PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Batman: The Long Halloween

[RECENZJA] Batman: The Long Halloween

Amerykańskie komiksy superbohaterskie na stałe zadomowiły się w popkulturze. Coraz ciekawsze adaptacje filmowe potęgują ogólnoświatowe zainteresowanie przygodami zamaskowanych herosów. Chociaż tytuły te nadal uważane są za rozrywkę banalną (lub wręcz dziecinną), to trwająca dziesiątki lat ewolucja wspomnianej dziedziny sztuki doprowadziła do powstania kilku dzieł bezdyskusyjnie szlachetnych. Za jedną z takich komiksowych pereł uważa się dziś, między innymi Batman: The Long Halloween, trzynastoodcinkową serię zapoczątkowaną w 1996 roku przez scenarzystę Josepha Loeba i rysownika Tima Sale’a.

Komiks ten jest dziś powszechnie rozpatrywany, jako pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego miłośnika Mrocznego Rycerza (ale i ogólnie, komiksów ze stajni DC). Tym tropem podążył również Christopher Nolan, reżyser ostatnich, kinowych odsłon przygód Batmana, gdyż jego filmowa wizja w znacznym stopniu inspirowana jest właśnie tym tytułem. I chodzi tu nie tylko o dobór postaci, lub konkretne komiksowe kadry, ale także o samą filozofię rządzącą tymi produkcjami. Nolan, podobnie jak Loeb, postanowił pokazać przemianę zamieszkiwanego przez Nietoperza miasta, podkreślić granicę pomiędzy klasyczną, „zarobkową” przestępczością, a bezinteresownym szaleństwem, nieubłaganie przejmującym dominację w Gotham.

Batman The Long Halloween

O czym więc jest LH? Przede wszystkim o zmaganiach mściciela z Gothamską mafią. Carmine „The Roman” Falcone trzyma twardą ręką dużą, przestępczą organizację, właściwie można w tym miejscu śmiało użyć zwrotu „przestępczą rodzinę”, mamy tu bowiem do czynienia z klasyczną, opartą na „sycylijskim” modelu szajką. Prokurator Harvey Dent wraz z kapitanem policji Jimem Gordonem spędzają noce i dnie bezskutecznie poszukując dowodów obciążających Falcone i jego współpracowników. Skala problemu skłania wspomnianych panów do sięgnięcia po pomoc Batmana.
Miasto powszechnie znane z problemów w kontrolowaniu przejawów zbrodni, może się wydawać ziemią obiecaną dla żerujących na społeczeństwie bandytów. Nie do końca jest to prawdą. Pragmatyzm rządzący klasyczną przestępczością powoli poddaje się ciążącej nad Gotham klątwie. Mafijne struktury Falcone’a stają się celem mordercy nazwanego przez prasę Holiday, piąte przykazanie łamiącego w dni świąteczne.
To właśnie zagadka tożsamości zbrodniarza spaja serię w całość. Trwające długimi miesiącami śledztwo odsłania przed czytelnikiem proces teatralizacji Gothamskiej przestępczości. Mroczna rewolucja zapoczątkowana przez samego Batmana uwalnia i wzmacnia skrywane zbrodnicze tendencje. Nałożenie maski, szalona metamorfoza stają się łatwiejsze zarówno dla kryminalistów, jak i stróżów prawa.

Rozgryzienie intrygi nie wykracza poza możliwości dedukcji przeciętnego miłośnika kryminału. Jednak (ewentualny) brak niespodzianek nie zmniejsza przyjemności z lektury. Kościec scenariusza obrasta w wystarczająco dużo fabularnego mięśnia, by skutecznie podtrzymać uwagę czytelnika. Poznajemy związki ojca Bruce’a z mafijnym bossem, epizody z prywatnego i zawodowego życia Harvey’a Denta (bądź, co bądź ważnej postaci uniwersum) i oczywiście podziwiamy występy garści szalonych wrogów nietoperza, w tym: Poison Ivy, Scarecrow’a, Mad Hatter’a i Jokera. Ten ostatni jest chyba jednym obecnym w The Long Halloween motywem, który mnie nie przekonał, ani pod względem prezencji graficznej, ani użyteczności dla fabuły. Jego „wejścia” są w większości nieznośnie epizodyczne, jakby „książę zbrodni” wyskakiwał na chwilę z innej serii, by odepchnąć wątek główny LH o kilka stron dalej. Potencjał postaci nie został moim zdaniem w pełni wykorzystany.

Batman The Long Halloween

Nawet dla słabego występu Jokera istnieje szlachetna przeciwwaga – świetna Catwoman. Tak, muszę dołączyć do pojawiającego się często w towarzystwie tego tytułu, pochwalnego chóru, głoszącego doskonałość hallowenowej Seliny Kyle. Już sam „cywilny” projekt flirtującej z Brucem Waynem złodziejki jest ciekawy, zaś jej zamaskowane alter-ego prezentuje się kapitalnie. Posiada wszystko, z czego słynie komiksowa kocica – zadziorność, tajemniczość, przekorny stosunek do Batmana oraz rzecz jasna potężną dawkę seksapilu, podkreślaną przez oplatający zgrabną sylwetkę kostium.
Długa, 13 odcinkowa seria od pierwszego do ostatniego kadru ilustrowana jest przez jednego rysownika. Jest to zabieg bezcenny, bardzo sprzyjający spójności opowiadanej historii. Specyficzny styl Tima Salea może się nie podobać… choć będzie to raczej kwestią gustu, ponieważ swą podstawową funkcję spełnia doskonale. Konsekwentny układ graficzny oraz wyjątkowy talent Salea do płynnego przedstawiania założeń scenariusza sprawiają, że obszerny tom wnika w umysł czytelnika niczym wiotka nowela.

Uwagi te spisałem na po lekturze amerykańskiego, zbiorczego wydania komiksu (tak zwanego Absolute Edition) i muszę przyznać, że był to zakup niezwykle opłacalny. Wydanie zaopatrzone zostało w solidną, twardą oprawę oraz zamknięcie slipcase. Potężne tomiszcze jest zaskakująco elastyczne i wygodne – jak na gabaryty – w użyciu, a wspomnieć należy, że kompletna kolekcja LH zajmuje całe 400 stron. Polecam.

AUTOR RWilczur

Alkohol i tytoń spływa po mnie gładko, ale komiks ściska za gardło tym mocniej, im dłużej od niego stronię. A konsekwencje zażywania wspomnianego cholerstwa są straszne, okulary na długim nosie oraz siwiejąca w zastraszającym tempie broda. Jak żyć, powiedzcie sami? Otóż jest z sytuacji pewne - całkiem przyjemne - wyjście. Ukojenie daje klepnięcie na wygodnym leżaku i zamoczenie jednej kończyny w wartkiej rzeczce polskiego fandomu komiksowego.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Joker. Zabójczy uśmiech

Linia DC Black Label w teorii stanowi idealny materiał dla rodzimego Egmontu. Zamknięte, zwykle dziejące …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *