PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Czarna Pantera (2018)

[RECENZJA] Czarna Pantera (2018)

W 2014 roku szefostwo Marvela odkryło przed nami swoje kolejne zagrania. Obiecali, że na srebrnym ekranie oprócz czołowych postaci uniwersum widzowie będą mogli spotykać również nieco bardziej niszowe postacie. Wtedy potraktowałam ich słowa z dużą dozą rezerwy i tłumaczyłam je tym, że nieco zakrztusili się sukcesem Strażników Galaktyki. Lata mijały, a każda premiera filmu spod ich szyldu sprawiała, że MCU rosło w siłę. Czarna Pantera to przedostatni film fazy trzeciej i ostatnia produkcja przed jej wielkim finałem — Wojną bez granic. Czy ekranizacja przygód Króla T’Challi zwiastuje rewolucyjną fazę czwartą?

Czy T’Challa ma szansę na zostanie lepszym królem od swojego zmarłego ojca?

Akcja Czarnej Pantery rozpoczyna się tuż po zakończeniu Wojny Bohaterów. Książę T’Challa wraca do swojego królestwa, by włożyć na głowę alegoryczną koronę, a w rękę wziąć połyskujące berło. Mimo tego, że mężczyzna nie czuje się gotowy do tej roli (co zresztą wyraża werbalnie) film nie usiłuje eksplorować tego wątku i to nie on jest osią całej produkcji. Nie spodziewajcie się kolejnego scenariusza rodem z Thora Kennetha Branagha, tu w grę wchodzi coś zupełnie innego — chęć rozwoju. Świeżo upieczony władca czuje się rozdrobniony. Jak może pomagać ludziom w potrzebie, bez ściągnięcia z Wakandy płachty tajemnicy, pod którą od setek lat się znajduje? W tym trudnym dla bohatera czasie, do królestwa powraca syn wyklętego wuja T’Challi – Erik Killmonger (w tej roli niesamowicie wiarygodny Michael B. Jordan). Na Wakandę pada promień nieuchronnych zmian.

Największą zaletą nowej produkcji Marvela nie jest fabuła (choć, mimo wielu wad, sprawnie dźwiga akcję i bohaterów), a jest nią wspaniale wykreowany świat. Wydarzenia mające miejsce w  Wakandzie stanowią zupełnie nowy rozdział wielkiej historii superbohaterów Marvela. To właśnie tajemnicza kraina jest najważniejszą bohaterką Czarnej Pantery. Wierzenia i tradycje, za którymi pokornie podążają postacie są na tyle zajmujące, że ciężko przejść obok nich obojętnie. Wszystko tu jest niesamowicie dopracowane, od kostiumów poprzez malunki na twarzach. Nie zdziwiłabym się, gdyby ta ekranizacja w przyszłym roku została laureatem Oscara.
Mimo wielu zalet wykreowanej przez ekipę realizacyjną, filmowej rzeczywistości, realizmu świata nie oddają zbyt wiarygodnie efekty specjalne. Na tle zbudowanej starannie scenografii wyglądają jak elementy z gry komputerowej. Za to fiasko możemy dziękować LucasFilm, firmie, która była za nie odpowiedzialna.

Tradycje Wakandy to jeden z najciekawszych elementów Czarnej Pantery.

Czarna Pantera to film dla uciśnionych i reżyser nie kryje się z tym, że skierował go do afroamerykańskiej społeczności. To wcale nie oznacza, że i my nie odnajdziemy w nim czegoś dla siebie. Zaskakująco, to nie tytułowy bohater jest źródłem motywujących aforyzmów i godnej pochwały postawy, są nimi bohaterki, które go otaczają. Marvel zrobił coś, co w kinie superbohaterskim jeszcze nigdy nie zostało zrobione i wykonał duży krok w przyszłość. Kobiety wiodące prym w życiu Króla (myślę, że spokojnie możemy je nazwać mianem „superbohaterek”) są symbolami, ale nie seksu. Żadna z nich nie emanuje golizną, a ich kostiumy i ruchy nie podkreślają walorów ciała. Te trzy bohaterki mają potencjał na zostanie większymi, feministycznymi, filmowymi inspiracjami niż Wonder Woman, bo ich postawę może podziwiać każdy.

Zaskakująco dobrze wypadł wróg, z którym w finalnej walce ma stoczyć bój protagonista. Erik Killmonger to postać, której motywacje można zrozumieć. Emanuje taką siłą, że pierwszy raz od wielu lat poczułam strach przed władczą ręką złoczyńcy. Niestety, Marvel udowodnił, że nawet po dobrym rozpisaniu postaci potrafi ją zmarnować. W ostatnim akcie Erik został sprowadzony do roli ostatniego bossa.
Swoje pięć minut w blasku chwały spędza również fenomenalny Andy Serkis (często grający pod przykrywką motion capture) i… znany z This is us aktor Sterling K. Brown. Mimo tego, że rola tego drugiego jest bardzo mała, zapadła mi w pamięć. Nie dość, że jego postać niesie ze sobą świetną historię to jeszcze Brown dał nam wspaniały popis swoich aktorskich umiejętności. To pierwszy film Marvela, który ma tak silną warsztatowo obsadę. W Czarnej Panterze na próżno szukać słabych aktorskich momentów.

Bohaterki produkcji przyćmiewają tytułowego herosa.

Fabuła produkcji trzyma widzów w ryzach. Czarna Pantera nie jest może najbardziej zaskakującym filmem, jaki widziałam, ale zdecydowanie angażował moją uwagę. Obserwowanie klęski bohatera nie jest tu tylko kolejnym punktem na fabularnej mapie, gotowym do „odhaczenia”. Świat i fantastyczne postacie wciągają odbiorcę wir, z którego nie chce się wychodzić. Oprócz tego na plus działa upolitycznienie Marvela. Ryan Coogler to dobry obserwator otaczającego nas świata (co zresztą udowodnił w swoich poprzednich produkcjach), dzięki temu jego dzieło może skierować nasze myślenie na dobre tory, bez manipulacji i perswazji, ALE z prośbą o przemyślenie prezentowanych racji. W jego głoszeniu idei dobra uniwersalnego zirytowała mnie jedna rzecz. Rzecz, której łatwo było uniknąć…

… Pierwsza scena po napisach to nie tylko element, który powinien znaleźć się w filmie, by widz mógł zrozumieć zakończenie. To również zbyt nachalne, „antytrumpowskie” przesłanie, które prawdopodobnie spowoduje, że przewrócicie oczami. Na szczęście scena numer dwa jest czymś więcej. Powoli wprowadza nas do kolejnej produkcji Marvela- Wojny bez granic. Już zacieram dłonie na ten kąsek!

Przedostatni akapit chciałabym poświęcić na jeszcze jeden, wielki walor produkcji. Coś, co naprawdę napawa mnie optymizmem. Wreszcie dostaliśmy świetną, wpadającą w ucho ścieżkę dźwiękową. Soundtrack został przygotowany przez Kendricka Lamara, jednego z największych i najważniejszych raperów amerykańskiej sceny muzycznej. Muzyk do współpracy zaprosił między innymi The Weeknd, SZA, Schoolboy Q, Travisa Scotta i Future’a. Krążek broni się nie tylko jako tło dla filmu, ale i jako album muzyczny. To coś przełomowego dla produkcji superhero, do których najczęściej dostajemy kompozycje instrumentalne, bądź elektroniczne i (rzadziej) kultowe klasyki. Tu mamy do czynienia z kompletnym, spójnym, artystycznym projektem, poruszającym się w granicach popularnego gatunku. Produkcja zawiera również bardzo charakterystyczne kompozycje, spod batuty Ludwiga Göranssona. Wszystkie znakomicie pasują do klimatu filmu, choć czasami są zbyt pompatyczne. Nie zrozumcie mnie źle, każda symfonia jest piękna, ale nie każda pasuje do danego kadru.

Erik to jeden z najciekawszych antagonistów MCU.

Wsłuchawszy się w zachwyty nad Czarną Panterą zza oceanu byłam pewna, że chodzi o nowatorskie podejście do scenariusza. Nic bardziej mylnego. Marvel wciąż tkwi w artystycznym marazmie, ale tym razem robi to z wdziękiem i godnością. Realistyczna Wakanda, fantastycznie napisane postacie i nienachalny humor (wreszcie!) sprawiły, że pokochałam Panterę. Chętnie wrócę do tego mikroświata za sprawą kolejnych odsłon – niekończących się – przygód trykociarzy.

AUTOR Maja Głogowska

Nastolatka wychowana przez Hollywood. Uwielbia szeroko pojętą popkulturę i sztukę. Jeżeli spotkalibyście się na ulicy pewnie gloryfikowałaby Nintendo i gry ekskluzywne Playstation, a jakbyś poprosił ją o polecenie filmu to zasugerowałaby seans "The Florida Project". Wierny żołnierz batalionu Archie Comics.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Avengers: Wojna bez Granic

Dziesięć lat i osiemnaście filmów. Najnowszy, dziewiętnasty, podnosi stawkę trzeciej fazy Kinowego Uniwersum Marvela do kosmicznych wymiarów. …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *