PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Batman: Zabójczy Żart

[RECENZJA] Batman: Zabójczy Żart

Raz na jakiś czas zdarzają się komiksy, które odmieniają wszystko. Nie chodzi mi tu wcale o wszechobecne crossovery i epickie eventy, które i owszem, wprowadzają rewolucję, ale rewolucję bezpieczną. Ja mówię o takiej, która zmienia wszystko: status quo bohaterów, postrzeganie medium, podejście do postaci. Tego typu rewolucje przełomy rzadko dzieją się w głównym nurcie, choć zazwyczaj to właśnie jego dotyczą. Częściej są to samodzielne projekty, które zdarzają się ot tak, bo ktoś wpadł na pomysł, a ktoś inny odważył się to wydać. I jednym z takich komiksów jest właśnie Zabójczy żart, o którym ostatnio znów zrobiło się głośno za sprawą zbliżającej się animowanej adaptacji.

Historia przedstawiona w tym komiksie jest prosta. Jak żart właściwie. Z odpowiednią pointą i śmiechem na koniec. Ale to nie żart. Batman odwiedza Azyl Arkham, bo ma dość kolejnych walk z Jokerem. Sprawy zachodzą już za daleko, w końcu jeden będzie musiał zabić drugiego, ale Batman tego nie chce. Odkrywa jednak, że Joker po raz kolejny uciekł. Co Książe Zbrodni planuje tym razem? Jego plan okazuje się prosty, acz szalony – udowodnić własną tezę, że wystarczy jeden, odpowiedni dzień, by doprowadzić człowieka do szaleństwa. I właśnie taki dzień zamierza zapewnić Gordonowi. Wkracza więc do jego mieszkania, na dzień dobry strzela jego córce w brzuch tak, by zgruchotać kręgosłup, rozbiera ją do naga a samego Gordona… porywa do „zakupionego” właśnie wesołego miasteczka, gdzie nagiego i upokorzonego poddaje swoistej terapii szokowej, mającej pozbawić go zmysłów.

Koniec lat 80 był niezwykły dla amerykańskiego komiksu. Właściwie w ciągu kilku krótkich lat, począwszy od przełomowego roku 1986, zmieniło się całe medium. Powrót Mrocznego Rycerza, Strażnicy, Daredevil: Odrodzony, Batman: Rok Pierwszy, Superman Johna Byrne’a czy wreszcie Zabójczy żart, Azyl Arkham i Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena. Pozycje te przedefiniowały komiks amerykański i jego bohaterów. Wreszcie dojrzałe, wreszcie poważne, wreszcie także i wiarygodne psychologicznie. Alan Moore, który napisał scenariusz do Zabójczego żartu, był także autorem m.in. Strażników czy V jak Vendetta. I choć trudno tą opowieść o Batmanie zestawić ze wspomnianymi tytułami, nie można odmówić jej wielkości.

Scenariusz prezentuje mądre i dorosłe podejście do tematu. Joker to prawdziwy psychopata, który nie cofnie się przed niczym. Batman i Gordon natomiast przedstawiają drugą, dobrą stronę medalu, ale nie są bez wad. To w końcu tylko ludzie, a okrucieństwo, jakiego doświadczają, wywiera na nich wpływ. Poza tym Moore zdecydował się na rzecz kontrowersyjną – pokazał retrospekcje z przeszłości Jokera i jego początki. Sam szaleniec wprawdzie nie pamięta przeszłości, ale opowieści, które przenikają się z głównym wątkiem, pokazują nam prawdę o jego wnętrzu i motywach. Szaleństwo zdaje się być dobrą drogą ucieczki przed problemami. Moore serwuje tym razem mniej drobnych smaczków, które przenikają się i w pełni dają dostrzec dopiero przy ponownej lekturze, ale nie jest tak, że ich zupełnie brakuje. Sam finał zaś, typowo w stylu Moore’a, jest niejednoznaczny, otwarty na interpretacje i naszą wyobraźnię. Dający za sprawą swojej symboliki pewne tropy, ale nie mówiący niczego wprost.

Graficznie to także perełka. Nie wiem, czy bardziej wolałem starą paletę barw, czy tą, którą na nowo nałożył sam rysownik, ale tak czy inaczej miło patrzy się na strony, szczególnie, że Brian Bolland rysuje niezwykle realistycznie. Drobne szczegóły, świetne operowanie cieniami. Szaleństwo i dynamika mają tu dobrze wyważone proporcje. I wszystko doskonale spaja się z treścią.

Zabójczy żart docenili czytelnicy i krytyka. Komiks dostał najważniejszą nagrodę w branży komiksowej – Eisnera za najlepszy album, i choć był poza głównym nurtem, wywarł wielki wpływ na klasyczne komiksy. W końcu przykucie do wózka Barbary było efektem wydarzeń pokazanych w Żarcie. I choć nie obyło się bez kontrowersji, kiedy feministki podniosły głosy, że sponiewieranie Babs przekroczyło granicę dobrego smaku, opowieść ta przeszła do historii. I jak pokazał czas, pozostaje wiecznie żywa, pomimo blisko 30 lat, jakie upłynęły od jej stworzenia. Przy okazji to właśnie ona otworzyła regularną serię z Batmanem w Polsce, stając się przy tym najbardziej cenionym komiksem z tym bohaterem, jaki wydało nieistniejące już TM-Semic.

Jakimś cudem nie znacie tego albumu? Nadróbcie to jak najszybciej, póki jeszcze jest dostępny. Warto pod każdym względem, szczególnie, że wyśmienite edytorsko wznowienie od Egmontu zawiera oprócz przedmowy Tima Sale’a i posłowie Briana Bollanda, dodatkowy komiks tego drugiego (znany z takich komiksów jak Batman: Black and White czy Niewinny człowiek) i galerię szkiców.

Jednym słowem: cudo.

Autor: Michał Lipka

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Suicide Squad: Zła krew

Niesławny – zarówno ze względu na fabularne założenia, jak i na skojarzenia z nieudaną adaptacją …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *