PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / GRY / [RECENZJA] Judge Dredd: Dredd vs Death

[RECENZJA] Judge Dredd: Dredd vs Death

Gdy dowiedziałem się, że 13 lat temu ukazała się gra wideo oparta na komiksowych przygodach Josepha Dredda, mocno zaciekawiłem się tematem. Zainteresowanie jednak szybko prysnęło, gdyż grafika, jaką prezentowały screeny mocno odpychała nawet jak na swoją epokę. Średnia ocen w serwisach gamingowych zwiastowała co najwyżej bladego średniaka. No i tytuł… Judge Dredd: Dredd vs Death… Powiedzcie tylko, że to nie brzmi jak tytuł badziewnej gierki na telefon, które swego czasu, wraz z polifonicznymi dzwonkami i innymi obciachowymi gadżetami na komórki reklamowano na ostatniej stronie TeleMagazynu. Jednak moim fanowskim obowiązkiem było sprawdzić tę produkcję….

No i po zgłębieniu tematu odkryłem, że za produkcją stoi studio Rebellion, twórcy Aliens vs Predator i Sniper Elite, czyli ludzie, którzy mają doświadczenie zarówno z shooterami jak i produkcjami na licencji znanej marki. Poza tym Rebellion zajmuje się także wydawaniem komiksów, m.in. zbiorczych przedruków 2000 AD, w tym właśnie Dredda. Więc nawet nie ma mowy o tym, że była to zła gra. Prawda?

dredd

Judge Dredd: Dredd vs Death ukazał się na PC oraz konsole Playstation 2, Xbox i Nintendo GameCube za sprawą wydawnictwa Sierra Entertainment. Jest to typowy shooter w konwencji FPP. Wcielamy się rzecz jasna w naszego ulubionego stróża prawa w trakcie, zdawałoby się zwyczajnego dnia pracy. Pacyfikujemy demonstrantów pikietujących przed siedzibą Sędziów, obrączkujemy graficiarzy, a na koniec udaremniamy napad na bank.  Czyżby typowy dzionek w Mega-City 1? Nie do końca, gdyż na ulicach, ni stąd ni zowąd pojawiają się wampiropodobne straszydła, zaś w lokalnym więzieniu dochodzi do zamieszek, które jak się okazuje, miały odwrócić uwagę funkcjonariuszy od ucieczki największych zmor Mega-Miasta, Mrocznych Sędziów. Dredd i spółka muszą nie tylko powstrzymać makabryczny kwartet ale i zatrzymać inwazję krwiopijców w metropolii.

Z jaką produkcją mamy zatem do czynienia? Judge Dredd to z jednej strony bardzo przeciętny korytarzowy FPS, którego mała popularność nie jest niczym dziwnym.  Oprawa graficzna, bazująca na autorskim silniku graficznym Rebellion była niemożebnie brzydka już w dniu premiery. W roku 2003 światło dzienne ujrzał m.in. drugi Max Payne, drugi Deus Ex czy wreszcie pierwsza odsłona Call of Duty. Niestety wirtualnym przygodom Józefa pod względem wizualnym bliżej do drugiej części growych perypetii innego kolegi z komiksowego poletka, Turoka, która ukazała się 5 lat wcześniej. Modele postaci bywają pokraczne i, poza sędziami , mało szczegółowe. Trudno jednak w 100% winić twórców za taki efekt, gdyż chcieli oni nadać grze ten lekko karykaturalny sznyt jaki towarzyszył historiom ilustrowanym m.in. przez Carlosa Ezquerrę czy nawet Simona Bisleya. Plus za chęci. Aczkolwiek lepszym rozwiązaniem mógłby być cell shading, jakiego użyto w innej shooterowej adaptacji komiksu z tego samego roku – XIII. Jednak ten pokraczny styl świetnie sprawdził się w postaciach Mrocznych Sędziów. Bardzo dobrze wyglądają także modele broni, które są szczegółowe i całkiem znośnie oteksturowane.

areszt

Skoro już o pukawkach mowa to w grze mamy niezbyt pokaźny, ale zróżnicowany arsenał. Oczywiście naszym sztandarowym orężem będzie Law Giver MK2 – ikoniczny pistolet Sędziów wyposażony w kilka trybów ognia takich jak amunicja wybuchowa i zapalająca, pociski przebijające, pociski samonaprowadzane i ogień ciągły. Ponadto mamy pistolet półautomatyczny, dwa rodzaje strzelb, karabin maszynowy z trybem snajperskim, w którym możemy przestrzelić do trzech wrogów naraz, LKM, granatnik oraz pistolet i karabin strzelające wiązkami laserowymi. Innymi słowy standardowy zestaw futurystycznego człowieka-demolki. Ponadto, mamy na wyposażeniu granaty dymne i starą dobrą, niezawodną piąchę.

Ciekawym elementem gry, który pozwoli nam poczuć się jak przedstawiciel prawa jest możliwość wytrącenia broni słabszym oponentom, których następnie możemy skuć i osądzić na miejscu. Całkiem fajny zabieg. W grze mamy także kilka momentów, w których naszym celem, głównym lub opcjonalnym, jest ratowanie cywili i eskortowanie ich do bezpiecznej strefy. I uwaga, bo to co powiem wyda się Wam nieprawdopodobne…misje eskortowe NIE IRYTUJĄ! Nasze biedaczyska nie plątają się pod nogami, nie wleką w ślimaczym tempie, ani nie włażą w ściany jak robiłby to w prawdziwym życiu bohater piosenki Sunglasses At Night. Możemy w dowolnym momencie zatrzymać nieszczęśników, by samemu ruszyć na krótki zwiad. Kolejny element gierki na plus.

Creme de la creme każdego shootera, czyli częstowanie wrogów ołowiem wypada nierówno. Pierwszym problemem jest niestety Law Giver. Część trybów ognia tego cacka jest właściwie bezużyteczna. Sam używałem tylko dwóch. Reszta broni daje niezgorszy feeling strzelania. Osobiście najbardziej cieszyłem się gdy na swojej drodze znajdowałem kolejne naboje do strzelby. No bo kto nie lubi tego uczucia, gdy po jednym celnym strzale z bliskiej odległości, głowa naszego wroga wędruje z jego szyi na pobliską ścianę?… Jakkolwiek psychopatycznie by to nie brzmiało…

deadworld

Twórcy, na wzór chociażby Call of Duty, pozwolili nam mieć przy sobie jedynie dwa rodzaje broni, i nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że jedną z tych broni jest właśnie Law Giver, którego nie możemy wyrzucić, gdy skończy nam się w nim amunicja. Ta zaś jest w grze towarem luksusowym. Naboje możemy zdobywać jedynie z broni porzuconej przez zabitych lub obezwładnionych wrogów lub znaleźć przy leżących gdzieniegdzie zwłokach Sędziów. Tak więc amunicję szanujcie bardziej niż własną wypłatę/kieszonkowe. Innym problemem jest także dość nierównomierne rozmieszczenie mięsa armatniego. Czasem będziemy przemierzać rozleglejsze lokacje, w których unicestwimy garstkę przeciwników, a w innych, bardziej klaustrofobicznych miejscach witać nas będą całe hordy wrogów.

Jako, że lubię życie na krawędzi, Dredd vs Death przeszedłem na najwyższym poziomie trudności i muszę przyznać, że byłem bardzo zmieszany tym aspektem. Czemu? Ponieważ nawet na ‘hardzie’ gra bywa nieprzyzwoicie łatwa. W wielu etapach, zwłaszcza tych gdzie eliminujemy kultystów lub podrzędnych bandytów, gra jest równie wymagająca co spacer po bułki. Ale już nasze zombiaki i wampiry, potrafią nas położyć JEDNYM ciosem! A, że są szybkie i było ich naprawdę dużo, to bardzo często powtarzałem na głos nazwę najstarszego zawodu świata. W dodatku, panowie programiści stwierdzili, ze opcja ‘quick save’ jest dla słabych, więc momenty frustracji są nieuniknione.
Gra na szczęście jest stabilna i nie jest szczególnie „zabugowana”. Jedyny glitch, jaki rzucił mi się w oczy to dość częste niewczytywanie się animacji biegu npc-ów, przez co te sunęły po podłożu w dziwnych pozach niczym gwiazdy na lodzie.

motor

Po zakończeniu każdego poziomu dostajemy punkty i odblokowujemy modele postaci dla gry wieloosobowej. Poza trybem single player, zaimplementowano także tryb ‘Arcade’, czyli 11 krótkich misji, polegających na wytłuczeniu określonej liczby oponentów w jak najszybszym czasie, bądź eskorcie, tudzież obronie cywili. Możemy wcielić się w członka gangu i wziąć udział w ulicznych walkach, bądź jako członek mafii Lugosi podjąć próbę ucieczki z rąk Sędziów. Generalnie, całkiem przyjemny dodatek, będący czymś więcej niż wymuszonym przedłużeniem 7-godzinnego trybu fabularnego. Po przejściu każdej misji odblokowujemy jeden cheat. Oczywiście mamy jeszcze multiplayer, lub jak każe nam go nazywać gra tryb ‚Battle’, jednak nie mogłem go sprawdzić gdyż na serwerach cisza i pustka niczym w popularnej piosence Grzegorza Turnaua.

Pozwolę sobie jeszcze wspomnieć o fakcie, iż produkcja ta zawiera jeden z najbardziej bezczelnych product placementów w historii gier wideo. Rozdział trzeci doda Wam skrzydeł.

Widzę, że opisałem tę grę głównie jako jakiś festiwal baboli, ale jednak coś mocno trzymało mnie przy tym tytule.
Prawda jest taka, że Dredd vs Death, to jedna z tych produkcji, którą stwierdzenie „stworzona dla fanów” całkowicie ratuje. Pomimo bycia średnim shooterem z masą dziwnych rozwiązań i znamieniem produkcji stworzonej na szybko, gra Rebellion naprawdę godnie oddaje klimat komiksów 2000 AD. Sędzia Dredd jest tu tym samym wredusem co na kartach komiksu, oziębłym jak psi nos i gotowym posłać do izo-kostki nawet własną matkę, gdyby ta dopuściła się przestępstwa…i gdyby faktycznie miał matkę, a nie był klonem. Joseph przemawia głosem Toby’ego Longwortha. Longworth dał Dreddowi głos twardy, nieco karykaturalny ale niewątpliwie władczy. Inny niż chrypa Karla Urbana czy bełkot Sylvestra, ale bardzo ‘in character’.

Za to głos Sędziego Śmierci będzie nie lada ciekawostką dla fanów Doctora Who, a byłby jeszcze większą, gdyby ten wypowiedział choć raz słowo ‘exterminate’. Zobaczymy także kilka innych postaci z pierwowzoru, np. Cassandrę Anderson czy Sędzię Hershey. Podczas tutorialu dane nam będzie zwiedzić Akademię Prawa. W trakcie rozgrywki zostaniemy rzuceni nie tylko na ulice Mega-City 1 i w kilka jego mroczniejszych zakątków, takich jak np. Resyk, ale zwiedzimy także ojczyznę Mrocznych Sędziów – Deadworld. Poza tym w grze roi się od easter eggów i smaczków, które zaznajomionym z uniwersum Sędziów zapewnią sporo radochy z ich wyłapywania. Klimat świata jest tak namacalny, że można go kroić nożem, a to w mojej opinii jest dużo bardziej wartościowe niż graficzne wodotryski. Punki, które w trakcie aresztowania z wyraźnym akcentem Cockney wyzywają nas od faszystów to jeden z tych elementów, przez które fan czuje tę wyjątkową atmosferę jaką od 39 lat emanują komiksy spod szyldu 2000 AD.

boss

Podsumowując, gracze nieczytujący komiksów z kwadratoszczękim Sędzią dostali kolejną, niewybitną strzelankę w klimacie science-fiction, z małą ilością broni i czasem z rozległymi (choć pustawymi) lokacjami. Fani Dredda jak najbardziej powinni tę produkcję nadrobić. Ciężko polecić Dredd vs Death każdemu, ale warto przypomnieć, że dobre growe adaptacje komiksów nie kończą się na dziełach Rocksteady i TellTale. Bo właśnie tym jest Judge Dredd: Dredd vs. Death. Średnią grą, ale świetną adaptacją. Ja bawiłem się naprawdę dobrze… pomijając momenty frustracji. Ukończenie produkcji rozpaliło w mojej głowie marzenia o dobrym cover shooterze w konwencji TPP (może nawet sandboksie) z Dreddem w roli głównej. Wiemy już, że przygody Sędziego to wyśmienity materiał na film akcji. Pora więc dać mu kolejną szansę także w grze wideo.

AUTOR Kujaw

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[VIDEO] Spotkanie z Simonem Bisleyem MFKiG 2016

Zarejestrowaliśmy dla Was materiał video ze spotkania z Simonem Bisleyem, które odbyło się w ostatni …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *