PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [RECENZJA] Ant-Man i Osa

[RECENZJA] Ant-Man i Osa

Wydaje się jakby Marvel po raz kolejny wszystko skrupulatnie wykalkulował. Idealnie w momencie, w którym skończyły się chusteczki do opłakiwania zmarłych Avengers, do kin trafia najnowsza produkcja studia. W sam raz na rozluźnienie. Jednakże w kalkulacjach musiał pojawić się błąd. W chwili pisania tych słów, druga część przygód Ant-Mana – Ant-Man i Osa – wygenerowała 185 milionów dolarów przychodu. I choć każdy z nas chętnie przyjąłby tę sumę, widząc ilość zer, w skali wielkiego studia nie jest to wynik zbyt zadowalający. Owszem, film się zwrócił, jednak o miano sukcesu otarł się nieznacznie. Skąd tak niezadowalające osiągi? Czy ludzie mogą nie uwielbiać Scotta Langa? Postaram się wyjaśnić skąd wzięło się tak chłodne przyjęcie, najlepiej na własnym przykładzie.

Wojna Nieskończoności jeszcze poczeka. Nasz tytułowy bohater ma na głowie o wiele ważniejsze rzeczy, m.in. dotrwanie do końca dwuletniego aresztu domowego. Stara się spędzać czas na zabawach z córką, grze na perkusji czy nauce sztuczek magicznych. Jednakże pewnego dnia, scenarzysta postanawia przemienić Scotta w żywą antenę, za pomocą której odebrana zostaje transmisja od zaginionej w wymiarze kwantowym Janet Van Dyne. Jako że przed wyruszeniem w kwantową podróż należy zebrać drużynę, Hank Pym wraz z córką postanawiają wyciągnąć zaginioną z innego wymiaru.

Uzdolniony scenarzysta mógłby założenia fabularne ograniczyć wyłącznie do tego krótkiego opisu. Jak się niestety okazało, scenarzystów było aż pięciu, a pomysłów kilka razy więcej. Niestety nie wybrano tych dobrych, dlatego w pewnym momencie na scenę wkracza tajemnicza Ghost. Kim jest i jaki jest jej cel? Oczywiście ja wam nie powiem, ale jeśli pamiętacie motywacje tych kiepsko pisanych złoczyńców z MCU (nie dziwię się jeśli nie), nie oczekujcie żadnego zalążka sympatii. Mówiąc to bez cienia sarkazmu i hiperbolizacji, nie mam zielonego pojęcia, co niektórzy z bohaterów aktywnie robili w filmie. Z logicznego punktu widzenia, pewne postacie nie powinny wpaść w wir wydarzeń w celu innym, niż by serwować sporadyczne dowcipy lub wyjaśniać sytuacje zastane. I ja to rozumiem. Bo charyzmą niektórych aktorów można by obdarować całe konkurencyjne franczyzy. Żarty niemal zawsze trafiają w punkt, a pod taki akompaniament najmilej chrupie się popcorn.

Jeśli mamy dalej eksplorować kolejne zakamarki MCU, pozwólmy sobie na odrobinę szaleństwa. Zaprezentujmy widzom coś nowego, jakąś świeżą perspektywę. Ponieważ gdy rozpocznie się pokaz napisów końcowych, uświadomimy sobie, że żaden z bohaterów niczego się nie nauczył. Zaczynamy i kończymy w tym samym punkcie. A skoro charakterologicznie nie zmienia się zupełnie nic, całość zdaje się zbędna.

Ten restrykcyjny charakter Ant-Mana i Osy boli mnie nawet bardziej, wiedząc z jakim potencjałem mamy tutaj do czynienia. Abstrahując od samego bohatera tytułowego, skupmy się na tym, jak wiele oferuje często wspominany w filmie Wymiar Kwantowy. Niektórzy mogli zapomnieć, ale przygody Ant-Mana sięgają aż lat 60-tych. W tej epoce właśnie prym wiedli niezrozumiani naukowcy, chcący zbadać, ile jeszcze praw natury da się złamać. Jednym z nich był właśnie Henry Pym, który przez swój brawurowy wynalazek, został wciągnięty w samo centrum wielkiego mrowiska, z którego wyszedł jako odmieniony i nie do końca poczytalny superheros. Jako że ten teren zdążyliśmy już zwiedzić ze Scottem Langiem kilka filmów wcześniej, czas najwyższy przyjrzeć się innym elementom pulpowego science fiction, które wciąż zdaje się czekać na ponowne odkrycie przez świat filmowy. Inne wymiary.

Biorąc pod uwagę szereg możliwości jakie oferuje niezbadany jeszcze Wymiar Kwantowy, scenarzystów ogranicza tylko ich kreatywność. Można by tam usytuować około 90 procent filmu i szczerze wątpię by ponowna porcja kosmicznej jazdy bez trzymanki odstraszyła widzów domagających się zabawy. Ten koncept przedstawiono w komiksach Marvela już w roku 1963, w szesnastym numerze Fantastycznej Czwórki (chociaż jeśli mamy być niezwykle akuratni, zalążek Mikroświata dostaliśmy już w roku 1943, za pośrednictwem komiksu o Kapitanie Ameryce pt. The Girl In the Golden Atom), więc przez ponad pół wieku ktoś powinien zdążyć napisać choć jeden dobry scenariusz. Niestety, Payton Reed w Ant-Manie i Osie traktuje ten ocean nieskrępowanych możliwości niczym darmową próbkę coli w markecie, której nie wypada brać zbyt dużo, aby nie wyjść na pazerę. Przez to Wymiaru Kwantowego dostajemy jeszcze mniej, niż Strefy Negatywnej w Fant4stic sprzed 3 lat. Wszyscy pamiętamy jak dobrze to się skończyło.

Nie rozumiem jak to możliwe, skoro dopiero co Thor został kosmicznym gladiatorem, Ryan Coogler wykreował wierny tradycji afrykański kraj w stylu hi-tech, a włodarze Marvel Studios pozwolili zabić multum bohaterów bez mrugnięcia okiem. Pozwólmy sobie na odrobinę szaleństwa, bo permanentne ograniczanie twórców sprawi, że mimo dolarów na koncie studia, publika się znudzi. Niektóre z kreatywnych decyzji Disney’a pokazują, że chyba uczymy się by nie łykać wszystkiego.

Ant-Man i Osa jednak stara się uzupełnić te spore braki na kilka sposobów. Przede wszystkim dużą dawką komedii. Potencjał Paula Rudda jest niezmierzony, przez co i w drugiej części nie można odmówić mu uroku. Zwłaszcza w scenach prezentujących życie rodzinne naszego protagonisty. Walka z monotonią życia codziennego, zabawy z córką, czy rozmowy z kolegami z pracy – tym stoi charakter Scotta Langa. Tym, plus kilkoma nieco improwizowanymi walkami ze złoczyńcami. W kontrze do tych zrealizowanych z dbałością o złożoną choreografię, nieudolne miotanie się w szwankującym stroju wypada wiarygodnie. Ant-Man nie jest doświadczonym superherosem, więc musi działać i wymyślać na bieżąco. Tak jak jego kompanii z firmy ochroniarskiej. Luis, Dave i Kurt to po raz kolejny wyjątkowo barwna zbieranina, która wreszcie dostała więcej czasu ekranowego. Zarówno pod względem nieustannych salw śmiechu, jak i aktywnej pomocy w starciu z oprawcami. Tutaj niestety kończą się pozytywy, bowiem najnowszy film Marvel Studios nie oferuje sobą nawet wizualnej uczty. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że film wypada o wiele gorzej od poprzednika, w którym i tak wielokrotnie dało się odczuć pewne restrykcje.

Po rewelacyjnej passie, trwającej od jakiegoś roku, Marvel po raz pierwszy zaliczył wpadkę. Ant-Man i Osa jest idealnym przykładem, że w tak rozpędzonej maszynie, która co chwilę nabiera tempa, nie ma czasu na przerwy i postoje. W pełni rozumiem ideę obrania innej perspektywy i nie dokładania kolejnego elementu do nadchodzącego eventu. Jednakże, taki film musi zaoferować chociaż najbardziej elementarny rozwój postaci, co dzieło Reeda zupełnie ignoruje. Miejsce tej historii jest co najwyżej w zeszycie wydanym z okazji Dnia Darmowego Komiksu, bowiem płacenie za tę przygodę więcej niż kilka dolarów, wydaje się wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Chyba, że płacimy za siedzenie w klimatyzowanej Sali kinowej. Wtedy każdy cent jest tego warty. Tylko wtedy…

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Avengers: Wojna bez Granic

Dziesięć lat i osiemnaście filmów. Najnowszy, dziewiętnasty, podnosi stawkę trzeciej fazy Kinowego Uniwersum Marvela do kosmicznych wymiarów. …

KOMENTARZ

  1. Całkiem dobrze się na tym filmie bawiłem, ale nie oczekiwałem absolutnie niczego więcej niż prostej rozrywki, osadzonej w świecie mniej znanych komiksów. Po wyśmienitych Avengers trudno będzie zrobić dla fanów coś naprawdę dobrego. Największe wrażenie zrobiła we mnie scena po napisach 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *