PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Batman/Sędzia Dredd: Wszystkie Spotkania

[RECENZJA] Batman/Sędzia Dredd: Wszystkie Spotkania

W latach 90-tych oraz na początku XXI wieku światło dzienne ujrzało całe mnóstwo międzywydawniczych kooperacji komiksowych. Atrakcyjność crossoverów jest oczywista, gdyż kto nie chciał oglądać wspólnych przygód postaci, które na co dzień nie miały możliwości dzielić ze sobą komiksowych kadrów. Trend nie umarł, jednak takich opowieści obecnie mamy znacznie mniej niż w poprzednich dwóch dekadach.

Wspólne przygody Batmana oraz Sędziego Dredda cieszą się chyba szczególnym zainteresowaniem spośród crossoverów. To nie tylko starcie dwóch wyrazistych bohaterów, ale także spotkanie komiksu amerykańskiego i brytyjskiego. Brytyjscy twórcy na przełomie lat 80-tych i 90-tych tłumnie zasilali szeregi DC Comics, a nazwiska takie jak Moore, Morrison, Grant, Ennis czy Wagner, pomimo wyspiarskiego rodowodu, ściśle utożsamiane są z amerykańskim komiksem.

Efekty pracy DC Comics i 2000 AD zostały zebrane w omawianym dziś tomie, który na polski rynek wydawniczy trafił w ramach linii DC Deluxe. Wydanie zawiera pięć historii. Część zawartości jest już znana polskim czytelnikom, przynajmniej tym nieco starszym. Reszta opowieści pojawiła się u nas po raz pierwszy.

A zaczynamy od pozycji kultowej – Sądu ad Gotham.

W Gotham pojawia się Sędzia Śmierć, największa zmora Mega-City 1. Upiór wszedł w posiadanie pasa do skoków międzywymiarowych. Na trop przybysza błyskawicznie wpada Batman. Po szybkiej i, zdawałoby się, wygranej walce ze straszydłem, Mroczny Rycerz znajduje przy denacie wspomniany pas i omyłkowo sam teleportuje się do Mega-City. Tam z kolei niemal od razu staje przed obliczem Sędziów z Josephem Dreddem na czele. Bruce i Dredd oczywiście nie przypadają sobie do gustu. Dla Sędziego, Nietoperz jest krnąbrnym przestępcą o wątpliwej poczytalności, zaś Wayne widzi w Dreddzie brutala, ślepo lojalnego wynaturzonemu systemowi sprawiedliwości, postrzegającego świat jedynie w odcieniach czerni i bieli.

Ostatnią osobą zachowującą rozsądek jest Sędzia Anderson, która jako jedyna zdaje się pojmować zagrożenie, jakim jest zbiegły Mroczny Sędzia. Cassandra uwalnia Batmana i wbrew swoim przełożonym ucieka z nim do Gotham w celu pojmania upiora. Za uciekinierami rusza oczywiście Dredd. Tymczasem, Śmierć odzyskuje siły i sprzymierzony ze Strachem na Wróble planuje urządzić w mieście makabryczny festiwal strachu i pożogi.

Sąd nad Gotham to pozycja kultowa wśród pokolenia TM-Semic.
Rzeczone wydawnictwo zaserwowało polskim odbiorcom ten komiks w roku 1993. Jednak ze względu na koszty druku i kredowy papier (który był wtedy absolutną nowością w przypadku kioskowych publikacji) cena okładkowa ścięła z nóg niejednego fana trykociarzy udającego się w comiesięczną pielgrzymkę do pobliskiego kiosku. Przez słabą sprzedaż większość nakładu poszła na przemiał, a egzemplarz Sądu do niedawna uznawany był za białego kruka na polskim ryneczku. Dziś możemy cieszyć się tym komiksem ponownie, w powiększonym formacie i bez wypadających kartek.

Fabuła tego komiksu nie jest może godna dzieł Alana Moore’a, ale widać, że Alan Grant i John Wagner nie zamierzali odstawić fuszerki w nadziei na szybkie dobranie się do czeku. Opowieść jest prosta, wręcz pretekstowa, ale trzyma się kupy i brak w niej elementów niepotrzebnych lub przeciągniętych. Każda z postaci, zarówno z obozu protagonistów i antagonistów dostaje swoje pięć minut i obecność każdej z nich jest uzasadniona.

Użycie Stracha na Wróble, który ma bez wątpienia wiele wspólnego z hersztem Mrocznych Sędziów, świadczy o tym, że scenopisarski duet włożył w tę opowieść trochę kreatywności. Czemu to tak zachwalam skoro koniec końców nie jest to wybitna robota? Otóż, przy okazji kolejnych opowieści przyszło mi zatęsknić za tym poziomem opowieści… ale nie wyprzedzajmy faktów.

Pora przejść do creme de la creme tej historii, jak i całego tomu – oprawy graficznej autorstwa Simona Bisley’a. Choć Biz ma w swoim portfolio obłędne ilustracje do niejednego tytułu, to jednak praca nad Sądem jest według wielu jego szczytowym osiągnieciem. W końcu to dzięki tym pracom może poszczycić się wygraną w 1992 roku Nagrodą Eisnera. Czy jest większy sens rozwodzić się nad jakością prac rysownika, który cieszy się tak wielką popularnością także w naszym kraju? Nie, dlatego powiem krótko: obcowanie z tym komiksem jest jak oglądanie świata na narkotycznym tripie (to znaczy, domyślam się, że tak jest…). Najdrobniejszy detal urzeka swoją wynaturzoną formą. Świat Bisley’a  jest w pewien sposób pięknie obskurny, a każda postać wydaje się wyglądać jak własna karykatura. Taki styl idealnie współgra z niezbyt zdrowym tonem scenariusza.

Bisley pokazuje, że nie tylko świetnie radzi sobie z ołówkiem, ale jest także wirtuozem pędzla. Artysta tworzy szczegółowe i pełne kolorów kadry, jak i mgliste monochromatyczne ujęcia. Znajdziemy tu także wiele obłędnych splash-page’y, które aż chciałoby się powiesić na ścianie i widzieć codziennie po przebudzeniu. Również postaci główne w interpretacji Simona zyskują nowy charakter, szczególnie Scarecrow, który doczekał się jednego z najbardziej klimatycznych wizerunków, oraz absurdalnie muskularny Batman z uszami wijącymi się aż do nieba.

OK, pozachwycaliśmy się. Było miło, ale się skończyło, ponieważ od teraz, podobne doznania już nas przy lekturze nie spotkają.

Przechodzimy do Wendetty w Gotham. Postarajmy się to mieć jak najszybciej za sobą.

Dredd powraca do Gotham. Ostrzeliwuje Batmobil, po czym obaj panowie zaczynają okładać się po pyskach. I tak się tłuką przez pół komiksu… Tymczasem Brzuchomówca planuje wysadzić w powietrze ośrodek dziecięcy. Po kilkudziesięciu stronach drętwego mordobicia, Dredd postanawia w końcu się wytłumaczyć i pokazuje Batmanowi jutrzejszą gazetę (w tym miejscu musiałem przerwać lekturę ze względu na wstrząs mózgu spowodowany facepalmem), z której wynika, że Batman zginął podczas ratowania dzieci. Dredd z kolei zamierzał owym mantem odwrócić uwagę Batmana, gdyż przepowiednia mówi, iż Mega-City 1 zagraża zagłada, której zapobiec może tylko Człowiek Nietoperz.

Scenariusz tej historii to istna kpina. Wagner i Grant musieli mieć naprawdę zły okres, gdyż tumiwisizm aż bije po oczach. Dialogi są kompletnie drętwe i wymuszone, zaś fabuła, która zmieściłaby się na 10 stronach została rozciągnięta na 50 stron, głównie przez tępą nawalankę. Cliffhanger wydaje się być jedynie próbą wymówki za brak wysiłku ze strony scenarzystów.

Jak komiks wypada graficznie? Bez wątpienia najgorzej z całego tomu. Choć niejeden czytelnik odnajdzie w tym klimatyczny oldschool, którego ‘brzydota’ działa na jego korzyść. Dla mnie jednak jest to opowieść zilustrowana po prostu słabo. Cam Kennedy to mimo wszystko popularny rysownik. Głównie ze względu na pracę przy Dreddzie, czy komiksach ze starego kanonu Star Wars z Mrocznym Imperium na czele. Kennedy potrafi rysować dynamiczne ujęcia i widać, że w rysowaniu Dredda czuje się dobrze. Batman w jego wykonaniu wygląda jednak mało przekonująco.

Jego kreska wydaje się być mimo wszystko niedbała i toporna, co jednak przypieczętowało moje niezadowolenie z Wendety w Gotham. Na otarcie łez dostajemy okładkę autorstwa Mike’a Mignoli. Ciekawostką jest fakt, iż w pierwszym wydaniu zbiorczym zatytułowanym Batman/Judge Dredd Files, DC i 2000 AD zrezygnowało z uwzględnienia Wendety. Ciężko się dziwić.

Największy ból mamy za sobą. Od tej pory będzie na szczęście nieco lepiej.

Ostateczna Zagadka ignoruje wielką przepowiednię z poprzedniej przygody.
Batman ugania się po mieście za Riddlerem. Obaj panowie wpadają jednak w pułapkę. Po pewnym czasie budzą się zamknięci w klatce. W potrzasku znalazł się także Dredd wraz ze świeżo aresztowanym opryszkiem, oraz cała menażeria kosmicznych zabijaków. Gospodarzem spotkania okazuje się być tajemniczy Xero, który urządza swego rodzaju igrzyska śmierci. Batman zostaje wyznaczony do roli ofiary, zaś reszta towarzystwa musi zapolować na jego głowę. Sędzia postanawia jednak pomóc Mrocznemu Rycerzowi, ot tak, po znajomości.

Ponownie, fabuła stoi stanowczo poniżej umiejętności autorów, ale w porównaniu do poprzedniego potworka i tak jest znacznie lepiej. Opowieść ma wymaganą strukturę i sili się na pewną intrygę, która i tak jest raczej mało wymyślna. Nie widać tu lenistwa, a raczej brak większego pomysłu, gdyż główny zwrot fabularny można przewidzieć już po kilku stronach. Twórcy postanowili także dokonać recyklingu niektórych pomysłów z Sądu nad Gotham. Jednakże, mamy znów sporo rąbanki, tym razem znacznie bardziej satysfakcjonującej niż poprzednio.

Znacznie ciekawiej wypada również strona graficzna, gdyż powraca malarski styl ilustracji. Zamiast Biza mamy jednak Carla Critchlowa, oraz Dermota Powera, który znienacka zastąpił Carla na ostatnich 13 stronach komiksu.
W przeciwieństwie do prac Simona, oprawa Zagadki jest znacznie bardziej stonowana. Brak jej także rozmachu. Mimo to, jest to miła dla oka grafika, oblana paletą ciemnych barw i odcieni szarości, spośród których wybija się kolorowy mundur Dredda i błękitna peleryna Nietoperza.

Styl próbuje balansować między realizmem, a karykaturalnością, co jednak nie wypada na plus, gdyż więcej tu tego pierwszego sznytu i przejaskrawione uszy i rękawice Batmana, wyraźnie inspirowane wizją z Sądu, bardzo zgrzytają na tle całokształtu. Ostatnie strony spod pędzla Powera uderzają już w bardziej przerysowane przedstawienia, a nawet dość wiernie naśladują ilustracje Simona.

Dotarliśmy zatem do ostatniego jak dotąd spotkania Sędziego i Rycerza, z którym polscy czytelnicy również mogli się już zapoznać 18 lat temu. Przed nami Uśmiech Śmierci.
Komiks, który wraca do przyzwoitego poziomu opowieści i jednocześnie najdłuższa historia w antologii.

Uśmiech Śmierci wziął na warsztat to, na co zapewne czekał niejeden fan omawianego crossoveru. Na scenę wkracza Joker. Klaun wchodzi w posiadanie znanego nam już pasa do skoków międzywymiarowych. Eskapadę próbuje udaremnić Batman. Jednakże pas okazuje się być wadliwy i do Mega-City 1 trafia jedynie świadomość Jokera, zaś jego ciało zamknięte zostaje w Arkham.  Niedługo później, prosto w objęcia Batmana teleportuje się ranna Sędzia Anderson. Okazuje się, że niedługo po zniknięciu Jokera uwolniono wszystkich czterech Mrocznych Sędziów, którzy opętali zastępcę Głównego Sędziego. Batman orientuje się, że w rozpętaniu bałaganu palce maczał jego bladolicy przyjaciel. Rusza zatem do Mega-Miasta by ramię w ramię z Dreddem powstrzymać sojusz Sędziego Śmierci i Jokera.

Lektura tego epizodu bez wątpienia pozwoli zapomnieć o kiepskim poziomie fabularnym poprzednich dwóch odsłon. Mamy tu ponownie zajmujący akcyjniak spod znaku „mniej myślenia, więcej rock’n’rolla”. Użycie Jokera jakkolwiek sztampowe by nie było, zostało poprowadzone z głową i choć wielkich niespodzianek tu nie uświadczymy, to jednak pomysł ten został ciekawie wykorzystany. Jokera w takiej formie jak tu, nie widzieliśmy jeszcze nigdzie.

Poza obławą na Mrocznych Sędziów i Klauna – Księcia Zbrodni czeka nas jeszcze mnóstwo krwawej jatki. Naprawdę krwawej. Litrów posoki i wylewających się z brzuchów kiszek mamy pod dostatkiem. Ogólna struktura opowieści jest jednak odcinaniem kuponów od Sądu nad Gotham, ale do tego już zapewne przywykliście podczas lektury tomu.

O stronie graficznej warto pomówić nieco dłużej. Pracuje tu aż trzech artystów, więc oprawa jest dość nierówna. Pierwszy akt komiksu zilustrował Glenn Fabry – twórca m.in. kultowych okładek do serii Kaznodzieja. Fabry nie ogranicza się w efektownym kadrowaniu, jednak jego ilustracjom brakuje nieco dynamiki i za lwią część tego aspektu odpowiadają toporne onomatopeje, które niezbyt dobrze komponują się w rysunkach.

Prace Glenna są pełne detali. Niestety, niemało z nich jest zbędnych, takich jak nadmierne umięśnienie (Glenn, coś Ty zrobił Cassandrze Anderson!). Wiele postaci jest rysowanych pokracznie, jednak wszystkie twarze są wykonane bardzo naturalistycznie, co może się nieco wybijać na tle niezbyt realistycznego sznytu całej oprawy. Mnie ten zabieg jednak bardzo się podoba i nadaje ilustracjom ciekawej atmosfery. Nawet, jeżeli Bruce Wayne wygląda jak Johny Depp. Fabry operuje zróżnicowaną paletą barw, jednak głównie w bardzo ciemnych tonacjach.

Pierwsze 10 stron aktu drugiego powstało przy połączonych siłach Fabry’ego, Jima Murraya oraz Jasona Brashilla, co w kontekście oprawy jest raczej ciekawostką niż zjawiskowym zabiegiem.
Po tym przerywniku pałeczkę przejmuje pan Murray i jego prace są chyba najlepsze z całego epizodu, choć kompletnie zmieniają wydźwięk komiksu. Przede wszystkim, w odróżnieniu do zachowującego elementy realizmu Fabry’ego, Murray serwuje nam elementy cartoonowe rodem z Looney Tunes. Artysta operuje skrajnie przerysowaną mimiką, która ma nadać opowieści komediowego, żeby nie powiedzieć, ‘jajcarskiego’ klimatu. Po dość mrocznym i poważniejszym akcie pierwszym to mimo wszystko mało subtelny zabieg.

Jednak, jeżeli mam ocenić prace same w sobie, to muszę przyznać, że te rysunki to niezła petarda. Drugi akt obfituje w wiele efektownych, dynamicznych, oraz nierzadko rozkosznie obrzydliwych scen, ujętych w fantastycznych splash-page’ach. Wyjątkowo przypadł mi do gustu moment transformacji Sędziego Pomoru. Jedyne, na co mógłbym szczególnie ponarzekać, to dość leniwe potraktowanie teł w kadrach. Ale za to Sędzia Anderson znów jest śliczna.

Ostatnią opowieścią, którą wypada traktować bardziej, jako bonus są Psychole motocykliści kontra mutanci z Piekła, gdzie drogi Dredda krzyżują się z innym twardzielem z podwórka DC – Lobo. To kolejny komiks, który miał już okazję ukazać się nad Wisłą w roku 2000, pod koniec żywota wydawnictwa TM-Semic.

Ostatni Czarnian zostaje wynajęty do ochrony przez gwiazdę estrady, Wujka Funkle. Podczas gdy jego pracodawca bierze kąpiel, Ważniak odnajduje schowane zwłoki Wujaszka. Czując woń plugawego podstępu, Lobo postanawia rozmówić się z żyjącym Funkle’em, w którego podszywa się zmiennokształtny mutant. Konwersację przerywa jednak grupa innych przyjemniaczków, którzy porywają mimika. Tropy prowadzą do Mega-City 1, gdzie Ważniak wchodzi w konflikt z Prawem w osobie naszego zacnego stróża, Dredda.

Fabuła jest równie wymyślna, co rymy Tomasza Niecika i kompletnie pozbawiona dawki szalonego humoru i absurdalnej brutalności, jaka cechuje przygody Lobo, czy Dredda. Intryga sprowadza się do odrażającego szaleńca z podziemi pragnącego zawładnąć światem przy pomocy magicznych pierścieni. Jak mawiał klasyk, „siedzimy, nic się nie dzieje”.

Oprawa graficzna to przyzwoita rzemieślnicza robota. Jest dynamicznie, mamy ciekawe projekty postaci pobocznych i kilka zabawnych ujęć, które rekompensują brak dobrego dowcipu w dialogach. Jednym słowem, komiks i tak lepszy niż tragiczna Wendeta w Gotham, ale zarówno dla fanów Sędziego jak i Ważniaka nie będzie to pozycja obowiązkowa.

Nareszcie dobrnęliśmy do końca tomu. Przygody Sędziego Dredda i Batmana (oraz Lobo), to ogólnie bardzo nierówna pozycja. Dla kultowego Sądu nad Gotham i bardzo dobrego Uśmiechu Śmierci warto sięgnąć po ciężko zarobiony grosz. Dla fanów Batmana będzie to interesująca ciekawostka. Miłośnicy Dredda pewnie i tak kupią, ze względu na jednak wciąż małą ilość publikacji na polskim rynku. Entuzjaści komiksów służących bardziej do oglądania niż czytania jak najbardziej powinni mieć ten album w swojej kolekcji.

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Pan Higgins wraca do domu

Twórczość Mike’a Mignoli przeżywa ostatnio nad Wisłą renesans popularności. Kultowy Hellboy oraz jego spin-off pt. …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *