PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Bodycount

[RECENZJA] Bodycount

Wydawnictwo NonStopComics zafundowało mi swoją publikacją Bodycount sentymentalną podróż. Podwójnie. Po pierwsze Żółwie – rewelacja z młodości. Za sprawą serialu Wojownicze Żółwie Ninja sporo chłopaków latało z kijami a ja zmontowałem sobie nunczako. Mutanci ninja, czy można wyobrazić sobie coś bardziej 90’sowego? Pokochaliśmy te gady.
Drugi sentymentalny kopniak to nazwisko artysty – Simon Bisley!
Jego (i Keitha Giffena) Ostatni Czarnian, oraz przede wszystkim Lobo: Powraca, zryły nastoletnie mózgi mojego pokolenia. Ważniak wracał jeszcze kilkukrotnie na przestrzeni lat. Jednak kreska innych artystów nigdy nie pokazała takiego pazura.

I tak minęło sporo lat. Żółwie skryły się gdzieś w kanałach. Po upadku TM Semic nie dostaliśmy już nic tak zbliżonego animowanej serii TMNT 1987, jak te 18 zeszytów, które zdążyli wydać w Polsce.
Leonardo i chłopaki wracali w innych seriach animowanych, czy też filmach.
Jednak nawet Michael Bay ze swoimi eksplozjami nie rozwalił systemu tak, jak uczyniło to pewne polskie wydawnictwo swoją akcją dramą crowdfundingową, która finalnie zaowocowała sytym, 320 stronicowym tomem w twardej jak skorupa żółwia oprawie. Mowa oczywiście o inbie wokół wydania komiksowego runu Kevina Eastmana. Miła odmiana, ponieważ komiksów ilustrowanych Bisleya nigdy dość, a mam wrażenie, że ilość aktualnie dostępnych w sprzedaży tytułów  da się policzyć na palcach jednej, nawet niekoniecznie zmutowanej ręki.  To wszystko razem musiało rozbudzić apetyt. I tu właśnie wskakuje Bodycount – Cowabunga!

Komiks promowany jest postaciami Raphaela i Casey’ego Jonesa. Dlaczego padło na taki duet? Przede wszystkim, to nie ich pierwsza wspólna rozróba. Po drugie wypada wiedzieć trochę więcej o bohaterach niż polscy fani mogli wywnioskować z legalnych źródeł, odcięci przez lata od oryginalnej wizji Eastmana.

Casey to parodia mściciela z całą brutalnością, którą oni zazwyczaj epatują. Koleś lata w hokejowej masce i tłucze ludzi przeróżnymi kijami sportowymi. Gdybym spotkał po zmroku to spier… Ukryłbym się w bezpiecznym miejscu. Niezależnie od tego jak prawym człowiekiem jestem. A Raphael? Raphael to najbardziej agresywny, brutalny żółw, któremu często zdarza wprowadzać się w stan bitewnego transu znanego jako berserk. Włada on dwoma sai podobnie jak Elektra i jest najpopularniejszym z opancerzonych, zielonych braci.

Będę szczery. Już po kilku stronach sięgnąłem do lodówki po piwo. To nie to, że nie da się tego czytać na trzeźwo. Można, tylko po co. Historia jest prosta jak konstrukcja… kija hokejowego. Dama w opałach, gangsterzy, pościgi, trash, camp i oczywiste inspiracje filmografią Johna Woo. Tak jak to sobie Kevin wymyślił. By się nie rozczarować należy zaznaczyć, że ani Casey ani Raph nie są głównymi bohaterami tej opowieści. Są nimi wspomniana dama w opałach – Midnight i jej brat Johnny Woo Woo.

Nasi ulubieńcy zostają mimowolnie wciągnięci w ich rodzeństwobójczy konflikt. Motorem współpracy kryminalistki i herosów jest zauroczenie Caseya. Wir wydarzeń rzuca bohaterami niczym rozpędzone tornado aż do końca opowieści. Banan szybko się pojawia na twarzy i już z niej nie schodzi do samego końca. Piękna pulpa.

Warstwa artystyczna to Bisley w czystej postaci z okresu kiedy jeszcze był bardziej rysownikiem niż gwiazdą rocka. Ale umówmy się, Bisley to Bisley i trzeba jego styl lubić. Sporo w nim groteski (mięśnie mają mięśnie), absurdalnych wstawek w postaci randomowych zwierząt (małpy, mrówkojady z kłami). Zdarzają się też międzykadrowe niekonsekwencje, ale te ostatnie tłumaczy trochę wspomniany w posłowiu charakter współpracy na linii scenarzysta – rysownik. Ta niestety odbywała się na odległość. Ale spokojnie, jakościowo nie odbiega od albumów o Lobo, za które pokochaliśmy tego Brytyjczyka.

Świetnie współgrające kolory położyła Ellen Sullivan Farley. A papier zastosowany w polskim wydaniu, matowa kreda (lubię ją, bo nie zostawia tak odcisków palców na czarnej powierzchni), świetnie je wydobywa. Okładka jest w całości pokryta lakierem i tak twarda, że można by spokojnie mięcho na niej kroić.

Album wieńczy 10 stron materiałów dodatkowych. Jednak w odróżnieniu od zapychaczy jakimi raczą nas często inne wydawnictwa te mają własną nazwę BodyCount: Wspomnienia. Stanowią one zwartą całość dzięki posłowiu Eastmana, pokazującemu proces reinterpretacji przez rysownika szkiców scenarzysty. Okrawek współpracy dwóch świrów od kuchni, ale jakże smakowity. Szczególnie zestawienie szkiców Kevina z wykończonymi planszami Simona.

Czy warto w ten album inwestować. Fanów Lobo/Bisleya nie muszę zachęcać, bo już to mają. Fani Żółwi docenią za duet Casey/Raph, który podbił ich serca już dawno temu. Zgredy takie jak ja docenią, bo 90tisy z tego samego powodu większość młodszych czytelników nielubiących konwencji, zapewne nim wzgardzi. W każdym wypadku komiks broni się samą warstwą wizualną. Ja poczułem się dzięki niemu przez chwilę jak ten 15-latek, który sięgał pierwszy raz po album Lobo: Powraca. A jak śpiewał Rysiek takie chwile są piękne. 

AUTOR LoboPrime

"There's no flesh and blood within this cloak to kill. There is only an idea. And ideas are bulletproof."

PRZECZYTAJ TAKŻE

Zapraszamy na Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier!

Jak co roku gorąco zapraszamy Was do uczestnictwa w Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *