PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi

[RECENZJA] Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi

Wspominanie jak wielkim fanem gwiezdnej sagi jestem, wydaje się chyba formalnością. Towarzyszy mi ona od wczesnego dzieciństwa i nierealnym zdaje się w moim przypadku opuszczenie premiery Ostatniego Jedi. Jedyne, co starałem się w jej kontekście ignorować, to wszelakie materiały prasowe, wypowiedzi obsady, czy stopień świeżości na Rotten Tomatoes. Dlatego też na seans wszedłem z zupełnie czystą kartą i brakiem jakichkolwiek oczekiwań. Jednak nawet z czystym umysłem film potrafił mnie zaskoczyć.

Zrzynka z Dartha Vadera? Nie moi drodzy, już nie.

Rey udało się odnaleźć Luke’a Skywalkera, którego zamierza ściągnąć na pomoc podupadającej Rebelii. I to jedyny fragment fabuły jaki zamierzam „ujawnić”. Choć to nadal podpadająca pod znaną wszystkim formułę historia, oferuje ona naprawdę niecodzienne zwroty akcji, czy mylenie tropów. Rian Johnson wyjątkowo sprawnie zadbał o to, by każde z naszych przyzwyczajeń zostało wystawione na próbę i niejednokrotnie wywrócone na drugą stronę. Ale w razie gdyby ktoś z widzów zapomniał – tak działa rzeczywistość wojny. Również gwiezdnej.

Możemy snuć domysły co się wydarzy, czy nasze teorie się potwierdzą a ulubieni bohaterowie przetrwają. Ale to nie zależy od nas i z niejednym elementem sagi będziemy musieli się pożegnać. Bo o tym głównie jest najnowsza część „Wojen”. O przemijaniu. O zmianach. O tym, że co to jest bliskie naszemu sercu, nie będzie przy nas wiecznie. To dość odważny krok biorąc pod uwagę wszechobecną, przystępną dla najmłodszych ideologię Jedi, którą wykreowały poprzednie produkcje. To już przeszłość. Teraz nawet ci dobrzy muszą stawić czoła swoim demonom, legendy muszą skonfrontować się z rzeczywistością a nadzieje nie zawsze będą wystarczające.

Pierwszy weekend w kinach, gotowi do walki o miejsca w dobrych rzędach?

I w tym właśnie ideologicznym rozgardiaszu znajdują się nasi dwaj główni bohaterowie. Rey oraz Kylo Ren. Jeśli komuś z Was wcześniej nie przypadli do gustu  i byliście tymi, którzy przyczepiali im naklejki „Darth Vader Wannabe” oraz „Mary Sue”, wasze obiekcje zostaną skonfrontowane z rzeczywistością. Zarówno twórcy, jak i postacie dookoła są świadome tego, jaką stygmatyzację muszą znosić protagoniści, co stanowi podwaliny ich rozwijającej się historii. Żadnemu z nich nie jest dobrze z tym kim się stali, przez co widzimy ich wewnętrzne konflikty. A działają one nie tylko dzięki umiejętnej reżyserii i sprawnemu scenariuszowi Johnsona, ale przede wszystkim talentom aktorskim Adama Drivera i Daisy Ridley. Oboje dają niezwykłe popisy, które mam nadzieję zaowocują przynajmniej nominacją do branżowej nagrody dla każdego z nich.

Things are getting hairy around here…

Porównywalną finezją wykazuje się weteran gwiezdnej sagi – Luke Skywalker. Choć trailer i zarys fabularny zdają się sugerować motyw zmęczonego mistrza, który najpierw odrzuca nasza bohaterkę, by później wziąć ją pod swoje skrzydła, unika on tej znanej szufladki. Nowe wcielenie Luke’a daje nam wgląd w człowieka zniszczonego, zmęczonego i rozczarowanego. Przede wszystkim samym sobą. To już nie jest Wybraniec, który z pewnością siebie przegoni całe Imperium jednym machnięciem miecza świetlnego. Król jest nagi. Legendy nie są prawdziwe.

Niemonochromatyczny obraz świata kreuje także plejada postaci drugoplanowych. Z przyczyn oczywistych nie opiszę każdego z nich, lecz pokrótce zaznaczę, że prawie każdy z nowych nabytków wnosi ze sobą coś świeżego, poszerzającego nasz ogląd świata targanego wojną. Niestety strategia ta działa po jednej stronie mocy. Jeśli epizod temu, brakowało wam np. budzącej respekt Kapitan Phasmy, to ostrożnie z dalszym entuzjazmem. Jednakże zmarginalizowanie drugiego planu nie zdaje się być wynikiem wyłącznie niechęci, czy niekompetencji scenarzysty. Nie bez powodu bowiem w Ostatnim Jedi widzimy tyle anonimowych ofiar i aktów bohaterstwa. Na wojnie nie ma ludzi, są tylko jednostki dążące do wspólnego celu. Bez względu na ich szczebel władzy.

Ostatni Jedi jest spektakularnym i zaskakującym filmem.

A  wspomniane działania wojenne od dawna nie były pokazane tak pięknie. Jestem pod kolosalnym wrażeniem jak majestatycznie prezentuje się najnowsza odsłona Gwiezdnych Wojen. Steve Yedlin do pary z reżyserem mieli bardzo klarowną wizję tego jak ma prezentować się ten mroczniejszy rozdział. I udało im się to oddać wręcz perfekcyjnie. Lokacje które odwiedzamy są zróżnicowane, jak postacie których losy śledzimy. Zapierają dech w piersiach, niczym kultowi bohaterowie z mitów o rycerzach Jedi i budzą trwogę jak najgroźniejsi z Sithów. Rewelacyjna kompozycja kadrów, oddanie klimatu, czy rozmach scen batalistycznych. Każda możliwa sekwencja ukazana jest z godnością należną każdej z postaci. A jeśli dodatkowo uzupełnimy ją o niesamowitą i jak zwykle rewelacyjną ścieżkę dźwiękową Johna Williamsa, otrzymamy istne audiowizualne arcydzieło.

Ostatni Jedi jest dla mnie filmem wyjątkowym. Wiele osób w zrozumiały sposób wypomina mu, że stało się tu coś dziwnego. Coś, czego wielu z nas nie oczekiwało. Jest on zupełnie innym spojrzeniem na prawa rządzące uniwersum Star Wars. Poddaje pod wątpliwość zarówno wiarę bohaterów w tytułowych Jedi, jednakże robi to także z widzem. Każe nam zakwestionować  to co wiemy już o całym tym świecie. Sprawia że chcemy dowiedzieć się, co nieznanego jeszcze wydarzy się w odległej galaktyce, którą pozornie poznaliśmy już dawno, dawno temu…

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Stranger Things

2016 owocował w dzieła oddające hołd klasycznemu kinu. Dostaliśmy genialny Nowy Początek, czarujący La La …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *