PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Bękarty z Południa Tom 1

[RECENZJA] Bękarty z Południa Tom 1

Nie ukrywam, że po Bękartów z Południa sięgnąłem bez wahania. Za serię odpowiada w końcu Jason Aaron, autor wielu poczytnych, wydanych również w naszym kraju komiksów. W zasadzie z tego co wyszło spod jego pióra nie przekonał mnie tylko Wolverine i X-Men, jednak jak wynika z mojego doświadczenia, pewne wpadki dobrych scenarzystów da się usprawiedliwić. Nie każdy pisarz potrafi tworzyć zarówno historie dla dorosłych jak i dobrą fabułę w serii traktującej o dzieciuchach.

We wstępniaku Southern Bastards odpowiedzialni za cykl faceci deklarują, że seria ta stanowi dla nich metaforyczny powrót na południe, skąd się wywodzą. Jest to sygnał dla czytelników, iż będzie autentycznie. Co prawda nigdy nie byłem w USA, ani tym bardziej nie spędziłem tam połowy życia jak oni, jednak spróbuję oceniać sytuację przez pryzmat własnych doświadczeń. A tak się składa, że sam pochodzę z małego miasteczka na południu kraju i jest to przerażająco fascynujące, jak wiele odkryłem na tej płaszczyźnie podobieństw. Pozorna religijność, małomiasteczkowa korupcja (tzw. „lokalne prawo”), psy szczekające dupami, czy nad tym wszystkim – wszechobecna ksenofobia. Atawizm mający swe korzenie jeszcze w czasach wojen plemiennych, objawiający się wrogą postawą wobec przedstawicieli innych plemion. Mieszkańcom większych miast może się to wydać niepojęte, ale fakt, że chłopak który odwiedza dyskotekę w sąsiedniej wsi, skończyć może z siekierą w głowie, jest na prowincji przewidywalnym ryzykiem. Dlatego w żadnym wypadku nie odbieram nagromadzenia patologii i brutalności obecnej tym komiksie jako hiperboli.

Smacznego!

Są oczywiście drobne różnice, nadające opowieści smaczku. Całe to ich wieśniactwo wymieszane jest z mentalnością dzikiego zachodu. Ci wszyscy silni faceci i te ich groźne, ociekające testosteronem, zimne spojrzenia udające grymas Clinta Eastwooda.

Przejdźmy jednak do samej fabuły. Komiks otwiera scena powrotu Earla Tubba do rodzinnego miasteczka po 40 latach nieobecności. Kiedyś kapitan lokalnej drużyny footballowej (Pędzących Rebeliantów), a dziś podstarzały emeryt, próbujący domknąć formalności związane z rodzinną nieruchomością, która wyszła z użytku gdy ostatni jej lokator trafił do domu spokojnej starości. Jednak Earlowi nie dane będzie mieć tyle szczęścia. Już na dzień dobry miesza się w lokalne porachunki, stając w obronie starego znajomego – Dusty’ego Tutwilera. Swoją drogą ten ostatni wygląda jak wypisz wymaluj aktor Steve Buscemi. Mam wielką nadzieję, iż dostanie on angaż w serialu, którego ponoć Aaron i Latour produkują dla FX Networks.

Miasteczko nie jest już tym samym miejscem, które opuścił Eral. Brak rządów twardej ręki jego ojca, który piastował stanowisko szeryfa doprowadził do rozrostu korupcji. Okolicą trzęsie trener Euless Boss, który dzięki powtarzalnym sukcesom dorobił się statusu bliskiego bogu (w jego własnym mniemaniu). Rzeczy w oczach dla lokalnych mieszkańców uchodzące za normę, dla kogoś z zewnątrz – a tak trzeba traktować Earla – jawić się mogą jak korupcyjne piekło. Nasz bohater nie zamierza krakać jak reszta wron i spróbuje wejść w buty swojego zmarłego przed laty ojczulka. Czy uda się uzdrowić miasteczko?

Preludium tragedii.

Warstwa artystyczna to prawdziwy majstersztyk. Jason Latour nie był wcześniej artystą specjalnie znanym w naszym kraju. Nie było ku temu okazji. Jednak każdy kadr popełniony przez niego to takie bogactwo szczegółów, kolorów i dynamiki, że można sycić oko wielokrotnie, bez znudzenia. Zamierzeniem autorów było nauczyć odbiorców ich dzieła czytać emocje nie tylko za pomocą fabuły, czy obrazu, ale przede wszystkim przy pomocy barw. Wertując Bękartów czytelnik czuje się niczym pacjent na seansie chromoterapii ograniczonej do wąskiego spektrum czerwieni.

Komis utrzymany jest głównie w odbarwionej ciemnej kolorystyce jakby hrabstwo Craw spowił półmrok. Jednak wyjątek stanową nasycone złymi emocjami kadry pełne przemocy fizycznej oraz retrospekcje z przeszłości Earla. Na te nałożono krwisto czerwony filtr.

Szachownica agresji, popis umiejętności Jasona Latour.

W momentach największego napięcia, autorzy stosują szachownicę kadrów, złożoną z nasyconych czerwienią rysunków, ukazujących przeszłe wydarzenia (najczęściej retrospektywna trauma, nakręcająca do działania tu i teraz). Ułożone są one naprzemiennie z silnie odbarwionymi kadrami brutalnej teraźniejszości. Zabieg ten przywodzi mi na myśl sceny z Kill Billa, w których Panna młoda konfrontuje się ze swymi oprawcami, a w tle przygrywa kawałek Quincy Jonesa, zatytułowany Ironside. Maksymalny trigger i agresja. Fascynuje mnie również motyw kija, którego dzierżył szeryf Tubb, lokalny artefakt budzący respekt w społeczności, prymitywne berło przechodzące w ręce kolejnych przywódców. Pojawiający się w kadrach pies, którego pochodzenie nie jest do końca jasne dla czytelnika, dodaje historii klimatu, przypomina nam, że jesteśmy na – do pewnego stopnia dzikiej – prowincji.

Komiks wydano w twardej oprawie na grubym papierze. Co ciekawe na czarnej farbie obwoluty nie pozostają ślady odcisków palców – czego jako kolekcjoner nie znoszę. Problem odcisków nie dotyczy wszystkich komiksów, tylko tych, które wychodzą z konkretnych drukarni. Pewnie jest to kwestia techniki wydruku i Mucha robi to dobrze.

Polecam komiks wszystkim odpornym na solidny poziom przemocy. Przyznam, że mimochodem pomyślałem o fanach komiksu Kaznodzieja, ale daleki jestem od szufladkowania nagrodzonych Harveyem i Eisnerem Bękartów z Południa. Pierwszy tom serii jest zdecydowanie wart polecenia.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Mucha Comics!

AUTOR LoboPrime

"There's no flesh and blood within this cloak to kill. There is only an idea. And ideas are bulletproof."

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Infidel

Za dużo było już wyśmienitych horrorów poruszających istotne kwestie społeczne, żeby nie zauważyć tej prostej …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *