PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Ant-Man (2015)

[RECENZJA] Ant-Man (2015)

Wraz z premierą Czasu Ultrona kolos jakim jest Marvel Studios, zachwiał się na swoich glinianych nogach. Okazało się, że nie każdy kupujący bilet jest doświadczonym komiksoholikiem, ani ekspertem od Marvel Cinematic Universe. Fani zaczęli domagać się spójnych, zamkniętych w swoim metrażu filmów, które tylko czasem będą zahaczać o poprzednie bądź kolejne produkcje. I w tym miejscu, niemal zupełnie znikąd pojawia się Ant-Man. I jak dobrze, że się pojawił…

Naszym protagonistą jest Scott Lang (w tej roli Paul Rudd), niegdysiejszy włamywacz, który właśnie wyszedł z więzienia i postanawia odmienić swoje życie. Już to jest pozytywnie skutkującym zabiegiem. Mimo, że niektórzy ze znanych nam herosów zaczynali po prostu jako buce, Lang jest człowiekiem, który ma za sobą nieco inną przeszłość. Jawnie czynił złe rzeczy, samemu złym nie będąc. Wszystko to robił (i robić będzie) dla swojej córki. Ku mojemu zaskoczeniu, ani przez chwilę nie powiedziałem do siebie, że wygląda to sztucznie. Oczywiście, widzieliśmy to już dziesiątki razy, ale dzięki dwóm czynnikom nie czujemy sztuczności w relacji ojciec-córka. Po pierwsze, scenariusz. Mimo jednej obowiązkowej i obligatoryjnej sceny, Scott Lang nie jest pokazywany jako idealny, kochany ojciec w metaforycznej pelerynie. Jest sarkastyczny, twardo stąpający po ziemi, momentami niezręczny i zdezorientowany. I takich postaci nam potrzeba. Nie są eks-żołnierzami, półbogami, czy milionerami, a ludźmi, z którymi o wiele łatwiej się utożsamić. Sami nie będziemy infiltrować wielkiej korporacji w zmniejszającym nas do rozmiarów owada super-stroju, ale współczucie i sympatia względem protagonisty to wciąż niezwykle istotny element. Ale to nie tylko zasługa skryptu, a również świetnej gry Paula Rudda. To kolejny „królik z kapelusza”, który wyciąga na naszych oczach Marvel. Aktor znany głównie ze średnich lotów komedii dostarcza rolę pełną charyzmy, która nie odstaje od reszty Mścicieli. Jak wspomniałem wcześniej, postać Langa oferuje sobą całkiem spore spektrum emocji. Nie jest to może Szekspirowska rola, ale na standardy letniego blockbustera to niemałe osiągnięcie. Z wielką chęcią zobaczę go w kolejnych produkcjach.

Naszego Człowieka Mrówkę na właściwe tory próbuje przekierować poprzedni Człowiek Mrówka. Michaela Douglasa na wielkim ekranie nie widziałem od jakiegoś czasu, a gdy się pojawiał, nie było to nic o dużej skali. Jestem niemal pewny, że ten film przekona go do udziału w kolejnych superprodukcjach. Hank Pym w wydaniu Douglasa to standardowy mentor z tajemniczą przyszłością, która sprowadza na niego spore zagrożenie. Niestety nie jaśnieje on niczym szczególnym, ale miło zobaczyć kogoś z faktycznym dorobkiem aktorskim na koncie. Zaznaczono nam co prawda, że pierwszy Ant-Man skopał niejeden tyłek, ale niedosyt i tak pozostaje. Większą dawką scenariuszowej żywiołowości wykazuje się córka Hanka – Hope Pym, choć i z nią bywa różnie. Relacje z ojcem nie są zbyt odkrywcze, ale miejscami da się z nich wyciągnąć odrobinę autentycznego dramatu. Gorzej robi się, gdy zagłębimy się w jej relacje ze Scottem. Od samego początku filmu doskonale wiemy jaką rolę będzie pełnić. Szkoda gdy postać w której kryje się dawka potencjału np. do udziału w scenach akcji, stanowi wyłącznie przyszły obiekt westchnień dla głównego bohatera. (Nie, to nie jest spoiler gdy mówimy o tak oczywistych elementach fabuły.)

   Ale bohaterowie nie mogą wykazać się, gdy nie staną naprzeciwko złoczyńcy. Po ciemnej stronie mocy staje tym razem Darren Cross. Wariację na temat Yellowjacketa pominę, bo to nie ona jest tu najważniejsza. Rola, którą wykreował Corey Stoll przekracza wszelkie granice klisz i kiczu. Jedyne czego brakło w złoczyńcy z Ant-Mana, to zajadania się małymi kociakami w przerwach od planowania zagłady świata. Na dobrą sprawę, jest tutaj scena o podobnym „uroku”, ale nie mam sumienia wam jej zdradzać. Marvel Studios nie radzi sobie zbyt dobrze w kreowaniu złożonych i pamiętnych antagonistów. Poza Lokim z obu części Thora, nie zaoferowano nam nigdy godnej uwagi „złej postaci” z ciekawą i trzymającą się kupy motywacją. I coś mi mówi, że jeszcze długo tak zostanie, wszak impuls który skierował Yellowjacketa na złą ścieżkę jest niewyobrażalnie dziecinny i groteskowo wręcz naiwny. Tak wtórna postać w skrypcie od Edgara Wrighta?

No właśnie, Edgar Wright. Popularny w środowisku scenarzysta odpowiedzialny za Trylogię Cornetto i Scott Pillgrim vs The World. Każdy z jego filmów, charakteryzuje się specyficznym, satyrycznym podejściem do tematów które podejmuje. To on był pierwotnym scenarzystą Ant-Mana i to jemu zapewne zawdzięczamy najzabawniejsze sceny w filmie. Problem niestety pojawił się, gdy przez „różnice artystyczne” współpraca Wrighta ze studiem została rozwiązana. A fakt, że scenariusz był „poprawiany” czy też raczej „złagodzony”, widać aż za dobrze. Przy kilku scenach autentycznie powiedziałem sam do siebie, że to ewidentnie scena od Edgara W. Gdy nie ma się zielonego pojęcia kto to, film łyka się w całości. Ale gdy na stanowisku scenarzystów musiało zasiąść jeszcze trzech dodatkowych osobników, aby film mogła strawić mniej obeznana z jego dorobkiem grupa odbiorców, pojawia się zgrzyt. Jak wyglądałby ten film, gdyby twórca Hot Fuzz dostał wolną rękę możemy tylko gdybać. Ale to co dostałem nie raziło w oczy. Cała fabuła nie jest specjalnie złożona, ale gdybym miał dostać powtórkę z rozrywki i kilkadziesiąt wątków lekko tylko napoczętych przez scenarzystę, załamałbym się. Nikt na szczęście nie sili się na totalną powagę, a film przełamany jest niefrasobliwym tonem i scenami humorystycznymi. (O kolegach Scotta wbrew pozorom nie ma się co rozpisywać. Słaby comic relief, ot co.) Parę gagów wywołało uśmiech na mojej twarzy, kilka nieco zażenowało a kilka przeszło bez jakiegokolwiek echa. Ale takie to już prawo blockbustera dla każdego.

   Kolejną rzeczą, którą taki właśnie blockbuster powinien zrobić umiejętnie, to osadzić się w uniwersum, aby nie odstraszyć ludzi, którym ta formuła nie wyryła się w pamięci tak dobrze jak nam. Jestem autentycznie zachwycony, jak wielką siłą Ant-Mana jest wyczucie, z jakim lokuje się go w Marvel Cinematic Universe. Wszystkie easter eggi i nawiązania wplecione są w narracje z ogromną pieczołowitością. W żadnej chwili nie czujemy się bici w twarz reklamą Civil War ani innych nadchodzących produkcji. Na to było miejsce w scenach po napisach. Pierwsza była nieco przewidywalna, ale może wyniknie z niej coś interesującego. Druga natomiast to ewidentny teaser. I jeśli klimat będzie równie gęsty jak w tych kilkunastu sekundach, szykuje się konkurencja dla Batman V Superman w dziedzinie mrocznych ekranizacji komiksów.

O aspekt wizualny nie powinien martwić się nikt. Sceny akcji są dynamiczne, ale nakręcone sprawnie. Mamy tutaj podział na 3 typy starć: okładanie oprychów w skali mikro, sekwencje grupowe z mrówkami i finalną batalię. Dwa ostatnie typy sekwencji to głównie skrupulatna robota ekspertów od CGI, ale nie wyglądają one sztucznie. Przykuwają one oko do ekranu, nie wypalając spojówek eksplozją barw i iskier. I jestem przekonany, że scena walki na jadącym pociągu urzeknie każdego.

Słowem zakończenia. Ant-Man to ni mniej, ni więcej, tylko dobry blockbuster. Ma on w sobie wiele wad, ale i wiele zalet, jakie zawierają w sobie nie tylko letnie filmy „popcornowe”, ale także filmy Marvel Studios. Jednak ma on w sobie pewien pierwiastek, którego brakowało w poprzednich produkcjach, skalę (i nie chodzi mi tu o rozmiar Scotta Langa po transformacji). Większość młodych widzów tego nie odczuje, ale w filmie Peytona Reeda da wyczuć się naprawdę oldschoolowy klimat. Szalony naukowiec, tworzący groteskową formułę która w nieodpowiednich rękach zagrozi światu? Tego w kinie nie było od kilku ładnych… Lat? Dekad? I dla takiej subtelnej odmiany właśnie, warto zobaczyć Ant-Mana. Nie ważne czy lubicie lekko pulpowe historie o bohaterach wspieranych nauką, kolejne odcinki Marvel Cinematic Universe, czy po prostu wielkie hollywoodzkie produkcje, najnowszy film od Marvel Studios definitywnie was nie rozczaruje.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

Top 100 najlepszych komiksów o Daredevilu – miejsca 20-11

Pora na ostatni przystanek przed finałową dziesiątką. Miejsca od dwudziestego do jedenastego zajmują wyjątkowe komiksy, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *