PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Wojownicze Żółwie Ninja: Wyjście z Cienia

[RECENZJA] Wojownicze Żółwie Ninja: Wyjście z Cienia

Recenzja dotyczy DUBBINGOWANEJ wersji filmu.  Wersja oryginalna z napisami nie jest dostępna w polskich kinach.

Bohaterowie w skorupach powracają! Pobłogosławiony przez Michaela „NieWiemCoSięDziejeNaEkranie” Baya film z 2014 roku, zebrał solidne batożenie i to w dużej mierze ze strony fanów gadzich adeptów ninjutsu. Nic dziwnego, gdyż reboot kinowych perypetii Żółwi był filmem, który niezbyt godnie potraktował swój materiał źródłowy. Ponadto jego fabuła była podziurawiona bardziej niż Quicksilver w Czasie Ultrona,  poziom głupoty wykraczał poza akceptowalne standardy kina rozrywkowego i, co najbardziej niewybaczalne przy takich produkcjach, zawiewał nudą. Miał jednak swoje momenty, które dawały sporo rozrywki. Na pewno stawiam go wyżej niż inną franczyzę noszącą piętno Wybuchowego Michaela…

Wyjście z Cienia odpokutowało niejeden grzeszek swojego poprzednika, ale przede wszystkim naprawia jego największy błąd – w końcu czujemy prawdziwego ducha marki TMNT! Oczywiście, to wciąż film głupi i niedorzeczny, ale w dobrym dla swojej popcornowej kategorii znaczeniu.
Mija rok od wydarzeń z poprzedniego filmu.  Skorupiaści bracia stoją na straży Nowego Jorku dbając jednocześnie o utrzymanie swojego istnienia w tajemnicy. Vernon Fenswick (Will Arnett) w ramach umowy z Żółwiami przypisał sobie pokonanie Shreddera przez co został wielkim celebrytą. Tymczasem April O’Neil (Megan Fox) bada powiązania ekscentrycznego naukowca Baxtera Stockmana z Klanem Stopy. Ów Klan planuje z kolei odbicie swojego sensei podczas transportu do innego więzienia. Akcje odbicia próbują udaremnić oczywiście Raph (Alan Ritchson), Leo (Pete Ploszek), Donnie (Jeremy Howard) i Mikey (Noel Fisher). W ostatniej chwili, Shredder zostaje wessany przez tajemniczy portal. Porywaczem okazuje się Komandor Kraang, który zamierza wykorzystać Shreddera w swoim planie zniszczenia Ziemi.

Z Żółwiami Ninja łączy mnie bardzo cienka nić nostalgii. Na ten film, tak jak na poprzedni, poszedłem bez jakichkolwiek oczekiwań. Liczyłem bardziej na dobrą rozrywkę niż na odnowienie zakurzonej od blisko 20 lat sympatii do zielonych wojaków w skorupach. Tak się jakoś miło złożyło, że dostałem jedno i drugie. Wyjście z Cienia to film, na który kupujemy największe pudło kukurydzy, wysyłamy szare komórki na wczasy i z luzem przyjmujemy to, co dzieje się na ekranie. To ten rodzaj niezobowiązującego kina, który zdaje się mówić „wcinaj popcorn i wrzuć na luz, stary” zamiast „mam Twoje pieniądze, frajerze”, jak to odczuwałem przy oglądanych jakiś czas temu Piątej Fali i Bogach Egiptu. Dostajemy sporą dawkę kuriozalnej akcji a mniej gadania, które w poprzednim filmie strasznie spowalniało tempo. Jednocześnie film sklejały dwa banalne, choć luźno poprowadzone wątki. Pierwszym z nich jest wspomniany sojusz Shreddera z Kraangiem. Drugi wątek to tytułowe „wyjście z cienia”. Żółwie dręczy poczucie inności i ciekawość świata. Gdy na horyzoncie pojawia się szansa na normalne życie wśród ludzi, rodzi się konflikt w drużynie. Nie są to oczywiście głębokie dylematy ale widać, że twórcom chciało się zrobić coś więcej poza rozwałką. Nie obyło się jednak bez sporych dziur fabularnych i niedopowiedzeń. Największe pojawiają się już na początku: mianowicie dowiadujemy się, że Vernonowi przypisano pokonanie Shreddera ale już nikt nie wytłumaczył tego, jak tego dokonał. Na to, że kilka odpowiedzi przyjdzie nam szukać na odległej planecie „Whocares” musimy się przygotować.

Główną poprawą względem poprzednika jest to, że w końcu mamy pełnoprawny film o Żółwiach. W poprzednim filmie tytułowi bohaterowie stali w cieniu roli Megan Fox. I bynajmniej nie dlatego, że zostali przyćmieni przez jej kunszt aktorski (w końcu to Megan Fox), ale dlatego, że role zostały napisane niedbale, a ich wątek zszedł na dalszy plan, gdyż twórcy uznali, że bardziej zainteresuje nas reporterski suspens niż cztery przerośnięte żółwie machające japońskim żelastwem. Brawo, właśnie tego chcieliśmy…

W sequelu, bracia nareszcie są na pierwszym planie. Dostają mnóstwo czasu ekranowego i żadna sekunda nie jest zmarnowana. W końcu można brać na serio tarcia pomiędzy Raphem i Leo w kwestii przywództwa. Geekowska natura Donniego przejawia się w czymś więcej niż tylko imitującej wynalazki kupie złomu, noszonej na skorupie, a Mikey…. Ok, Mikey akurat zgrywał przygłupa już w poprzednim filmie, więc tu nie było zbytnio co naprawiać. Mutancia menażeria jest taka, jaką poznałem i polubiłem za dzieciaka. Poza tym, film jest wprost napakowany postaciami i motywami z komiksów oraz kreskówek. Nie tłoczą się jednak niczym uchodźcy z Somalii w pontonie. Obecność każdej postaci lub odniesienia jest uzasadniona i otrzymuje wystarczająco dużo uwagi. Jest Baxter Stockman, typowy przerysowany ‚doktorek‘, którego ambicja i kompleksy w połączeniu z geniuszem dają bardziej złowrogi miks, niż wódka przepijana piwem. Jest Casey Jones (Stephen Amell), który w tym filmie dopiero zaczyna przeistaczać się hokeistę-mściciela – kto czekał na pełnoprawny występ tego pana, będzie raczej zawiedziony, ale wierzcie mi, wyszło to na plus dla fabuły i innych bohaterów.
Niestety, nemezis gadzich wojowników, Shredder musi dalej czekać na udany występ. Po Człowieku-Scyzoryku z części pierwszej dostajemy równie blado napisanego villaina, ale tym razem nie dostał nawet swojego kostiumu. To znaczy oglądamy go w jego hełmie przez kilka minut i tyle. Jest mdły, nudny i nijaki niczym Keanu Reeves w każdej ze swych ról. Jednak, gdy Żółwie znikają z ekranu, show przejmują Bebop i Rocksteady. Ileż radochy miałem z tej mieszanki redneckowskiego bromance, taniego slapsticku z nutą kloacznych żartów i militarnym kiczem w stylu Drużyny A. To ten rodzaj niskolotnego humoru, który i tak sprawia, że będziesz suszyć zęby ponieważ postaci są autentyczne w swoim przejaskrawionym zachowaniu i przez to diabelnie pocieszne. Fanów marki TMNT czeka nie jeden easter egg, jak np. rozmowa o płycie Vanilli Ice’a czy przewijający się kilka razy charakterystyczny dżingiel muzyczny.

Designy postaci również nie zawodzą. Oczywiście, komu w 2014 roku nie przypadł do gustu wygląd Żółwi, ten wciąż będzie narzekał. Dla mnie koncept jest wyjątkowo udany i te półhumanoidalne twarze oraz zróżnicowany ‚ubiór‘ świetnie uzupełniają charaktery bohaterów i ich role w drużynie. Nie przeszkadza mi nawet fakt, że Michaelangelo wygląda jak Królewna Fiona.
Shredder wypada biednie jak wioska w Kambodży. Bebop i Rocksteady prezentują się wyśmienicie, a Kraang jest obleśny w groteskowy sposób… a jego egzoszkielet w finałowej walce też robi wrażenie. CGI uległo wyraźnej poprawie względem części pierwszej. Animowane akcje są emocjonujące i co najważniejsze, czytelne, czego nie można powiedzieć o pląsającym u Baya złomowisku z Cybertronu.

Chciałbym w tym momencie napisać o aktorstwie ale z racji, że obejrzałem film z dubbingiem, nie będzie to w pełni możliwe. No, ale czego możemy się spodziewać po Megan Fox? Drewniany performance Stephena Amella przebijał się przez głos Tomasza Błasiaka. Gary Anthony Williams i Stephen Farrelly jako Bebop i Rock oraz Tyler Perry jako Baxter zdawali się mieć sporo frajdy na planie…w przeciwieństwie do Briana Tee (Shreddera), który zdawał się jedynie wyczekiwać czeku i zimnego drinka pod koniec zdjęć. Głównych bohaterów niestety nie mogę ocenić, gdyż aktorów nie widziałem ani nie słyszałem.

Skoro jesteśmy zmuszeni oglądać film w takiej a nie innej formie, to porozmawiajmy o tym nieszczęsnym dubbingu. No cóż, dzieło pokroju polonizacji Shreka czy animowanych Asteriksów to to nie jest… choć do koszmaru dubbingowanych Gwiezdnych Wojen też na szczęście daleko. Polska ścieżka dźwiękowa TMNT 2 jest mocno średnia. Nie usłyszymy tu żadnego znanego głosu pokroju Zbigniewa Suszyńskiego, Jacka Kopczyńskiego czy nawet wszędobylskiego Jarosława Boberka. Bartosz Wesołowski (Mikey), Piotr Bajtlik (Leo), Paweł Ciołkosz (Raph) i Józef Pawłowski (Don) spisują się dobrze i ich głosy współgrają z charakterami tytułowych protagonistów. Równie dobrze wypadli Jacek Lenartowicz i Michał Piela jako Bebop i Rock. Reszta aktorów nie zapadła mi szczególnie w pamięci. Poza koszmarnym wręcz dobraniem głosu dla postaci Amella. Tomasz Banasik nie jest złym aktorem, ale czytane przez niego linie dialogowe kompletnie nie pasują do roli Stephena. W sumie byłoby niesprawiedliwie obwiniać za to pana Tomasza, lecz jego kwestie były po prostu zbyt ekspresyjne jak na drętwą grę Amella. No, ale tak bywa kiedy aktor dubbingowy posiada więcej talentu, niż filmowa gwiazda (zapewne Stephen to bardzo w porządku człowiek, choć to stwierdzenie pasuje do niego bardziej niż ‚aktor‘).
Przez dubbing zabito zapewne niejeden żart w oryginalnych dialogach. Jednak dotknięci syndromem Wierzbięty tłumacze z ochotą tworzą swoje własne heheszki. I tu pojawia się pewien paradoks – skoro film puszczany jest tylko w dubbingu, czyli dla grupy docelowej w przedziale wiekowym, powiedzmy 6-12 lat, to ile z tych dzieciaków zrozumie  takie teksty jak „Być twardym a nie miętkim“ albo „Jestem świnią! – Jesteś guźcem“? Ale odchodzę od tematu. Generalnie, dubbing nie należy do najlepszych i wrażliwym na ten zabieg może zepsuć radość z seansu. Szczerze potępiam decyzję o rezygnacji z wersji z napisami.

W temacie audio warto wspomnieć o powrocie Steve’a Jablonsky’ego w roli kompozytora, który ponownie nie zawodzi swoimi podniosłymi, ale i pełnymi przygody kompozycjami. Zaś „tiun” z napisów końcowych uraduje każdego miłośnika Żółwi Ninja. Zapewnie domyślacie się o czym mowa.

Podsumowując, Wojownicze Żółwie Ninja: Wyjście z Cienia to przyjemny i satysfakcjonujący odmużdżacz, który smakuje rewelacyjnie serwowany z popcornem i zimną colą. Godnie traktuje materiał źródłowy i dostarcza to, czego oczekujemy od niezbyt inteligentnego, zabawowego kina. Jeśli umiecie przełknąć polski dubbing to zachęcam do odwiedzenia najbliższego kina. Dla fanów Żółwi pozycja obowiązkowa. Osoby, które tak jak ja mają sympatię do gadzich ninja ukrytą głęboko we wspomnieniach z dzieciństwa, również zachęcam. Na pewno mogę powiedzieć, że mutantom Dave’a Greena poszło lepiej, niż tym Bryana Singera.

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *