PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Chrononauci Tom 1

[RECENZJA] Chrononauci Tom 1

Podróże w czasie to wyjątkowy temat. Od niepamiętnych czasów jest to jedno z największych marzeń ludzkości, a co za tym idzie, jest to również temat przemielony na łamach chyba każdego medium. Począwszy od klasycznej powieści H.G. Wellsa pt. Wehikuł czasu, oraz jej licznych adaptacji, poprzez kinowe klasyki pokroju Powrotu do Przyszłości, na piosence Dżemu kończąc…

Temat skoków w czasoprzestrzeni ma to do siebie, że jest męczony przez twórców częściej niż żarty polityczne na polskiej scenie kabaretowej. Kreatywny scenarzysta potrafi jednak ulepić z tej gliny ciekawą opowieść, która pomimo podobieństw do istniejących dzieł nadal zaciekawi odbiorcę. Zwłaszcza, jeżeli ubierze swój twór w zgrabny garnitur zwariowanej komedii i bromance’u. Z takim dziełem mamy tu dziś do czynienia. Poznajcie Chrononautów.

Niedaleka przyszłość. NASA prowadzi prace nad podróżami w czasie. Pierwszym etapem jest wysłanie satelity do roku 1863, by w czasach teraźniejszych transmitować na żywo bitwę pod Gettysburgiem. Po sukcesie operacji nadchodzi czas na pierwszą misję z udziałem ludzi, których zadaniem będzie transmitowanie lądowania Krzysztofa Kolumba na wybrzeżach Ameryki. W przedsięwzięciu biorą udział Danny Reilly, zawadiacki, lecz uczciwy i dość naiwny spec od miniaturyzacji, oraz Corbin Quinn, który pod płaszczykiem napuszonego buca, skrywa ból po utracie ojca i opuszczeniu przez żonę. Obaj panowie są twórcami chronostrojów, dzięki którym owa eskapada będzie możliwa.

Oczywiście, misja nie może pójść z godnie z planem, gdy do jednego z najważniejszych przedsięwzięć w historii świata zatrudnia się dwóch nieodpowiedzialnych i aroganckich facetów. Na skutek wypadku Corbin ląduje w Samarkandzie w roku 1504. Danny rusza na pomoc przyjacielowi, lecz na miejscu zastaje armie wyposażone w jeepy, śmigłowce i działka Gatlinga.

W tym momencie zapinamy pasy, gdyż zaczyna się szalona przejażdżka po wszystkich możliwych epokach i paradoksy czasowe, którym przyklasnąłby nawet Barry Allen.

Gdybym miał określić Chrononautów jednym zdaniem, powiedziałbym, że to pomieszanie Starsky’ego i Hutcha z Niezwykłą Przygodą Billa i Teda. To nie jest komiks na serio. Główni bohaterowie to zgrabnie napisany duet – pozornie podobni do siebie. Obaj reprezentują archetyp tzw. uroczego dupka, za którym osobiście nie przepadam przez obecną wszędobylskość, ale w przypadku Quinna i Reillye’go ciężko nie poczuć sympatii do obu postaci.

Pomimo podobieństw, Danny przedstawiany jest jako głos rozsądku, zaś Corbin jest tym lekkomyślnym i samolubnym gburem. Jednak wraz z rozwojem akcji, autorzy wyciągają na wierzch nowe motywacje bohaterów i stawiają ich w nowym świetle. Mam wrażenie, że twórcy celowo chcieli sprawić by czytelnik faworyzował jednego z bohaterów, by później docenić motywacje drugiego. Corbin, który trawiony osobistymi frustracjami postanowił uczynić sobie z historii Świata prywatny plac zabaw, w pewnym momencie postanawia użyć posiadanej technologii by naprawić własne błędy z przeszłości. Tak naprawdę, naszych bohaterów poznajemy w pełni dopiero na końcu tomu i ten zabieg ekspozycji postaci wypadł tu wyśmienicie.

Mimo wszystko, Chrononauci to nie jest komiks psychologiczny, traktujący o duchowej przemianie, tylko odjechana komedia akcji. Zatem, trzonem opowieści są oczywiście szalone skoki w czasie. Corbin i Danny skaczą po epokach niczym znudzony telewidz po kanałach Free-to-air. Wpadają na narodziny Jezusa (i dość kiepsko trafiają z prezentem), piszą przeboje dla legend rock’n’rolla, czy wreszcie wchodzą pod lufę Lee Harveyowi Oswaldowi.

Nasi bohaterowie w pewnym momencie zostają uznani za przestępców i rusza za nimi pościg. Scena obławy to bezapelacyjnie najbardziej widowiskowa część komiksu. Warto wspomnieć, że użycie motywu podróży w czasie nie ogranicza się tylko do teleportacji pomiędzy erą kredową a II Wojną Światową, czy oglądaniem samurajów w czołgach. To także pomysłowa deus ex machina, która odpowiada za niezwykłe zwroty akcji.

Wysoka jakość i niebanalny przebieg scenariusza nie powinny nikogo dziwić, gdy na okładce widnieje nazwisko Marka Millara. To człowiek, który sprawnie posługuje się operowaniem absurdem oraz doskonale wyważa akcję i chwile na oddech. To jemu zawdzięczamy ociekającą przerysowaną brutalnością serię Kick-Ass, ogromną zawieruchę w świecie Marvela na łamach Civil War, czy wreszcie jeden z najdoskonalszych elseworldów, czyli Superman: Red Son, który urzekał wizją uniwersum DC pod butem radzieckiego Człowieka ze Stali.

Za oprawę graficzną odpowiada z kolei Sean Gordon Murphy, który miał okazję pracować miedzy innymi przy serii Hellblazer, pisanej przez Scotta Snydera historii The Wake, czy wreszcie komiksie Punk Rock Jesus, do którego sam pisał scenariusz. Murphy operuje bardzo charakterystyczną kreską. Jego postaci pomimo anatomicznej poprawności mają dość kreskówkowe twarze, co w połączeniu z wyrazistą i często przerysowaną mimiką podkreśla komediowy charakter opowieści. Operuje on dość brudnym, krzaczastym cieniowaniem, co może czasem przeszkadzać w odbiorze, ale tyczy się to raczej mniejszych kadrów. Większe ujęcia, ukazujące m.in. sceny batalistyczne prezentują się wspaniale i pokazują dobre oko artysty do rysowania detali. Wielkie pochwały także za doskonałe ujęcie dynamiki, wszelakiej maści wybuchów, eksplozji energetycznych i poczucia pędu. Fachowa robota. Sean Murphy jest także współtwórcą ogólnego pomysłu na Chrononautów.

Kolor położył Matt Hollingsworth. Paleta zamyka się raczej w wyważonych odcieniach. Każda pokazana epoka ma dopasowaną kolorystykę: targana wojną Samarkanda jest wiecznie czerwona niczym Mars, zaś teraźniejszość jest szara i zimna. Doskonała odskocznia od cukierkowych, trącących pikselami kolorów, jakich pełno w mainstreamowym komiksie.

Non Stop Comics zafundowało nam kolejną trafioną nowość na naszym rynku komiksowym. Chrononauci to festiwal nieskrępowanej zabawy. Na szczęście w tym zatrzęsieniu akcji i humoru nie brakuje miejsca na ciekawe postaci, którym kibicujemy pomimo ich oczywistych niedoskonałości. Jeżeli śledzicie przygody Doktora Who, organizujecie coroczne maratony Powrotu do Przyszłości lub nadal czekacie na trzecią część przygód Billa i Teda, komiks Millara i Murphy’ego to pozycja obowiązkowa. Szkoda jedynie, że kończy się cliffhangerem, który jedynie wzmaga apetyt na kolejne przygody Corbina i Danny’ego, a kontynuacji omawianego tomu wciąż się nie doczekaliśmy.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Non Stop Comics!

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] The Black Monday Murders tom 1: Chwała Mamonie

Gdy nie wiadomo, o co chodzi… Lekturę The Black Monday Murders rozpocząłem w oryginale dosłownie kilka dni …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *