PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Cesarzowa

[RECENZJA] Cesarzowa

Nastały czasy wojny domowej. Teksty członków Panteonu, publikowane z ukrytej bazy, odniosły pierwsze zwycięstwo w walce ze złowrogim Imperium Komiksowym.

Szpiedzy wykradli tajne plany ostatecznej broni Imperium – Cesarzowej, komiksu Marka Millara o sile rażenia zdolnej zniszczyć jakikolwiek entuzjazm z lektury. Ścigany przez hejterów Chester ucieka do domu, strzegąc przeczytanych komiksów, które mogą ocalić jego kolegów z Panteonu i przywrócić wiarygodność galaktyce.

Brzmi pewnie nieco znajomo. Tak, czytaliście bardzo podobny tekst za każdym razem, gdy zasiadaliście do seansu Nowej Nadziei. I przyznacie zapewne, że moja spisana na szybko przeróbka kultowego tekstu, wypada nieco topornie i niezręcznie. Zatem skoro jesteśmy już na tej samej stronie, pozwólcie że wyjaśnię Wam czemu „Empress” jest równie ogromnym rozczarowaniem.

Nasza przygoda rozpoczyna się na planecie X (nie mylić z Nibiru), gdzie ludność trzymana jest w żelaznym uścisku dłoni Złego Kolesia Y. Sytuacja ta, nie podoba się jego żonie – tytułowej Cesarzowej, która wraz ze swoim dziarskim ochroniarzem i dziećmi postanawia uciec od prześladowań jak najdalej. Gdy w ślad za zbiegami wyrusza armia, do ekipy dołącza charakterny pilot Z – stary znajomy Ochroniarza. To tropy fabularne realizowane w popkulturze w tysiącu różnych historii, które na przestrzeni lat zdążyły się już znudzić. Jednakże, gdy za pisanie kosmicznej epopei zabiera się utalentowany scenarzysta z własną wizją, historia ta może stać się czymś o wiele ciekawszym. Nie wiem jednak dlaczego Mark Millar, mimo wpasowywania się w ten opis, zupełnie zignorował siłę Cesarzowej. Na kiczowate space opery jest w naszej kulturze miejsce, wypełnione delikatną wyściółką nostalgii, które aż prosi się o zajęcie. Jednakże, aby je zagrzać, wypadałoby nadać historii własnej tożsamości, lub choćby odwrócić rozkład akcentów. Niestety, komiks Millara zdaje się być kreślonym niemal z linijką w ręku banałem, który ubiera znanych bohaterów w nowe fatałaszki, ze zmienionym identyfikatorem z przodu. Nie oferuje sobą nic nowego zarówno w materii psychologii postaci jak i samej osi fabularnej. Z pierwszego zeszytu bezbłędnie udało mi się odgadnąć w jakie rejony skręci historia, kto zachowa się w dany sposób czy nawet kto zostanie ranny w jakich okolicznościach. O ile tom drugi nie pokazuje tej konwencji wysoko uniesionego środkowego palca, nie potrafię znaleźć w sobie nawet odrobiny zapału by po niego sięgnąć. Nawet komiksowe uniwersum Star Wars od dawna zdaje się eksplorować wysłużone schematy, rzucając na nie nowe światło. Z lepszym lub gorszym skutkiem, ale przynajmniej próbując.

Ignorując nawet fakt, jak oklepane są prezentowane nam wydarzenia, powinniśmy się skupić na bohaterach. Ich oczami wszakże, będziemy odkrywać prezentowany świat, wraz z zasadami nim rządzącymi. Niestety, po odarciu bohaterów z wierzchniej warstwy banału, odkrywamy, że pod spodem zionie mroczna pustka. Jakikolwiek character arc, swoista przemiana czy najprostsza nauka wynikająca z okoliczności nie pojawiają się w Cesarzowej ani razu. Oczywiście pewne wydarzenia mają oddziaływać na pewne postaci, sugerując że w następnym tomie nie będą już tymi samymi osobami. To jednak tylko pozór, bo przyglądając się naszej bandzie protagonistów, uzmysławiamy sobie, że zaczynamy i kończymy w tym samym punkcie. Cechy, którymi obdarzono bohaterów, będą użyteczne by popchnąć wątłą fabułę dalej, ale nie można robić tego w nieskończoność. Skoro na początku podróży, jesteśmy tacy sami jak na jej końcu, po co w ogóle wyruszać w podróż? No, chyba, że za przemianę charakterologiczną uznamy fakt, że ktoś odkrywa przed nami swoje sekretne umiejętności kung-fu. Wtedy na listę zasług Marka Millara powędruje mała naklejka ze słoneczkiem. Przytłoczona jednak masą deszczowych chmurek, które zdążył nazbierać wcześniej.

Jakikolwiek atut Cesarzowej można odszukać wyłącznie przyglądając się szacie graficznej. Stuart Immonen jest twórcą o olbrzymim wyczuciu estetycznym, które dodaje ogrom finezji w zasadzie każdej scenie. Począwszy od projektów postaci, przez fantazyjne lokacje, aż po wszelakie zmechanizowane i futurystyczne gadżety. Mam szczerą nadzieję, że znajdzie się dla niego wakat przy którejś z serii z nowego uniwersum Star Wars, bo do końca życia będę musiał pluć sobie w brodę, jeśli tak umiejętna kreska nie znajdzie miejsca w odległej galaktyce. I owszem, projekty te również stanowią wariację na temat już istniejących archetypów postaci, jak i konkretnych bohaterów. Jednakże tam, gdzie pomimo wolnej ręki scenarzysta woli się lenić, Immonen w zasadzie nie ma wyboru. Ot, takie dostaje narzędzia, więc trzeba zbudować z nich co się tylko da.

Cesarzowa nie jest jednak komiksem zupełnie bezwartościowym. To idealny prezent np. dla twojej mamy, która nigdy nie starała się zrozumieć co ty w ogóle widzisz w tych wszystkich laserach, kosmitach i mieczach świetlnych. I choć nie ma szansy, że po lekturze komiksu Millara doceni jakikolwiek aspekt fikcji naukowej, będzie przynajmniej wiedziała jak to mniej więcej funkcjonuje. Za cenę komiksu proponuję jednak kupić Strażników Galaktyki na Blu-Ray’u, zbiorcze wydanie Dartha Vadera Jasona Aarona, czy którąkolwiek książkę Stanisława Lema. Dlaczego? Bo sci-fi zasługuje na więcej. Wliczając w to wasz czas i pieniądze.

Dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Km/h Marka Millara

Ku zaskoczeniu absolutnie nikogo, czasem siadając do pisania recenzji, wena i zapał do pracy postanawiają …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *