PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Super (2010)

[RECENZJA] Super (2010)

Każdy pasjonat dziedziny związanej z połączeniem maski i peleryny, po jakimś czasie szuka alternatywy i zagląda w coraz głębsze, podgatunkowe nisze. Niestety, odpowiedzi na wszechobecną „komerchę” proponowaną przez DC i Marvela, w dobie wspólnych światów i wojen bohaterów doszukać się coraz trudniej. Cieszmy się więc z każdego produktu, który powstaje z pasji i dla fanów. Nie jestem jednak naiwny. Wiem, że by zaoferować najwyższą jakość, bez prowizorki, potrzebne są ciężarówki po brzegi wyładowane zielonymi papierkami. Zielony kubraczek napędza takie myślenie – „bez góry siana, powstaje kaszana”. A przecież ważna jest również pasja. Na szczęście mamy kino względnie niezależne, które wypuściło na rynek mniej znane produkty, a ten którego omawiam dzisiaj już samym tytułem sugeruje wysoką jakość – Super.

W 2010 roku, z trochę mniejszym szumem niż przy okazji premiery filmu Marvela, ale twardym i stanowczym tąpnięciem, wszedł na rynek film wyjątkowy. Jeśli obeznany w temacie fan, pomyśli o czołówce produkcji superbohaterskich, to na pewno znajdzie się w niej Kick-Ass. Choć jego marka została nieco sponiewierana przez raczej nieudaną kontynuację z 2013 roku, to i tak stanowił on przykład na to, jak dobrze przenieść na ekran fabułę komiksu. Jestem przekonany, że do czasu Deadpoola nie było drugiej tak perfekcyjnie oddającej klimat oryginału adaptacji. Podnieta filmową interpretacją komiksu Marka Millara była więc w pełni zasłużona. Możliwe jednak, że mogła ona przesłonić inne niszowe dzieło tego typu, które zadebiutowało w tym samym czasie. Choć osobiście uważam je za tak głęboką niszę, że tylko gorliwi fani stylistyki komiksowej by do niej zajrzeli, gdyby nie ułatwiła tego popularność Kick-Assa. Podejrzewam, że w Polsce jedyny pokaz kinowy filmu Super odbył się w Poznaniu, podczas festiwalu Transatlantyk w 2013 roku, a wątpliwe jest, by ktoś sięgnął po jakieś tam DVD, nawet w koszu z filmami za 5 zł.

Porównań do Kopacza Tyłków nie da się uniknąć. Oba dzieła są na swój sposób świeże. Skupiają się na podgatunku zwanym real-life superhero. Chodzi w nim o osoby bez supermocy, bez jakiegokolwiek wyszkolenia, zakładające kostiumy i ruszające w miasto. Pół biedy jeśli ktoś to robi np. w celach charytatywnych, żeby zebrać pieniądze na szczytny cel. W filmach niestety (dla widzów jak się okazało stety!) jest inaczej. Umysł pełen kompleksów każe wybrańcowi w pokraczny sposób naśladować odzianych w kolorowe łachy superbohaterów, co oczywiście może skończyć się tylko i wyłącznie katastrofą. Właśnie po premierze Kick-Assa, nurt „prawdziwego” superbohaterstwa został bardziej zauważony przez rynkowych graczy. Jego elementy są zwłaszcza widoczne w komiksach o polskich superbohaterach.

Super jednak, dla mnie, okazał się lepszym filmem niż przygody Dave’a i Mindy. Złożyło się na to wiele elementów. W moim odczuciu najważniejszym z nich jest fakt, że oglądamy coś nowego. To historia pisana od podstaw przez jakiegoś (!) Jamesa Gunna. Ten twórca wykazał się nie tylko kreatywnością, ale i zrozumieniem dla uczuć nerdów, sfrustrowanych małostkowym i wypranym z emocji codziennym życiem. Fabuła nie jest oparta na żadnym komiksie. W Kick-Assie wierne przeniesienie zdarzeń na ekran było niesamowitym plusem. Jednak dla osoby obeznanej z oryginałem, wiele elementów było już dobrze znanych.

Sam fakt, że bohaterem filmu nie jest nieporadny nastolatek, a niezaradny facet koło trzydziestki sprawia, iż wśród starszych fanów, do których oczywiście też się zaliczam, obraz spotka się z większym zrozumieniem. Frank D’Arbo, główny bohater, to stary nieudacznik, kompletnie aspołeczny i nierozwojowy. Nasz „przegryw” jest typowym facetem bez charyzmy, pracującym w knajpie serwującej obleśne fast-foody. Typ nolife’a i to takiego najgorszego, który żyje według 10 przykazań i każda norma moralna, to dla niego świętość. Dlatego już na wstępie zostajemy potraktowani z zaskoczenia – facet znalazł żonę! I to nie jakiegoś paszczaka, ale urodziwą pannę, której nie powstydziłby się sam genialny Bruce Banner. Co prawda nietrudno sobie wyobrazić, co się stanie z takim związkiem. Zagmatwana historia małżonki i głęboko zakorzeniony konserwatyzm prowadzą bohatera do przemiany w kierunku, w którym nie spodziewał się pójść. Niektórzy szukają rady u psychiatry (preferowane rozwiązanie), jednak nasz bohater zaufał urojonemu, słowu Bożemu (zdecydowanie niepreferowane, zwłaszcza w poważnych kryzysach, na które realny wpływ jednak ma poziom naszej aktywności), co spowodowało w nim dość nietypową przemianę.

W tym momencie wyłamię się z formuły analizy fabularnej, by zauważyć jak genialnie złożono hołd filmom superhero poprzez… obsadę. W głównej roli mamy nerda z Moja Super-Ex Dziewczyna (Rainn Wilson), który rolę wykluczonego społecznie kolesia podniósł na jeszcze wyższy poziom. Jego żoną jest Liv Tyler (The Incredible Hulk), a przyjaciółka to Ellen Page (seria X-Men). Kolejną znaną w kręgach nerdowskich facjatą, jest Nathan Fillon! Pan ze względu na angaż w pewnym serialu, nie może zagrać jakiejś większej roli w filmie o superbohaterach. Tutaj mamy jego krótki, ale zabawny debiut w kostiumie! Kevin Bacon, co prawda wtedy nie był znany z komiksowych filmów, ale niedługo później w takich wystąpił. Obsada godna największych superprodukcji, zmieściła się w wartym 2.5 mln dolarów dziele, o którym niestety mało kto pamięta.

Crimson Bolt („Kosa na przestępców” – co brali tłumacze?), to jeden z najlepiej napisanych bohaterów w filmach real-life superhero. Według mnie wypadł znacznie lepiej niż Kick-Ass, prawie tak dobrze jak Niewidzialny Gryf, nie będę się jednak pastwił nad smutnym Defendorem. Siła tej postaci tkwi w tym, że nie jest on upośledzony umysłowo, a po prostu zabawnie nieprzystosowany do rzeczywistości. Do końca tkwi w swoich postanowieniach i urojeniach, nie schodzi z obranej ścieżki. Swoją pasją nawet zaraża innych. Boltie („Siekierka” – oj, polski tłumaczu…), pomocnica naszego czerwonego śmiałka, to bez wątpienia kliniczna socjopatka. Zakładając kostium staje się kimś innym, wyciąga na wierzch swoje prawdziwe, stłumione rządze, walka ze złem staje się dla niej ujściem emocji i potrzeby wyładowania agresji. Toż to życiowa rola Ellen Page! Panna zamiast przechodzić przez ściany, powinna częściej dostawać do ręki gnaty! W rezultacie dla obu bohaterów kostium staje się drogą do wolności. Pozwala im zrobić coś, czego bez przybrania nowej tożsamości, nigdy by się nie odważyli.

Motywem przewodnim dla głównego bohatera są dwa perfekcyjne momenty życia. I taki też tytuł ma utwór przewijający się w tle. Indie-popowy rytm świetnie pasuje do statusu filmu. Muzyka dobrana jest idealnie, za co odpowiada współpracujący z Jamesem Gunnem kompozytor Tyler Bates. To samo przecież o muzyce można było powiedzieć po seansie Strażników Galaktyki. Niewielu twórców zdaje sobie sprawę, że to co przechodzi przez uszy, potrafi wywołać równie mocne emocje jak to co widzimy na ekranie.

Gatunek usprawiedliwia pewien poziom technicznej „prowizorki” i zamienia „celuloid” w złoto. Taka niezwykła sytuacja, gdzie to co nazywam prowizorką jest fajne i w pewien subtelny sposób podnosi artystyczny poziom. Mało tego,  wspominałem już jak obraz finezyjnie oddaje hołd superbohaterstwu, czy wklejając znane twarze, czy to przez zapodanie nam jakiś charakterystycznych motywów, które znawcy gatunku bezbłędnie wyłapią. I choć to co widzimy można nazwać pastiszem, to większość obserwowanych przez nas wydarzeń mogłaby się ziścić w realnym świecie, nieważne jak głupie wydają się być w trakcie seansu. Dlatego niesmaczne parodie odstawmy na bok i wybierzmy prawdziwe superbohaterstwo.

Bo to jest Super.

Autor: Adolf

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Avengers: Wojna bez Granic

Dziesięć lat i osiemnaście filmów. Najnowszy, dziewiętnasty, podnosi stawkę trzeciej fazy Kinowego Uniwersum Marvela do kosmicznych wymiarów. …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *