PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Chrononauci Tom 2

[RECENZJA] Chrononauci Tom 2

Długo przyszło nam czekać na ten tom. Zakładam, że niejeden czytelnik  mógł nawet zapomnieć, że podróżnicy w czasie z Millarverse powrócą, i to pomimo niezłego cliffhangera, jakim zwieńczono część pierwszą. Nie ukrywam, że sam, pomimo pozytywnego odbioru jedynki kompletnie zapomniałem o kontynuacji przygód Corbina Quinna i Danny’ego Reilly’ego. ale stało się, Chrononauci wrócili. Czy warto było na nich czekać te kilka lat? Przekonajmy się.

Corbin i Danny to gwiazdy świata nauki z niejednym Noblem na koncie oraz również międzynarodowi celebryci. Ich eskapady w czas nie są już tylko naukowymi przedsięwzięciami, a popkulturowymi wydarzeniami, przy których Live Aid ‘85 maleje do rangi podlaskich dożynek. Nadchodzi dzień, w którym Chrononauci mają odbyć pierwszą eskapadę w przyszłość. Wydarzenie z pompą, transmisja na cały świat. Nawet nowy statek ma kształt gitary elektrycznej. Oczywiście misja bierze w łeb, panowie lądują w przeszłości i znów wracają do domu z podkulonymi ogonami i strzałami z łuku wbitymi w zadki.
Tymczasem w XXIII wieku, ktoś znajomy obserwuje nieporadne wybryki chłopaków. Danny i Corbin otrzymują szansę zawitania do futurystycznej utopii by poznać nowy wspaniały świat i wziąć udział w jego rozwoju. Chrononauci przyjmują zaproszenie i ruszają w przyszłość jak ze snu. A jak to ze snami bywa, czasem trzeba obudzić się z krzykiem i stawić czoła rzeczywistości.

Zatem, czy warto było czekać z niecierpliwością na nowy tom od Marka Millara? Myślę, że niekoniecznie. Im mniejsza ekscytacja towarzyszyła oczekiwaniu, tym lepiej. Drugi tom Chrononautów to pozycja, która pomimo braku karygodnych wad nosi wszelkie znamiona sequela zrobionego na siłę. Część pierwsza bardzo przypadła mi do gustu pomimo wyraźniej odtwórczości w kwestii zabaw z podróżami w czasie. Nie było tam nic, co wzięłoby z zaskoczenia koneserów dzieł o tej tematyce, ale radochy dostarczał mimo wszystko bez liku. Były paradoksy czasowe, w których samuraje pędzili w humvee, główni bohaterowie pisali kawałki dla Morrisseya czy zostawali watażkami antycznych plemion. Nawet jakiś dinozaur się zabłąkał. W dodatku bohaterom towarzyszyły całkiem sensowne motywacje, dylematy i konflikty moralne. Pomimo odzwierciedlania klisz ‘uroczych dupków’ dało się ich polubić i nawet kibicować. Cliffhanger, jakim kończył się tom pierwszy nie był związany z katastrofalnym naruszeniem linii czasowej. a właśnie z osobistymi problemami bohaterów i zmianie ich charakterów pod wpływem przygód.

To, co serwuje nam Millar jest już tylko przeciętnym czytadłem, które wcale nie musiało powstawać, przynajmniej nie w takiej formie, ale jednak głupio było nie wywiązać się z obietnic i tak oto mamy tom, który w pochwałach zasługuje co najwyżej na dyplomatyczne ‘jest OK’.

Na jakim polu konkretnie zawodzi ta pozycja?
Przede wszystkim na nieudanym kompromisie w daniu nam czegoś nowego i powtórzeniu tego, co było najlepsze w jedynce.
Może zacznijmy od tego co jest nowe. Jak wspomniałem wcześniej, fabuła oscyluje tym razem wokół podróży w przyszłość. Wkracza tym razem motyw futurystycznej utopii, gdzie ludzkość żyje w harmonii. nanotechnologia potrafi niemal odwracać śmierć, a ekspansja kosmosu idzie jak z płatka. Ach, tak ekspansja. Mark Millar serwuje nam motyw inwazji obcej cywilizacji jako główne zagrożenie. Jednocześnie komiks otwiera ekspozycja, w której widzimy Paryż zniszczony przez zamach nuklearny w roku 2008. 11 września, tak przy okazji. Oba te motywy są nam prezentowane jako główne wyzwania dla naszych bohaterów. Mają one jednak dość szczątkową rolę we właściwym przebiegu fabuły. Główny zwrot fabularny i nośnik całej stawki, o jaką toczy się fabuła, to boleśnie przewałkowany motyw w stylu “dobry ziomek tak naprawdę jest zły”. Oczywiście całości domyślamy się gdzieś na etapie drugiego zeszytu. W finale wszystko ogranicza się do mordobicia.

A na czym polega odtwórczość zalet tomu pierwszego? Otóż dostajemy powtórkę ze skoków po czasie. Niestety, brakuje  tamtego rozmachu. I tu akurat zostawiam Wam do oceny, czy to scenopisarskie lenistwo, czy próba wykorzystania znanego motywu na nowo. Na nowo w ramach tej serii, oczywiście, bo to czego tu uświadczymy nie jest czymś, czego nie widzieliśmy w innych dziełach. Tutaj highlightem fabuły jest sprowadzanie wersji bohatera z różnych linii czasowych, co w efekcie sprowadza się bardziej do motywu klonowania, ponieważ nie jest to użyte w żaden kreatywny sposób, jak tylko do urządzenia bijatyki. I to nawet mało spektakularnej, co jest mimo wszystko zawodem, gdy mówimy o kulminacji. Innym motywem, który powraca to temat relacji bohatera z rodzicem i pokusa użycia władzy nad czasem by tę relację naprawić. Tym razem dotyczy to innego z bohaterów, ale rozwiązanie nie jest tak intrygujące jak w jedynce.

Podsumowując segment scenariuszowy, to nie jest tu źle. Mamy tu mimo wszystko solidnego scenarzystę. Nie jest to historia, po której będziemy wołać o pomstę do nieba. Po prostu to nie jest to, czego można było oczekiwać po naprawdę przyzwoitej części pierwszej. Boli też brak cliffhangera i opieszałe zakończenie, co nie otwiera w żaden sposób drogi na lepszą kontynuację a jedynie pozostawia nas z koszmarnym uczuciem niedosytu. Nie jest to zła opowieść per se. ale jest to na pewno kiepska kontynuacja i jeszcze gorsze zamknięcie. No, chyba, że Millar jeszcze z tą serią do nas wróci.

Na koniec powiedzmy sobie jeszcze o rysunkach. Gwoli przypomnienia, tom poprzedni zilustrował Sean Murphy, który obecnie grzeje krzesło w DC i rozwija swoje własne mini-uniwersum skupione wokół Batmana. Projekt z resztą bardzo udany jak do tej pory. Do kontynuacji przygód Corbina i Danny’ego zatrudniono Erica Canette. Rysownik z interesującym dorobkiem. Jego styl bardzo przypomina pracę Murphy’ego, ale brak im zadziorności i ekspresji, za którą polubiłem prace Seana. Może to mój błąd, jakim jest ocena przez pryzmat poprzednika. Niemniej nowy rysownik potęguje uczucie, że Chrononauci musieli się ukazać bardziej z przyczyn marketingowych, aniżeli inspiracji twórców.

Czy powrót podróżników w czasie to zły tom? Nie, to lektura poprawna scenariuszowo i graficznie. Po prostu wypada niekorzystnie jako kontynuacja. Zwłaszcza taka, na którą się czekało znacznie dłużej niż w przypadku zwykłego cyklu wydawniczego. Oczekiwania i porównania do tomu pierwszego na pewno nie przysłużą się lekturze. Ale też ciężko będzie ich uniknąć, bo to przecież odruch bezwarunkowy. Czy polecam? Nie. Jeżeli intrygowało Was rozwinięcie zakończenia jedynki, to tutaj idzie ono w niepamięć. Powtórki z szalonych akcji też nie będzie. Jeżeli po prostu polubiliście głównych bohaterów i jesteście ciekawi co u nich, to zdecydowanie zajrzyjcie. Warto odwiedzać znajomych.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Non Stop Comics!

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[Recenzja] Batman. Klątwa Białego Rycerza

Po niedawno wydanym Tokyo Ghost czy wcześniejszych Chrononautach i Przebudzeniu to kolejny komiks Seana Murphy’ego, jaki można opisać zdaniem fenomenalne rysunki, dużo słabsza fabuła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *