PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Deadpool: Back in Black (2016)

[RECENZJA] Deadpool: Back in Black (2016)

Deadpoola i Venoma nikomu chyba przedstawiać nie trzeba. Ulubieńcy fanów, którzy na przestrzeni lat, doczekali się kilku solowych serii, tym razem spotykają się w duecie – Deadpool: Back in Black. Od tej dwójki można oczekiwać zarówno kłopotów, jak i zabawy. Pięcio-zeszytową opowieść o przygodach tych antybohaterów otrzymaliśmy w ostatnich miesiącach 2016 roku.

Podobno zanim Venom trafił na Spider-Mana miał krótki epizodzik z Wadem Wilsonem. Okazuje się, że kiedy w latach 80 Deadpool wylądował w innym wymiarze, miał kontakt z Venomem myśląc, iż jest to jakiś nowoczesny, czarny strój. Wyczuł jednak, że jest z nim coś nie tak i wycofał się, zanim Klyntar (tak nazywa się rasa owych kosmicznych symbiontów) przejął nad nim kontrolę. Spotykają się ponownie po tym, jak Parker zrzuca z siebie symbionta.

Pięć zeszytów składa się na na krótką przygodę z mutantem i obcym. Jak zwykle nie brakuje w nich humoru i krwi. Duet walczy z inwazją Snarków, White Rabbit i jej krwiożerczymi króliczkami oraz myśliwym Kravenem. Do tego dochodzą kosmiczni łowcy głów pod wodzą Killer Thrill, której celem jest właśnie połączony z najemnikiem symbiont.

Scenariusz do serii spisał Cullen Bunn, który ma całkiem duże doświadczenie w tworzeniu przygód Wade’a Wilsona. Nie mam wątpliwości, że jest to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Urzekł mnie sposób, w jaki podszedł on do tej serii. Bunn wrócił do „starego” stylu, w prawie każdym panelu uzupełnia narrację za pomocą tekstu. Mimo przejrzystych grafik, niektóre kadry rzeczywiście tego wymagają.

Podoba mi się również sposób, w jaki pokazany został Venom. Po tym, jak Parker go z siebie zrzucił, Klyntar jest na niego wściekły. Widać, iż w czasie połączenia adaptował pewien wypaczony obraz uczuć ludzkich. Wypaczony, bo na najmniejszą wzmiankę o Spider-Manie wybucha furią i żądzą krwi. Humor z kolei wydaje się być na odpowiednim poziomie, czasami tylko z lekkimi wpadkami.

Za kreskę i kolory odpowiada z kolei Salvador Espin, który zajął się również głównymi okładkami. Kreska Espina bardzo mi się podoba, bez względu na to, jaki komiks wykonany przez niego wpada mi w ręce. Back in Black nie stanowi wyjątku. Do tego dochodzą żywe kolory, szczególnie przy przedstawieniu Killer Thrill i reszty jej ekipy. Ich paleta przywodzi na myśl lata 80.te, co do pyskatego mutanta bardzo pasuje.

Deadpool: Back in Black jest tylko przejściowym dodatkiem do sporej historii postaci, jaką jest Venom, ale nawet w roli przerywnika doskonale się sprawdza. Do tego otrzymujemy to, czego można się było spodziewać: dużo żartów, sporo absurdu i całkiem niemałą ilość krwi rozbryzgiwanej na kartach serii. Pozostaje nam tylko pomyśleć nad jednym, teraz kiedy znamy już cały origin symbiota na ziemi… czego dokładnie nauczył się i co przejął od Deadpoola?

AUTOR Maja Rybak

Duża fanka Jakuba Ćwieka, chce dołączyć do składu Zaginionych Chłopców. Kiedy tylko może zanurza się w popkulturowym oceanie filmów, seriali, komiksów oraz książek.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Jessica Jones – sezon 1

Nigdy nie byłam taką bohaterką, jaką chciałaś, żebym była Recenzowanie krótko po premierach nie zawsze …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *