PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Archiwalia NOW! – Turok: Son of Stone #113

[RECENZJA] Archiwalia NOW! – Turok: Son of Stone #113

Nie wiem, co dokładnie zatrybiło w mojej głowie, że z morza komiksów wyłowiłem zeszyt wydany w latach 70 i postanowiłem o nim napisać. Dla złagodzenia traumatycznego przeskoczenia w inną (de facto) epokę historii obrazkowych, potraktujcie tę neurologiczną anomalię jako pretekst dla przypomnienia marki, którą (jestem pewien) wielu z Was traktuje z dużym sentymentem… choć pewnie nie tym związanym z komiksami.

Odkąd pierwsze triasowe puzzle zostały sklecone we w miarę logiczną całość, ludzie ulegać zaczęli szybko rozprzestrzeniającej się fascynacji dinozaurami. Zachwyt ten przeskoczył na wszystkie dziedziny rozrywki i nie zwalnia tempa nawet dzisiaj. Dokumentaliści eksploatują owe jaszczury w widowiskowych, naukowych filmach, wielcy pisarze umieszczają je na kartach swych poczytnych powieści, a rozbiegane dzieciaki do gołej blachy zapieszczają posążki z parków rozrywki. Wielu fantastów podążyło jednak za znacznie ambitniejszą wizją. Postanowili w swych dziełach skonfrontować rozumnego i – co najważniejsze – UZBROJONEGO człowieka z naszymi dawno wymarłymi łuskowatymi (nie)przyjaciółmi. Nowy, wysokobudżetowy Park Jurajski wystarczy jako, dobitny argument.

Turok: Łowca Dinozaurów, którego znacie z popularnych gier video, do cyfrowej krainy przywędrował ze świata literatury obrazkowej. Pierwsze wersje komiksu, tworzone pod opieką wydawnictwa Western Publishing, nawiązywały klimatem do słynnej powieści Juliusza Vernea Podróż do wnętrza Ziemi oraz do stworzonego lata później Zaginionego Świata Artura Conan Doylea. Indianin… (ekhem) Rdzenny Amerykanin Turok, wraz ze swym wiecznym utrapieniem – młodszym bratem Andarem, trafiają do tajemniczej doliny. Szybko okazuje się, iż nie jest to miejsce ani typowe, ani bezpieczne, bowiem przed czujnym okiem Boga, ukryły się w nim ostatnie niedobitki olbrzymich, prastarych jaszczurów przez dzikie plemiona ochrzczonych terminem „Honkers”.
Bestie wściekłe na cywilizację, która uzurpatorsko zdominowała kulę ziemską, nie dają ani chwili wytchnienia rozdygotanym wędrowcom. Życie wśród wiecznie wygłodzonych dinozaurów i nieobeznanych z tajemnicą koła, agresywnych odszczepieńców, potrafi dać w kość. Niestety wydostanie się z sięgającej horyzontu doliny, która jako rozrywkę proponuje długodystansowe maratony, do najłatwiejszych zadań nie należy. Tułaczka dzielnych wojowników na dziesięciu numerach się nie kończy (i na stu tez nie ). Niestrudzeni bohaterowie, ku uciesze czytelnika, przemierzają więc ostrożnie niegościnną krainę, masując co jakiś czas zszargane stresem mięśnie sercowe.

Seria (w opisanej powyżej formie) ukazała się w ramach katalogu trzech wydawnictw: Western Publishing, Dell Comics, a później Gold Key Comics. To właśnie przygody Turoka i Andara są mainstream`em tego tytułu. Mocarny wojownik, którego gracze poznali w Turok: Dinosaur Hunter z 1997 roku, pojawił się w komikach, za pośrednictwem czwartego w kolejności właściciela licencji do tytułu – Valiant Comics. Kraina dinozaurów została ochrzczona w nim mianem „zaginionych lądów” a jej (i tak nietypowi) mieszkańcy przeszli daleko idące genetyczno-technologiczne modyfikacje. Nasz bohater nie mógł stawić czoła nowemu niebezpieczeństwu bezbronny. W koszeniu hord obcych, demonów i (przede wszystkim) dinozaurów pomagały mu futurystyczne bronie oraz innego rodzaju hiper-zaawansowana technologia.

Mam więc dobrą okazję, by podnieść z zakurzonej półki jakiś antyczny komiks. Pozwólcie, że na przykładzie Turok: Son of Stone #113 z 1978 roku pokażę wam, jak kiedyś wyglądały popularne serie rysunkowe.

Turok i Andar ciśnięci przez scenarzystę w dolinę pełną dinozaurów, błąkają się po bagnach i lasach, poszukując drogi powrotu na rodzinne stepy. Z coraz bardziej zaborczymi gadami radzą sobie za pomocą wyposażonych w zatrute strzały łuków. Biorąc pod uwagę okoliczności, radzą sobie całkiem nieźle… do czasu. Tęsknota za plemieniem i pozostawionymi w nim przyjaciółmi, zdominowała sny Andara. Ogarnięty marzeniami młody wojownik odmawia towarzyszenia starszemu bratu w polowaniu. Turok rozumiejąc rozterki młodzieńca, postanawia pozwolić mu na dłuższy odpoczynek. Pozostawia chłopca w bezpiecznym schronieniu i wyrusza na łowy. Niestety ryk konającego od zatrutej strzały gada, wabi zamieszkujących tamtejsze okolice dzikich. Turok zostaje pojmany. Jedynym ratunkiem dla wojownika jest ukryty w głuszy Andar. Młodzieniec postanawia spieniężyć kapitał sennych majaków. By wyrwać brata z niewoli dzikich, wykorzystuje wybieg zaczerpnięty z wyśnionej wcześniej sytuacji. Patroszy truchło „honkera” i zakłada jego wydrążony łeb na swe barki. Dzicy przerażeni wizytą boga jaszczurów, zrzekają się prawa do przetrzymywanego Turoka.

Ale to nie koniec problemów naszych bohaterów. Księżyc bowiem przesłoniony zostaje przez upiorną, czerwoną łunę. Zapomnijcie o Nocy żywych trupów Romero, Noc Honkerów to dopiero horror. Co tam powolne, niesforne, ludzkie truchła, naprawdę przerażające są opanowane przez astronomiczny szał dinozaury. Tej sądnej nocy, toczący ropę z pyska brontozaur rzuci wyzwanie osłupiałemu T-rex`owi, a wyjący wściekle triceratops wskoczy za plezjozaurem do wzburzonej wody. Na szczęście w tym punkcie serii gady jeszcze nie posługują się bronią. W centrum całego tego chaosu rezyduje dwójka przerażonych wędrowców.
Zepsuję wam zakończenie – Turok i Andar przeżyją. Księżyc kapituluje w końcu na rzecz swego światłego brata. Wraz z końcem nocy usposobienie olbrzymich jaszczurów wróci do normy i tylko smród gnijących ofiar Nocy Honkerów będzie przypominał braciom o minionym koszmarze.

Nie odbierajcie moich ironicznych uwag, jako formy złośliwego znęcania się nad tym tytułem. Do historycznych, amerykańskich serii przygodowych trzeba podchodzić z humorem i solidnie przymrużonym okiem. Nie jest to oczywiście lektura na wieczór spędzony w głębokim fotelu, z nabitą wiśniowym tytoniem fajką i tabliczką aromatycznej chałwy pod ręką. Turok Son of Stone to raczej zabawna ciekawostka, skamieniały trop odciśnięty w prehistorycznej, popkulturowej skale. Uczy, bawi, rozczula, i nabiera wartości na półkach kolekcjonerów. Czego można się spodziewać po tytule powstałym w latach 70-tych zeszłego wieku? Oczywiście charakterystycznych dla komiksowej epoki brązu rysunków, dziecinnych reklam oraz drętwych żartów.

Lektura omawianego komiksu nie dostarcza emocji na poziomie ucieczki przed T-rex`em (chyba że w postaci niedawno poczętego jaja), ale raczej nikt tego nie oczekuje od komiksowego wehikułu czasu. Marka Turok w pewnym momencie opuściła komiks i przeniosła się do świata komputerów oraz animacji. A później na jakiś czas powróciła na karty historii obrazkowych, w ramach wydawnictwa Dark Horse.

AUTOR RWilczur

Alkohol i tytoń spływa po mnie gładko, ale komiks ściska za gardło tym mocniej, im dłużej od niego stronię. A konsekwencje zażywania wspomnianego cholerstwa są straszne, okulary na długim nosie oraz siwiejąca w zastraszającym tempie broda. Jak żyć, powiedzcie sami? Otóż jest z sytuacji pewne - całkiem przyjemne - wyjście. Ukojenie daje klepnięcie na wygodnym leżaku i zamoczenie jednej kończyny w wartkiej rzeczce polskiego fandomu komiksowego.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[CYKL] Mity Cthulhu w Uniwersum Komiksu Cz. 6 – Uniwersum Grozy Cz. 1: Ogólniki

Opowieści grozy od zawsze były dziedziną popularną w komiksie. Ramy tej gałęzi roz­rywki są dość ela­styczne, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *