PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Kick-Ass (2010)

[RECENZJA] Kick-Ass (2010)

Marzenia. Ma je chyba każdy z nas. Nie wszystkie muszą się spełnić. Życie nie polega spełnieniu marzeń, lecz na dążeniu do realizacji możliwie największej ilości z nich. Ilu ludzi na świecie, tyle pragnień. Są marzenia indywidualne, są również takie, które ma każdy – stabilizacja finansowa, szczęśliwe życie. Społeczeństwo ma to do siebie, że składa się z wielu indywiduów, które z kolei same tworzą pewne podgrupy – nie zawsze świadomie. Takie grupy noszą miano subkultur. Subkultury tworzą osoby o podobnych poglądach, upodobaniach, czy również marzeniach. I tu dochodzimy do głównej myśli tegoż wstępu. Są bowiem takie pragnienia, które łączą pewne grupy osób. Dla nas, miłośników trykociarzy, jednym z takich marzeń jest zostanie samemu superbohaterem. Mnóstwo z nas o tym marzy, ale bądźmy szczerzy – tylko niewielu dąży do spełnienia tej fantazji. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tylko nieliczni próbują zrealizować swoje „geekowskie” pragnienie przywdziania kostiumu i ruszeniu ku szerzeniu dobra i sprawiedliwości (żeby nie napisać „prawa i sprawie…” brrr!)?

Ktoś może odpowiedzieć „Bo nikt nie otrzymał supermocy!”. I jest to jakiś argument, ale hej, Batman, Green Hornet, czy niegdyś Iron Man również nie posiadają supermocy. Wystarczy zatem, dobry sprzęt, odpowiedni trening i zaczynamy siać strach wśród bandytów. Ale mimo to, dalej niewielu, a w Polsce to już w ogóle nikt, nie decyduje się na zostanie trykociarzem. Dlaczego? Czy pomaganie ludziom w ten sposób nie byłoby czymś wspaniałym? A może właśnie wręcz przeciwnie? Co by pociągnęła za sobą taka decyzja? Na to pytanie możemy odpowiedzieć sobie śledząc historię Dave’a Lizewskiego; nastoletniego geeka, który postanowił przestać tylko marzyć i jako jeden z pierwszych przyjął rolę superbohatera w prawdziwym świecie. Historię taką przedstawili nam Mark Millar i John Romit Jr. w swoim komiksie zatytułowanym Kick-Ass. Dziś jednak przyjrzymy się nie powieści obrazkowej, co nie znaczy, że zrezygnujemy z omawiania jej całkowicie, a ekranizacji filmowej z 2010 roku w reżyserii Matthewa Vaughna. Drodzy czytelnicy – Kick-Ass.

Jak wspomniałem już w tym przydługim wstępie, film przedstawia historię nastoletniego Dave’a; zwykłego, młodego miłośnika komiksu, którego życie wygląda zupełnie przeciętnie. Mieszka z ojcem, chodzi do ogólniaka, miewa problemy w kontaktach z przedstawicielkami płci przeciwnej, wspólnie z kolegami przesiaduje w sklepie komiksowym, gdzie dyskutują na temat herosów, znanych z kart powieści obrazkowych. Pewnego dnia, podczas takiej dyskusji Dave zadaje pytanie: „Czemu nikt nie chce zostać superbohaterem?”. Rozpoczyna się dyskusja, treścią do tez, które przedstawiłem we wstępie, a następnie, podczas powrotu do domu, chłopcy zostają napadnięci. Cała ta sytuacja sprawia, że Dave postanawia założyć kostium i ruszyć do walki z przestępczością. W międzyczasie poznajemy pewną, dość specyficzną rodzinę – ojca i córkę, którzy podzielają marzenie Dave’a, a także chłopca z bogatej rodziny D’Amico, która, jak się okazuje, swoje bogactwo zawdzięcza gangsterskiemu fachowi głowy familii. Losy wszystkich bohaterów wkrótce splotą się ze sobą, kończąc się wydarzeniami, które na zawsze odmienią ich życia.

Tak po krótsze przedstawia się fabuła pierwszej części przygód Kick-Assa; bohatera, który przywdziewa kostium nie ze względu na wrodzone, niezwykłe moce, ale takiego, który umiejętności zawdzięcza właśnie byciu herosem. Brzmi to może skomplikowanie, ale jest naprawdę bardzo proste i kurczę, takie rozwiązanie jest strzałem w dziesiątkę. Film cały czas podkreśla kim jest Kick-Ass; zwykłym dzieciakiem z marzeniami, odzianym w kostium superbohatera.

Z wyjątkiem filmu Green Hornet, żadna dotychczasowa produkcja, jaka wpadła mi w łapska, nie pokazała nigdy schematu podobnego do „kick-assowego” prowadzenia historii. Dotychczas filmy superbohaterskie działały na schemacie – pozyskanie supermocy/szkolenia/supersprzętu; zostanie herosem. Dave nie ma takiego szczęścia. Nie jest wyszkolony, nie ma żadnych nadzwyczajnych gadgetów, co nie znaczy, że nie jest uzbrojony. Ma tylko kostium i drobną broń. Tak rusza do walki z przestępczością, co nie kończy się dla niego za dobrze. Choć gdyby się tak zastanowić, to na dłuższą metę przynosi to bardzo pozytywne skutki, bowiem zyskuje on coś na kształt supermocy. Mimo to dalej jest to zwykły chłopak, który nigdy wcześniej nie ćwiczył nawet technik samoobrony, co wyraźnie ukazują sceny walki w jego wykonaniu. I nie wiem jak inni, ale ja, widząc obrywającego Kick-Assa, który z zakrwawioną twarzą dalej staje w obronie osoby trzeciej, wpadam w ogromną ekscytację. Widzę bowiem herosa z krwi i kości, moje odbicie, mnie samego w roli superbohatera. Żaden dotychczasowy heros nie był mi tak bliski, żadne starcia superbohatera ze złoczyńcami tak prawdziwe.

Będąc szczerym, to Kick-Ass, walcząc w ten sposób długo by nie pożył. Miał jednak szczęście, bowiem nie był sam. Jego ścieżka skrzyżowała się z drogą dwójki bohaterów rodem z komiksów, a byli to Big Daddy i jego córka, jedenastoletnia (jedenastoletnia, rozumiecie?!) Hit Girl. Oni, w przeciwieństwie do Dave’a, podeszli do swojej roli życiowej znacznie bardziej profesjonalnie. Są przeszkoleni, ich kostiumy kuloodporne i nigdy nie ruszają się bez zaplecza śmiercionośnej broni, od noży po różnego kalibru broń palną. I tak jak starcia Kick-Assa wzbudzają we mnie emocje i poczucie prawdziwości, tak walki w wykonaniu Hit-Girl i Big Daddy’ego wywołują inne uczucie, takie, które towarzyszy mi podczas oglądania bitew chociażby Człowieka-Pająka. Są nieziemskie. Pierwszy pojedynek Hit-Girl z grupą zbirów to czysta poezja przemocy polanej sosem z czerwonej posoki. A całość dopieszczona jest genialnie dobranym utworem muzycznym. Po prostu cudowna scena.

Nie chcę streszczać całego filmu i omawiać po kolei każdej sceny. Osobiście byłem bardzo podekscytowany seansem, z wyjątkiem finału – ale o tym później – i wciąż ekscytuje mnie równie silnie, co podczas pierwszego kontaktu z tym filmem. Komediowy tor, jaki obrał film był strzałem w dziesiątkę. Luźne prowadzenie historii, nie bez pominięcia poważnych, przykrych wątków oczywiście, sprawia, że film ogląda się jeszcze przyjemniej. Aktorzy spisali się doskonale. Kostiumy są wykonane świetnie. Właśnie, kostiumy! Byłbym zapomniał…

Po obejrzeniu filmu przeczytałem komiks, który był bazą dla scenariusza owej produkcji, i od razu było widać, że twórcy filmu, puścili wodze fantazji, jeżeli chodzi o bohaterskie uniformy. Czy taki krok był dobrym posunięciem? Tak. Z wyjątkiem niepotrzebnego wycięcia na ustach w masce Kick-Assa (chociaż w drugiej części to wyjście bardzo mu się przydało) wszelkie zmiany w kostiumach były doskonałe, a zwłaszcza całkowita zmiana wizerunku Big Daddy’ego, który wygląda jak wielki miłośnik Batmana. Jego kostium jest mocno inspirowany uniformem Mrocznego Rycerza, co w mojej opinii sprawia, że bohater jest bardziej rzeczywisty, bardziej realny. Jego przebranie wzorowane jest na postaci znanej, której przygody śledzi wielu komiksowych maniaków, w tym także my. Sądzę, że gdyby przyszło komuś z nas zostać herosem, zdecydowalibyśmy się na podobne rozwiązanie.

Jedna rzecz nie daje mi jednak spokoju. Finał. On po prostu nie pasował do całości, był zbyt oderwany od rzeczywistości, jednak z drugiej strony bardzo epicki. I niby człowiek się chce złościć, bo odeszli tak mocno od konwencji, ale kurczę, to co tam się dzieje wyglądało niesamowicie i sprawiało wiele frajdy. Naprawdę, nigdy nie miałem takiego problemu z żadnym innym filmem, jak z Kick-Assem. Jest wyjątkowy i to pod każdym względem. A jak się trzyma wierności odnośnie pierwowzoru? Tutaj, jeżeli miałbym oceniać go pod względem zgodności, wypada źle. Wiele wątków zostało zmienionych, przez co film naprawdę wiele stracił, zwłaszcza przy końcówce, ale z drugiej strony, jeśli pójdziecie tą samą ścieżką co ja – najpierw obejrzycie film, a dopiero później przeczytacie komiks – będziecie mieli podwójną zabawę, mimo, iż będziecie śledzić jedną historię. Dlatego właśnie niezgodność jest tutaj plusem, no chyba, ze ktoś był fanem historii przed filmem, wtedy się zawiedzie.

Powoli zbliżamy się do końca omawiania filmu opowiadającego o chłopaku, który spełnił marzenie wielu geeków, którego oni sami nie potrafią spełniać. Poruszyłem to pytanie wielokrotnie, ale czy film dał mi odpowiedź na nie? Cóż, właściwie tak. W filmie, z ust Dave’a, pada taka oto wypowiedź: – „Już wiem, czemu superbohaterowie istnieją tylko w komiksach, czemu ludzie nie ryzykują życia dla innych. Po raz pierwszy poczułem, że mam po co żyć i nie chciałem tego stracić”. I w sumie odpowiedź jeszcze bardziej logiczna, niż ta, którą umieściłem na początku tego tekstu. Mimo to, ja jednak dalej się z nią nie zgadzam. Nie, nie znaczy to, że sam zaraz założę kostium i wyruszę na patrol, nie jestem gotów na taki krok. Ale przyszłość chyba jeszcze przede mną, więc kto wie?

Tymczasem jednak polecam wszystkim gorąco film Kick-Ass, a po sensie sięgnięcie po komiks. Gwarantuję Wam podwójną dawkę świetnej rozrywki, pełnej przeżyć, o jakich każdy fan historii superbohaterskich marzy. A kto wie, może historia Dave’a będzie dla kogoś inspiracją i wkrótce w jakiejś Warszawie pojawi się samozwańczy stróż prawa, nie tylko na kartach komiksów? Marzenia… Ale po to one są, bo to dzięki nim żyjemy. Marzcie więc i dążcie do spełnienia możliwie największej ilości marzeń! Ale najpierw obejrzycie ten film, bo naprawdę warto!

AUTOR Łukasz Gądek

W czasach, gdym jeszcze dziecięciem był, kiedy światło dzienne ujrzała moja pierwsza kreskówka, jeden z moich kolegów nazwał mnie "polskim Stanem Lee". Dziś, po latach, pragnę naprawdę zasłużyć na ten przydomek.

PRZECZYTAJ TAKŻE

Top 100 najlepszych komiksów o Daredevilu – miejsca 20-11

Pora na ostatni przystanek przed finałową dziesiątką. Miejsca od dwudziestego do jedenastego zajmują wyjątkowe komiksy, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *