PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Daphne Byrne

[RECENZJA] Daphne Byrne

Tym, co często świadczy o ostatecznej jakości danego tekstu kultury, jest to, jak wytrzymuje próbę czasu. Jeśli miesiące po premierze wymienia się je w rankingach najlepszych tytułów roku, można założyć, że twórcy odnieśli sukces. Jeżeli zaś zostaje zapamiętane na dłużej, to de facto zaczyna żyć swoim życiem i jeszcze bardziej zasługuje na docenienie. Skąd taki wstęp w recenzji najnowszego horroru z Hill House od Egmontu? Otóż, śmiem twierdzić, że to właśnie to kryterium dobitnie zweryfikuje komiksy z wydawanej przez DC linii. Ich żywot nie ma prawa potrwać zbyt długo.

Jako że miałem ten przywilej (bo niekoniecznie przyjemność) recenzować wszystkie z tych albumów na Panteonie, dziś mogę już napisać, że w mniejszym czy większym stopniu były to typowe historie do przeczytania i szybkiego zapomnienia. Inaugurujące projekt w Polsce Kosz pełen głów oraz Rodzina z domku dla lalek sprawiały wrażenie kompetentnych, ale prędko wylatywały z głowy. Późniejsza, niezgrabna Toń potrafiła całkiem wyzbyć z resztek entuzjazmu wobec Hill House i nawet Pośród lasu, które oceniam z tego grona najlepiej, nie prezentowało aż tylu zalet, by ten entuzjazm jakkolwiek rozbudzić na nowo. Fakt, że styczniowej Daphne Byrne doskwierają identyczne problemy, przyjmuję bez żalu – na tym etapie ciężko mi bowiem o coś więcej ponad zwykłą obojętność.

Tak, jak do poprzednich tomów łatwo było przypisać konkretną odmianę horroru (przykładowo Kosz pełen głów to kamp w duchu kina klasy B, a Toń ma cechy lovecraftowskiego opowiadania), tak i tu od razu widać, jaki pomysł przyświecał scenarzystce Laurze Marks (mającej na koncie m.in. prace przy serialach Sprawa idealna, Servant oraz Ray Donovan). Osadzona w XIX-wiecznym Nowym Jorku fabuła motywami nawiązuje do kostiumowej, gotyckiej powieści, w której w świat konwenansów i sztywnych społecznych reguł wkrada się niepokój i mrożąca krew w żyłach, paranormalna tajemnica.

Tytułowa Daphne to nastolatka, która przechodzi żałobę po śmierci ukochanego ojca. W przeciwieństwie do rozbitej matki, niezdolnej do samodzielnego utrzymywania pięknego domu i szukającej pocieszenia u spirytystki, dziewczyna twardo stąpa po ziemi. Nie daje się nabrać na sprytne sztuczki starszej kobiety, która zarzeka się, że nawiązała kontakt ze zmarłą głową rodziny, i stara się znaleźć logiczne wyjaśnienia. Jednocześnie, w opozycji do tego, jak jawi się przed rodzicielką, zmaga się z nawiedzającym ją w snach i na jawie demonicznym „Bratem”. Dziwna istota zagląda jej w myśli i nie odstępuje na krok, przekonując, że doskonale wie, co będzie dla niej teraz najlepsze. Między nim a nierozumianą przez koleżanki i rodzinę nastolatką rodzi się trudna do zdefiniowania więź.

Choć niektóre z początkowych scen potrafią zaintrygować – głównie dzięki oldschoolowym, ale miejscami kreatywnym rysunkom Kelley’ego Jonesa, który przypomina o sobie tym komiksem, że nieprzypadkowo zasłużył na miano mistrza grozy – realizacja dość szybko zaczyna zawodzić. Marks próbuje łapać za dużo srok za ogon i w efekcie coś, co mogło być prostą, ale efektywną opowieścią o duchach, gubi swój kierunek. Autorka stara się rozbudować historię o kolejne cegiełki, ale brak w tym konsekwencji. Ledwo napoczęte wątki natychmiast porzuca na rzecz następnych, przez co nie działają one jako szczere pogłębienie charakteru bohaterek, a toporne, bezduszne uzasadnienie ich czynów.

Na przestrzeni sześciu krótkich zeszytów Daphne Byrne porusza tematy dojrzewania, radzenia sobie ze śmiercią bliskiej osoby, oszustów żerujących na ludzkiej tragedii, sytuacji samotnych kobiet w XIX wieku, szkolnego bullyingu, pułapek czekających na młode dziewczęta. Dostrzegając też, że w całości wybrzmiewają nie tylko echa klasyków horroru (Egzorcysty, Dziecka Rosemary, Carrie czy W kleszczach lęku), ale także ruchu #MeToo, można dojść do wniosku, że z części tych wtrąceń należało zrezygnować. Ciężko czyta się komiks, kiedy co parę stron zdaje się mieć co innego na celu. Pokrywające się z Daphne… na niektórych płaszczyznach Pośród lasu było przynajmniej spójne i konkretniejsze, a Carmen Maria Machado nie rozwadniała fabuły niepotrzebnymi dodatkami.

Omawiany album, mimo że zachwyca i przyciąga atrakcyjną, upiorną okładką, w środku razi znaczeniową pustką. To idealny przykład ładnie opakowanego produktu, który nie niesie ze sobą nic szczególnie odkrywczego lub ciekawego. Dokładnie to samo trzeba niestety powiedzieć o całym projekcie Hill House.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Kosmiczna Odyseja

Mimo przewidywalności jest to całkiem udana lektura, która sama w sobie może też być dobrym wstępem do poznawania światów wykreowanych przez Kirby'ego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *