PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Batman: Mroczny Rycerz Kontratakuje

[RECENZJA] Batman: Mroczny Rycerz Kontratakuje

MROCZNY RYCERZ PRZEGRYWA

Powrót Mrocznego Rycerza, pierwsza część opowieści Franka Millera o zestarzałym Batmanie, który musi powrócić po raz kolejny by przywrócić ład, to komiks, który przeszedł do legendy. Nieodzowne dziecko roku 1986, kiedy to nastąpiła prawdziwa rewolucja w komiksie, a do rąk czytelników trafiły arcydzieła pokroju Strażników czy Daredevila: Odrodzonego. Kiedy więc Frank Miller po 15 latach postanowił kontynuować PMR historią Mroczny Rycerz Kontratakuje, oczekiwania były wielkie. Niestety większość nich się nie ziściła.

Od zainscenizowanej śmierci Batmana minęły już trzy lata. Ameryka uporała się z dręczącymi ją kryzysami i w kraju panuje spokój i radość. Czyżby ziścił się sen o utopii, a Stany Zjednoczone przestały potrzebować takich herosów, jak przebrany za nietoperza człowiek? Nic bardziej mylnego! Wszystko to stanowi jedynie wizerunek kreowany przez media, rzeczywistość natomiast prezentuje nam policyjne państwo, supermocarstwo nie potrafiące rozwiązać niczego inaczej niż siłą. Totalitarny ustrój tłamszący wszelkie przejawy wolności, na czele którego stoi prezydent, ale prezydent, co do istnienia którego nie ma nawet pewności. Bruce Wayne nie jest w stanie znieść takiej rzeczywistości. Zaczyna przygotowania do swego kolejnego powrotu, tym razem zaczynając przygotowania do zasilenia swojej prywatnej armii dawnymi i nowymi superbohaterami…

Brzmi ciekawie? I sam pomysł też taki jest, niestety w tym wypadku szwankuje realizacja. Frank Miller, scenarzysta i rysownik tego albumu, od zawsze balansował na cienkiej granicy oddzielającej prawdziwą wielkość od pulpowej miałkości, znajdując idealne wyważenie i prezentując o wiele więcej, niż sądzono, że komiks ma do zaoferowania. To on, wraz z Alanem Moore’em, stał się podwaliną komiksów, jakie czytamy obecnie, nie bojąc się brutalności, poruszania kontrowersyjnych tematów i przede wszystkim przekonującej psychologii. Wystarczy spojrzeć na opublikowaną przed laty przez magazyn Wizard (a w Polsce Świat Komiksu) listę stu najlepszych albumów komiksowych w historii. Nazwisko Millera przewija się tam co raz, by w pierwszej dziesiątce pojawić się trzykrotnie, w tym także na samym podium. Miejsce trzecie tego notowania przypadło Powrotowi Mrocznego Rycerza, niestety ciąg dalszy losów starego Batmana nigdy nie będzie miał okazji święcić takich triumfów.

Co jest z nim nie tak? Fabuła to aż przesadny natłok postaci i wątków, które tak naprawdę sprowadzają się do jednego motywu. Ale Miller jakby sam nie ogrania całości. Komiks traci spójność, wiele pomysłów jest najzwyczajniej nietrafionych lub naiwnych, ale najgorsza z tego wszystkiego jest strona graficzna.

Miller miewa tu swoje dobre momenty, jednak większość komiksu wygląda niechlujnie i brak jej jednolitości. Postacie mają dziwne miny, wielkie głowy i jeszcze większe dłonie i stopy, a te karykaturalne proporcje osadzone są w kadrach, które oscylują od szczegółowości i zabaw czernią à la Sin City tego autora, po zupełny brak wypełnienia i dziwne plamy. Duża w tym „zasługa” koloru ówczesnej partnerki Millera, Lynn Varley. Co dziwne to ona właśnie zrobiła absolutnie rewelacyjny kolor do Powrotu Mrocznego Rycerza, tam jednak służyły jej do tego farby, tu sięgnęła do komputera i efekt jest gorszy, niż można by oczekiwać. Owszem, zdarzają się jej przebłyski inwencji, jak wtedy, gdy próbuje udawać ręcznie kładzione barwy, jednak cała reszta sprawia wrażenie braku jakichkolwiek umiejętności w obchodzeniu się z cyfrowymi narzędziami. Zupełnie jakby Varley na MRK eksperymentowała (uczuła się?) z technologią. Szkoda.

Czy zatem jest to komiks zupełnie stracony? I tu Was zaskoczę, ale mimo wszystko dla pewnych rzeczy warto jest dla niego sięgnąć. Po pierwsze kontynuuje jedną z najlepszych graficznych opowieści w historii i stanowi także środkową część trylogii, której ciąg dalszy ukazuje się właśnie w USA, a więc jeśli ktoś chce przeczytać całość do końca, nie może go przeskoczyć. Po drugie wiele plansz jest udanych, a fabuła w ostatecznym rozrachunku nie jest wcale taka głupia. Satyryczna nuta i cała plejada bohaterów mimo wszystko robią swoje. I chociaż ten Mroczny Rycerz przegrywa walkę ze swoim poprzednikiem, nie schodzi poniżej poziomu jaki zazwyczaj reprezentują mainstremowe komiksy z Nietoperzem w roli głównej, a co za tym idzie fani nadal znajdą tutaj coś dla siebie.

Autor: Michał Lipka

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Pośród lasu

Nie jestem przekonany czy trzy dotychczasowe albumy z linii Hill House Comics, spotkały się z …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *