PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] The Wolverine (2013)

[RECENZJA] The Wolverine (2013)

X-Men: Ostatni Bastion skończyło się tak melancholijnie (i beznadziejnie zarazem), że płakali nie tylko fani. Płakał również nasz ulubiony mutant Logan, co zmieniło go na bardzo zły sposób. Przestał być tym nieokiełznanym, brodatym drwalem, na jakich teraz moda, prędzej można go porównać z elementem spędzającym czas pod sklepem monopolowym. Rosomak żył w takim stanie dopóki na jego drodze nie pojawiła się Yukio… Zjawiskowa czerwonowłosa dziewka nie zawróciła co prawda w głowie Logana, lecz obecnie tu piszącego. Wcielająca się w nią Rila Fukushima stała się dla mnie powodem do codziennego, rytualnego analizowania jej idealnego piękna i celebrowania jej istnienia. Aktorka ta z miejsca stała się dla mnie miłością życia. Tylko dlaczego nie podoba się nikomu innemu?

Logan za to zagustował w innej pannie, której – muszę przyznać – również niczego nie brakuje. Mariko jest piękna, zjawiskowa i ma trudny charakterek. A to właśnie z nią Logan spędza większość czasu filmowego i to o nią toczy się cała afera, przez co nasz zawadiaka pakuje się w straszne tarapaty. To stwarza kolejny powód żeby wyciągnąć na wierzch pazury i kosić wyskakujących zewsząd Azjatów. Nawet nie warto zadawać sobie pytania „o co tu chodzi?”, to jest po prostu fajne. Chociaż dociekliwi widzowie zobaczą, że scenariusz uzasadnia motywacje bohaterów i nic nie dzieje się bez powodu. Choć komiks Franka Millera, na którym się oparto jest już archaiczny i ciężko przyswajalny dla współczesnego konsumenta, to został on perfekcyjnie przystosowany do naszej epoki. Również różnice związane z upływem czasu od drugiej wojny światowej, zostały załatane wpleceniem dodatkowego pokolenia. Powiem więcej, film wydaje mi się lepszym medium do zapoznania się z historią niż brzydka powieść graficzna, wydana u nas zaraz na starcie w kolekcji Marvela (WKKM).

Każdy fan Nipponu ma swój własny powód żeby odwiedzić KKW. Jedni chcą się napić sake, inni ściskać się w metrze, a znajdą się nawet tacy co chcą powąchać używaną bieliznę. Mój powód już znacie, ale ważniejszy jest powód, dla którego udał się tam Wolverine. W czasie drugiej wojny światowej zdarzył się taki… drobny incydent w życiu Logana. Od tego momentu wiele się wydarzyło. Zdążyliśmy ogarnąć trylogię i origin, doświadczyliśmy masy istotnych spraw dla świata mutantów. Wszystkie wydarzenia prowadziły jednak do tej historii. Muszę przyznać, że to świetne rozpisanie linii czasowej i tworzenie uniwersum. Ten spin-off skupił się na innej części świata, do której musi powrócić Logan by odczuć skutki swojego aktu miłosierdzia sprzed 70 lat.

Przez lata nieśmiertelny Logan w swoim życiu niejednemu zdążył pokazać co robi ze swoimi szponami najlepiej. W poprzedniej części przecież wbił je w ukochaną, co uzasadnia jego wizje z nią związane. Jean Grey niezbyt przypadła mi do gustu i trochę boli, że przemycono ją w snach bohatera. Nie wiem co ona miała w sobie, że zabujał się w niej jeden z najstarszych mutantów na świecie, ale szybko uzmysłowił sobie pomyłkę gdy znalazł się u boku pięknej i młodej Azjatki. I tutaj perfekcyjnie zastosowano motyw występujący w wielu filmach z gatunku. Osłabiono bohatera, uczyniono go podatnym na ataki wroga. Zwiększyło to jeszcze bardziej dramatyzm, a przecież heros ma kobietę do obronienia. Mimo słabości, ich przygody nie stały się mniej emocjonujące. Wraz z nią zaliczył podróż słynnymi superszybkimi pociągami, których piękno zostało zszargane pazurami z adamantium. Interesująca okazała się również wizyta na Marsie… Muszę przyznać, że umiejscowienie akcji na dalekim wschodzie dodało filmowi nie tylko potrzebnej świeżości, ale również dodało jej Wolverinowi. Widok setek neonów i nieustanna adrenalina w żyłach Rosomaka naprowadziły go wreszcie na właściwy kierunek.

Rozmawiamy o Kraju Kwitnącej Wiśni i jego cudnych obywatelkach, a wypadało by wspomnieć również o przeciwnikach. Fabuła z początku to mały chaos. Jest kilka grup i każda chce zabić kolejną, lecz najważniejsze w tym wszystkim jest to, kto pociąga za sznurki. A jest to jaszczurowata, kobieca wersja Lorda Voldemorta, odziana w zielony kostium. Powinna ona być w Hydrze, nękać Kapitana Amerykę… Jednak niepełna licencja uczyniła z postaci szkaradną mutantkę. I jest ona jedyną przedstawicielką swojego gatunku w tym obrazie poza Loganem, a fakt ten należy uznać za plus, bo nie oglądamy kolejnego, wypełnionego nadludźmi filmu. Dzięki temu zabiegowi, wreszcie możemy poczuć realizm otoczenia, a dysfunkcja jaką było pokazanie świata pełnego mutantów została tutaj zgrabnie przemilczana. Ta oszczędność w dawkowaniu znanych postaci, sprawiła, że główni bohaterowie dostają więcej czasu, co z kolei korzystnie wpływa na zbudowanie całej tej otoczki i nakreślenie charakterów, motywacji.

Konsekwencją skupienia się na jednej historii, jest brak w tytule słowa X-Men. Bez wątpienia sam bohater i wcielający się w niego aktor wystarczają żeby pociągnąć ten film. Biorąc pod uwagę wcześniejsze części z serii, to na ich tle Wolverine niespodziewanie staje się dobrym filmem komiksowym. Natomiast orientalna polewa czyni z niego produkt wyróżniający się w cyklu. Do tego świetnie wpleciony wątek opiekuńczy i niebanalna opowieść – to wystarczające powody by zarekomendować seans.

Autor: Adolf

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Thor J. Michaela Straczynskiego

Wydany w Dzień Dziecka album zatytułowany po prostu Thor (bez żadnego rozwinięcia, podtytułu czy charakterystycznego …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *