PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Superhero Movie (2008)

[RECENZJA] Superhero Movie (2008)

Po dwutysięcznym roku wybuchła moda na filmy z superbohaterami. Takie zjawisko nie mogło ujść uwadze niejednej wytwórni, która chciała podpiąć się pod funkcjonujący nurt i szybko wypełnić sobie świnkę skarbonkę. Dla fanów gatunku to zawsze plus gdy dostaje się coś innego niż wszechobecnie znani superbohaterowie dwóch głównych wydawnictw komiksowych – DC Comics i Marvela. I tak w 2008, kiedy na rynku pojawiła się ogromna liczba wysokiej klasy hitów, wytwórnia mająca w nazwie Lisa i 20, zaszokowała widzów pewnym obrazem, który nie można nazwać inaczej niż…

Prowizorka!!! To jest coś czego nienawidzę, a podczas seansu było mi serwowane w oszałamiających i wręcz przytłaczających ilościach. Żeby nie zaczynać od hejtu, spróbujmy więc zapomnieć o tym co złe i skupić się na plusach. Może się uda. Zacznę więc od ciekawostki: główny bohater przypomina jednego z redaktorów naszej strony. W tym miejscu pragnę przestrzec, że doszukiwanie się podobieństw do członka Panteonu z głównym bohaterem, może nie wystarczyć by obejrzeć to dzieło do końca. Obraz to parodia, coś jak Straszny Film, który rzeczywiście był tak głupi, że aż straszny, a tu uderzono w podobne, niedoskonałe tony. Niedoskonałe, bowiem są na świecie komedie i są głupie komedie. Niestety, w tym filmie postanowiono podnieść poprzeczkę i stworzyć najgłupszą komedię wszech czasów.

Co ciekawe z początku się nie zanosi na to, że film może być aż taki pokraczny. Nasz swojsko wyglądający bohater, zwany jako Ważka jest wzorowany na Peterze Parkerze i praktycznie przez cały film oglądamy sparodiowane sceny ze Spider-Mana Raimiego. Już pierwsza scena z autobusem wprowadza nas w życie nastolatka. Trochę brutalniej i śmieszniej niż w oryginale. Gdy oglądamy tak przesłodzoną blondyneczkę (coś pomiędzy M.J. a Gwen), że aż na sam widok bolą zęby i do kompletu dostajemy nieśmiałego pechowego nastolatka, to romantyczne wspomnienia jakie mogą się w nas obudzić – zamiast przywołać wszystko co pozytywne podczas pierwszego seansu Człowieka Pająka – nagle gdzieś się zamazują w pokracznie przedstawionym obrazie i budzą niesmak. Oglądanie znanych wydarzeń w nowej wersji nawet na początku było zabawne. Zwłaszcza doszukiwanie się podobieństw do znanych produkcji superhero powstałych na początku filmowego boomu. Znajdziemy tu także elementy znane ze Smallville, Batman Begins, a co wydało mi się najgorsze, „prawdziwych” X-Menów i Fantastyczną Czwórkę. Wiadomo z jakiej wytwórni jest film, to twórcy mogli sobie pozwolić na taki zabieg gdyż posiadali do nich prawa… Problem w tym, że przedstawiona interpretacja postaci jest obrazą dla każdego geeka i dobrym przykładem na to, że wytwórnia powinna jak najszybciej stracić zagrabione przez siebie licencje na bohaterów Marvela.

Główny przeciwnik to wzorowany na Normanie Osbornie… Klepsydra. Jego zdolności absorpcji witalności nasuwają na myśl skojarzenia z Volturem. Charakter postaci dobrze podkreśla sam kostium, który może pochwalić co najwyżej miłośnik Power Rangers. Dobrze się domyślacie, że mamy do czynienia z kretynem, ale kto w tym filmie nim nie jest? Starano się go stworzyć tak, by widz maksymalnie się odmóżdzył, obserwując bohaterów mających IQ nie większe niż 70 i przejawiających fatalistyczne dla otoczenia cechy osobowości. A może ja się nie znam i jest to jakieś odwoływanie się do złotej i srebrnej ery komiksów…

Jednak najgorsze jest to, że ta parodia może się komuś spodobać. Co najwyżej fanom tego typu filmów, którzy świetnie umieją się bawić przy specyficznym, głupim humorze. Swego czasu kręcono całkiem sporo tego typu dzieł i pech chciał, że postanowiono wykorzystać wzrastającą popularność na superbohaterów. Również obecność takich tuzów gatunku jak Leslie Nielsen czy Pamela Andreson może dla kogoś być atutem, ale na mnie działa w odwrotny sposób. Czerwona lampka alarmuje mnie by się nie zbliżać. Co by jeszcze bardziej pogorszyć odbiór filmu, wprowadzono wiele znanych autorytetów i naturalnie sprowadzono ich do roli ofiar kretynizmu. Nie wiem jaki jest sens wyśmiewania papieża czy Stevena Hawkinga. Pewnie twórcy filmu wiedzieli, że obraz jest tak okropny, że warto zaszokować widzów. A nuż zrobi się mały skandal i przy okazji będzie darmowa reklama. Dlatego nie cackano się na żadnym gruncie i sceny typu „seks ze zwłokami” nie są tu niczym nadzwyczajnym. To już nawet twórcy porno parodii mają większy szacunek do widza.

Dlaczego warto obejrzeć to „dzieło”? Nie warto, ale tak to jest, że jak się czegoś zabrania, to umysł tworzy chęć sprawdzenia czy to rzeczywiście takie złe. Jak już zaakcentowałem wcześniej, działają na plus tu olbrzymie nawiązania go filmów z gatunku. To cieszy jednak przez krótki czas. Powiedzmy sobie szczerze, nie chcemy żeby ludzie zapamiętali superbohaterów jako produkt niepoważny i dla mniej wymagających odbiorców. Chcielibyśmy dostać dzieło będące hołdem dla gatunku. Film jest czymś przeciwnym – odrzucającym od facetów w pelerynach gniotem, antyreklamą dla gatunku. Ale chyba najlepszym powodem by obejrzeć to coś, jest wyrobienie sobie w głowie filtra prowizorki. Po takim doświadczeniu komediowe wątki w MCU mające trafiać w casualowego widza, wydadzą nam się strasznie poważne i przestaniemy na nie narzekać. Ta recenzja powstała w ramach akcji „STOP Prowizorce”.

Autor: Adolf

PRZECZYTAJ TAKŻE

Kto wygra Oscary 2018?

Rozdanie nagród Akademii Filmowej to ekscytujący czas dla każdego miłośnika Hollywood. Krytycy filmowi od miesięcy …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *