje tylko żałować, że prace Tony’ego nie pojawią się w drugim tomie. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Podsumowując ten zestaw luźnych myśli. Martwi Prezydenci to naprawdę zabawna, angażująca i przyjemna lektura. Choć nie jest niczym skrajnie nowatorskim, na tle bliźniaczo podobnych do siebie opowieści z uniwersum komiksowego, wypada bardzo świeżo. Choć ten tom stanowi zamkniętą, fabularną całość, kontynuacja zapowiada się obiecująco. Scenarzyści widocznie wiedzą co robią i mam nadzieję, że Łowca dusz będzie równie udanym zakupem.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Thor J. Michaela Straczynskiego

Wydany w Dzień Dziecka album zatytułowany po prostu Thor (bez żadnego rozwinięcia, podtytułu czy charakterystycznego …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *