PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie

[RECENZJA] Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie

Pamiętam odliczanie do premiery Przebudzenia Mocy, najpierw lata, później miesiące, tygodnie i finalnie dni, godziny. W przypadku Łotra 1 nie musiałam czekać. Spojrzałam w kalendarz i okazało się, że to już. Bez większych emocji, choć z uśmiechem na twarzy, wybrałam się do kina i przyznam – żałuję. Bardzo żałuję, że nie nastawiłam się bardziej emocjonalnie wobec tego niepozornego spin-offu, bo to coś więcej niż popkulturowe dzieło kinematografii. To film na który fani Gwiezdnych Wojen czekali od lat!

rogue

Nie tak dawno, bo cztery lata temu, na całym świecie można było usłyszeć krzyki zrozpaczonych fanów uniwersum. Disney i Lucas oficjalni przypieczętowali swoją umowę, a Expanded Universe budowane przez 30 lat miało zostać puszczone w zapomnienie. Nie pomogły petycje, prośby – decyzja okazała się finalna. Jednak Disney (jak to Disney) postanowiło rozszerzyć uniwersum na własną rękę i oprócz komiksów, książek i animacji, pomiędzy kolejnymi częściami sagi mieliśmy oglądać spin-offy. I tak też się stało. Łotr 1 jest pierwszym eksperymentem Disneya na tym polu. Rebeliantka Jyn Erso, córka Galena, kapitana pracującego nad Gwiazdą Śmierci, dołącza do rebeliantów, a jej misja szybko przeradza się w próbę zdobycia planów śmiercionośnej broni (spoiler: udało się!).

Do Jyn dołącza grupa, mogłoby się zdawać przypadkowych ludzi, ale z jednym wspólnym celem – chęcią zmiany stanu galaktyki na lepsze. Przyjaciele Jyn to jeden z największych atutów filmu, każdy z nich ma w sobie coś co pcha go do przodu, a ich wyjątkowość sprawia, że nie sposób o nich zapomnieć. Myśląc o tym kogo powinnam opisać w tej sekcji nie mogłam się zdecydować, bo naprawdę każda postać jest warta uwagi. Tego samego nie można powiedzieć o głównym antagoniście filmu. Orson Krennic jest trochę jak młodszy brat Tarkina i być może nikt nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie to, że on też się w filmie pojawia. Bądź co bądź aktorzy dali tutaj popis swoich możliwości. Felicity Jones wreszcie pokazała na co ją stać. Na pochwalę zasługuje też Diego Luna, który (jak się obawiam) w internecie zostanie przyćmiony przez wielki cień Mikkelsena.

rogue_one_empire_magazine_wallpaper_1__krennic__by_spirit__of_adventure-dagjlvk

Fabuła filmu jest szybka i zwięzła, ale to właśnie dzięki temu nie zgubiła gdzieś po drodze swojej autentyczności. Przez kilka pierwszych minut Łotr 1 przedstawia nam postacie, ale później niczego nie dopowiada, bo całą wiedzę potrzebną do przetrawienia filmu już mamy. Prawdziwą sztuką jest to, że mimo tej dynamiki film jest naprawdę realny, naturalistyczny i nieidealny (w dobrym znaczeniu tego słowa). Mamy tu zmęczonych, brudnych ludzi i płaczącą bohaterkę. I nie, nie taką spryskaną wodą i robiącą smutne miny. Jyn Erso (Felicity Jones) płacze naprawdę przejmująco! Co prawda to nie jest Przełęcz Ocalonych, ale uniwersum robi małe kroczki w dobrym kierunku, aby dawać nam coraz odważniejsze filmy. Oby tak dalej, Disney. W dodatku wreszcie dostaliśmy Gwiezdne Wojny w innych barwach niż biały i czarny. Wiem, że wielu fanom nie podoba się gloryfikacja rebeliantów. Tutaj tego nie ma. Nareszcie ktoś przyznał, że ci też mają swoje za uszami.

Uwielbiam klimat Gwiezdnych Wojen. Uwielbiam tą cukierkowość, żywe kolory i żwawy soundtrack, ale Łotr 1 to zupełnie inna bajka, a mimo tego mnie oczarował. Film jest w utrzymany w ciemnych barwach (i Snyder nie maczał w tym swoich palców!), a kadry przypominają czasami te z filmu dokumentalnego. Jednak masa przybliżeń robi dobrą robotę, dzięki niej łatwo jest odróżnić spin off od filmów z głównej serii. Na pochwałę zasługują też stroje i rekwizyty. Kaski, które były kiczowate już w latach 70’ dalej są kiczowate, a na konsolach zobaczymy duże kolorowe przyciski i dźwignie. Nawet uczesanie rebeliantów przypomina to, które było modne w okolicach Nowej Nadziei.  Edwardsowi w dziwny sposób udało się połączyć kino wojenne, kicz i dorzucić do tego szczyptę space opery. Kto by pomyślał, że to sposób na hit?

rogue-one-story-gallery-an1-ff-000069_640bb116

W tym roku niemalże zamieszkałam w kinie, ale efekty specjalne w żadnym filmie nie wywarły na mnie takiego wrażenia jak te, którymi popisali się twórcy przy okazji wielkiej bitwy na Scarif. Niesamowite barwy, niespotykane wcześniej w uniwersum Star Wars widoki i walka rebeliantów z imperium jest niesamowita. To trzeba zobaczyć na wielkim ekranie! Nie sposób nie docenić też pracy włożonej w stworzenie postaci Tarkina (oryginalnie granego przez Petera Cushinga, który zmarł 23 lata temu) przy pomocy CGI. Postęp technologiczny jest niewiarygodny.

Zarówno osoby które widziały sagę tylko kilka razy w swoim życiu jak i jej maniacy na pewno docenią niesamowitą ilość easter eggów umieszczonych do filmie. Na początku starałam się liczyć te wszystkie mrugnięcia okiem do fanów, ale szybko dałam sobie z tym spokój. I choć nie chce spoilerować to zapewniam, że występ Dartha Vadera to coś czego naprawdę potrzebowaliśmy, choć niekoniecznie zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Nie wiedziałam, że ta mała rola będzie w rzeczywistości tak dużą. Gwarantuje, nigdy nie spojrzycie na Nową Nadzieję tak samo jak przedtem.

Jeśli chodzi o udźwiękowienie… Uwielbiam Michael’a Giacchino. Jego muzyka z Zagubionych i Doktora Strange’a jest niesamowita, ale niestety królem symfonii Star Wars na zawsze pozostanie John Williams. Choć Giacchino starał się, żeby nikt nie zauważył braku kultowego kompozytowa, widza nie da się oszukać. W soundtracku Łotra nie czuć Gwiezdnych Wojen i to nie byłoby coś złego, gdyby nie to, że przy tym muzyka nie jest oryginalna (jak chociażby w Doktorze). Oglądając Łotra przy dźwiękach Giacchino chwilami czułam się bardziej jak na Star Treku. 

rogue-one-story-gallery-an1-ff-000076_1ed9af1e

Powtórzę: Łotr 1 to film na jaki fani Gwiezdnych Wojen czekali od lat. Swoje zadanie, czyli poszerzenie uniwersum wykonuje perfekcyjnie, przy czym nie zanudza widzów dużą ilością wątków pobocznych i polityką. Jeżeli lubicie startą trylogię jest to pozycja obowiązkowa, ale jeżeli z Gwiezdnymi Wojnami nigdy nie mieliście po drodze to… Idźcie. Może Edwardsowi i uda się Was nawrócić na jasną stronę mocy!

AUTOR Maja Głogowska

Nastoletnia fanka popkultury. Mieszka gdzieś na granicy Twin Peaks i Riverdale. Od najmłodszych lat kocha najnowsze technologie, gry komputerowe (a raczej konsolowe, bo PC'towcem nigdy nie była), dobrą lekturę i kino, w którym prawie mieszka. W tym momencie zawieszona gdzieś między nauką, zwiedzaniem Hyrule i męczeniem się z horrorami w wersji VR.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] Znamy tytuł VIII części Gwiezdnych Wojen – zobaczcie pierwszy plakat

Tytuł to Star Wars: The Last Jedi, czyli w tłumaczeniu Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi. Premiera …

KOMENTARZ

  1. Dzięki Błażej, kolejnym razem weźmiemy to pod uwagę. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *