PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Zło we mnie

[RECENZJA] Zło we mnie

Zrobienie horroru musi być naprawdę łatwe. Patrząc przez pryzmat premier kinowych z tego gatunku, ciężko nie odnieść wrażenia, że to ciągle ten sam film z innym tytułem. Wtórne straszydła w opuszczonych i zaciemnionych budynkach pełnych przerażonych młodych ludzi. Jednakże, pomimo zalewu powtarzalnych niby strasznych produkcji, czasem światło dzienne ujrzy pewna perełka. Produkcja pozornie wyglądająca jak reszta, lecz kryjąca w sobie znacznie większe pokłady grozy i finezji artystycznej. I jak nie trudno się domyślić, taki jest właśnie film Zło we mnie.

W chrześcijańskiej szkole z internatem dochodzi do pewnego nieporozumienia. Z niewyjaśnionych powodów dwie z uczennic muszą zostać w placówce w czasie ferii. Choć słyszy się, że po obie z nich przybędą rodzice, sytuacja z każdą chwilą staje się bardziej podejrzana i niepokojąca. Zostajemy razem z nimi uwięzieni w wyciemnionych korytarzach budynku, który zaczyna przypominać więzienie. Oczywiście trudne okoliczności nie wpływają dobrze na samopoczucie dziewczyn, przez co jedna z nich zaczyna zachowywać się coraz bardziej niepokojąco. Nie chcę odbierać wam przyjemności z odkrywania kolejnych warstw obłędu, więc zarys fabuły utnę tutaj. Zważywszy także na to, że to nie jedyny wątek.

Pojawia się tutaj również tajemnicza Joan. Choć wydaje się oderwana od zasadniczej historii, z każdą kolejną sceną wątki zawiązują się coraz ciaśniej. Ale i tutaj cichosza. Owszem, na piśmie nie brzmi to nowatorsko. Jednakże, środki wyrazu, jakich używa film, zostawiają daleko w tyle całą konkurencję z wyskakującymi z za rogu duchami. Powolne odkrywanie kolejnych segmentów internatu, intrygująca muzyka, gra świateł czy choćby montaż. To wszystko kreuje niepowtarzalną atmosferę grozy, przy stosunkowo szczątkowej opowieści. Kierunek artystyczny nadzorował tu Oz Perkins. I jeśli nie znacie tego Pana, to po pierwsze: Od teraz powinniście, a po drugie: Na pewno jednak znacie jego ojca. Tego, który postanowił zabić Janet Leigh pod prysznicem w hotelu rodziny Batesów. Widać groza jest wpisana w geny Perkinsów i mam nadzieję, że jeszcze nieraz dostaniemy tego dowody.

Zło we mnie nie jest filmem, który wyrzuci was z fotela wyskakującymi znienacka strasznymi gębami. Cała produkcja stoi bowiem atmosferą wszechogarniającej grozy. Nie uświadczycie tutaj mrugających świateł, trzaskających drzwi czy martwo wyglądających dzieci stojących w rogu pokoju. Tutaj napięcie narasta powoli i stopniowo, nie odkrywając wszystkich scenariuszowych kart od razu. Co więcej, wiele elementów historii jest tylko delikatnie zaznaczonych lub opowiedzianych poza ekranem. Ale jak wszyscy wiemy czas fabuły i narracji nie muszą być tożsame. To nie jest film, który trafi do kosza z napisem ‚Wszystko po 5 zł’, by z kumplami rzucić na niego okiem przy piwie. Wymaga on minimum umiejętności logicznych by poskładać elementy układanki w spójną całość. To dość ciekawy sposób prowadzenia historii, wypadający lepiej niż chamska ekspozycja wypowiedziana przez którąś z postaci drugoplanowych. To nie Memento, ale nie radzę wychodzić do toalety w trakcie seansu.

Obowiązkiem jest też wspomnieć o aktorstwie. Przede wszystkim tym, jakie uskutecznia młoda Kiernan Shipka. Choć dziewczyna ma na swoim koncie głównie role epizodyczne i drugoplanowe, mam nadzieję, że niedługo się to zmieni. Nie znam się na teorii aktorstwa ani dokładnych środkach wyrazu, ale minimalizm, z jakim gra siedemnastolatka jest porównywalny z tegorocznym laureatem Oscara za pierwszoplanową rolę męską. W tych brązowych oczach kryje się niewypowiedziany obłęd, którego nikt nie chce doświadczyć. A przy tym aktorka zachowuje swoją dziewczęcą delikatność i niewinność. Nie wiadomo czy zasługuje na ciepły uścisk czy serię egzorcyzmów. Choć nie dostaje ona zbyt wiele dialogów, tak to, co słyszymy wypada nieprawdopodobnie wiarygodnie.

Podobnie partnerująca jej Lucy Bonton. Pewność siebie połączona z nieznajomością nowej sytuacji. Obie panie daleko wykraczają poza sztuczne i nieporadne bohaterki starych slasherów. To postacie z krwi i kości. Krwi zwłaszcza… Jest jeszcze Emma Roberts. Przyznaję bez bicia, że nie jestem jej wielkim fanem, lecz to nie umniejsza jej występowi. Podobnie jak w przypadku swoich młodszych koleżanek po fachu, minimalny nakład środków daje wymierne efekty. Głębia nie zawiera się w płaczu czy krzyku, a subtelnych spojrzeniach i nerwowych gestach. Niestety na drugim planie nie jest już tak ciekawie. Co prawda role te nie są szczególnie istotne dla fabuły czy wydźwięku całej produkcji, więc można przymknąć na to oko. Nikt nie gra obraźliwie źle. Po prostu nie ma się czym wykazać.

Lecz niemal wszystkie grzeszki tego filmu przysłania oprawa wizualna. Tak jak śmiało przepowiadam karierę młodej Pannie Shipka, tak i operatorka, Julie Kirkwood powinna wkrótce zasmakować wielkiego świata Hollywood. Ani jedna klatka filmu nie została zmarnowana na miałkie ujęcie, niepasujące do całości. Każda sekwencja wydaje się skrupulatnie przekalkowana, aby urzekać widza. Zarówno kadrowanie, jak i selekcja kolorów czy dobór oświetlenia. Wszystko to buduje niepowtarzalny klimat, który potrafią uchwycić naprawdę nieliczni twórcy. Ręczę, że każda klatka, jaką zdążycie uchwycić nada się na piękny wydruk, który ozdobi Waszą ścianę.

Zło we mnie to jedno z większych zaskoczeń kinowych ostatnich lat. Jeśli nie na skalę całego przemysłu filmowego, to niewątpliwie w gatunku horroru. Udowadnia on, że nawet najbardziej wtórne opowieści można ukazać w zupełnie nowym świetle, a przerazić i intrygować można na różne sposoby. Jeśli jeszcze nie dołożyliście się do sukcesu tego filmu, nadrabiajcie to bez chwili zwłoki. Młodym i ambitnym należy się rozgłos.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *