PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów

[RECENZJA] Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów

Ostatnio jakoś sporo przemocy na ekranach naszych kin jeśli chodzi o komiksy. W tym roku nie dość, że Deadpool wyrzynał masę oponentów to wraz z wiosną przyszedł sezon na potyczki między superbohaterami. W kwietniu, z fatalnym skutkiem, naparzali się Batman i Superman, a teraz…niemal całe Kinowe Uniwersum Marvela. Choć pod szyldem Kapitana Ameryki i trzeciej części jego przygód.

W MCU poczęły wybrzmiewać donośne echa wydarzeń z poprzednich filmów. Działania Avengers w Nowym Jorku, Waszyngtonie i Sokowii zmusiły rządzących do rozpoczęcia konkretnych procedur. Od tego momentu Mściciele muszą pozostać pod nadzorem rządu ONZ i przechodzić do akcji wyłącznie na wezwanie. Ale nie każdemu z najpotężniejszych herosów na Ziemi podoba się ta idea. I z biegiem czasu wewnętrzny konflikt narasta. W rękach scenarzystów spoczywała spora odpowiedzialność, by nie zmienić tej historii w prostą opowiastkę o okładaniu się po gębach przez ponad 2 godziny. Poprzednią częścią przygód Kapitana, bracia Russo udowodnili, że z nieco przestarzałego herosa można wykrzesać iskrę potencjału.

I Civil War nie gasi powstałego płomienia. Racje wszystkich zaprezentowanych nam głównych bohaterów są zrozumiałe i ciężko obrać jedną słuszną stronę, którą będziemy wspierać przez cały czas trwania seansu. Poza tym mamy tu do czynienia z racjami osobistymi, politycznymi czy nawet finansowymi, zamiast zwykłej agresji wyrosłej na nieporozumieniu. Miejscami ciąg zdarzeń w Wojnie Bohaterów wydawał mi się nieco rozciągnięty w czasie i przestrzeni, ale tak już działa polityka. Jestem w stanie się z tym pogodzić póki dostaję rzetelny skrypt.

Skoro w tytule pojawia się konkretna persona scenarzyści powinni zadbać by Kapitan Ameryka był pełnowymiarową postacią. I w pewnym sensie tak jest. Nie mogłem oprzeć się jednak wrażeniu, że Steve przez cały film trzyma się swojej racji, ot tak…dla zasady. Przyświeca mu co prawda przyjaźń z Buckym i wizja upadku władzy, która miała chronić ludzi, ale czy to wystarczy? Pod koniec następuje pewien przewrót w jego postępowaniu, ale to nadal osoba tkwiąca w tym samym miejscu. Zwalić to na dostatecznie duży rozwój w poprzednich filmach?

To jedna z opcji. Ale osobiście wybieram lekki, krytyczny niedosyt. Wszak i w tym filmie bohaterowie ewoluują.  Jak na ironię, o wiele większą przemianę przechodzi tutaj Iron Man. Tony autentycznie przeżywa konsekwencje swoich czynów i w każdej jego decyzji czuć bagaż emocjonalny. To on faktycznie wydaje się myśleć o tym dokąd zaprowadzi bohaterów ich wewnętrzny konflikt. To element tym ciekawszy, gdy porównamy Civil War z poprzednimi produkcjami Marvel Studios. Widzimy jak zmieniły się te postacie na przestrzeni rozwoju MCU i jak wpływają na uniwersum. W końcu po coś te filmy się ze sobą zazębiają.

Skoro wiemy mniej więcej jak prezentują się główni bohaterowie to zerknijmy na drugi plan. Czy przy takim zalewie postaci każda z nich otrzyma swoje 5 minut, w czasie których odciśnie swoje piętno na filmie? Ku mojemu zaskoczeniu, tak. Oczywiście, są bohaterowie którym poświęca się więcej uwagi niż innym, ale nikt nie zostaje jawnie pominięty. Nawet postaci „zwerbowane” na ostatnią chwilę przyczyniają się do rozwoju wydarzeń. Stanowisko herosów wobec konfliktu zostaje zarysowane na różnych płaszczyznach, przez co nie czujemy wtórności. Niektórzy walczą dla dobra narodowego, inni z zemsty, jeszcze inni by coś komuś udowodnić… Co sprawia że obie drużyny nie zlewają się w jednorodną masę, której przyświeca płytka i jednolita ideologia.

W uformowanych drużynach, czy raczej jednej drużynie – teh dowodzonej przez Irona Mana, pojawiły się także dwie zupełnie nowe twarze. Czarna Pantera, czyli król T’Challa z Wakandy, swoją obecnością pokazuje spory potencjał na nadchodzący solowy film. Chadwick Boseman świetnie sprawdził się zarówno jako figura polityczna jak i superheros. Jego działania w cywilu, są rozsądne, przemyślane i świadczą o sporej odpowiedzialności i wiedzy z zakresu polityki. Zasłużony władca. Zaś gdy widzimy go w akcji ciężko się nie ekscytować. Cichy i zwinny napastnik działający z niezwykła finezją. Nieco inaczej postępuje Tom Holland jako Peter Parker. To siusiumajtek, nie mający do końca pojęcia co robi. Buźka mu się nie zamyka i każda chwila w towarzystwie innych Avengers to dla niego spełnienie marzeń…  I o to chodziło! Takiego Spider-Mana było nam potrzeba. Faktyczny nastolatek, który dopiero odkrywa swoje moce i próbuje odnaleźć się w świecie pełnym herosów. Niektórzy mówią że ukradł cały show. Wyjątkowo słusznie. Nie mam zbyt dużego doświadczenia z twórczością reżysera i scenarzystów Spider-Man Homecoming, ale jeśli Holland będzie tam równie dobry co w Civil War, sam uciągnie ten film. Chapeux bas.

Wypada jeszcze wspomnieć o czarnym charakterze. Jest to grany przez Daniela Brühla Zemo. Muszę jednak wypowiadać się bardzo ostrożnie, żeby nie wyjawić jego chytrego planu. Mimo że Brühl nie ma tu do zagrania szczególnie dużo, spełnia swoje zadanie wyjątkowo dobrze. To jeden z tych aktorów, którzy dobrze zagraliby wszystko i wszystkich, więc bez obaw. Ale tych, którzy liczyli na wierne oddanie postaci z komiksów muszę rozczarować. Oczywiście w MCU to nic nowego. Zwłaszcza że taka wariacja na temat Zemo jest stosunkowo ciekawa, a jej motywacje są zrozumiałe. Ale ode mnie ani słowa spoilerów…

W ostatnim superbohaterskim blockbusterze jaki zagościł na ekranach naszych kin (ten o Nietoperzu i kolegach), montaż wprowadzał w zamęt i przyprawiał o ból głowy. Wojna Bohaterów natomiast jest zrealizowana niezwykle precyzyjnie. W każdej scenie akcji dzieje się naprawdę wiele, ale ani razu nie jesteśmy zdezorientowani. Choreografia walk, praca kamery i rozsądny montaż ukazują nam cały świat w wyjątkowo dobrze zaplanowany sposób. Z początku przeszkadzało mi nieco ciągłe skakanie po lokacjach, ale tego wymaga fabuła – rozumiem. Dopóki dzieje się tam coś ciekawego i tak pięknie zaserwowanego, milknę.  Bracia Russo czują się w środowisku filmów akcji niczym ryby w wodzie i widać to w każdym zaplanowanym przez nich ujęciu. Takich rzemieślników nam trzeba w środowisku filmowym.

Ostatnią rzeczą, którą chciałem zaznaczyć jest wpływ Civil War na resztę uniwersum. I nie mówię tu tylko o bezpośrednim zakończeniu, ale i nawiązaniach obecnych w czasie trwania fabuły. Czas Ultrona miał sporo wymuszonych odniesień, które zapowiadały produkcje na kilka lat do przodu. W Wojnie Bohaterów również się one pojawiają, ale są wdrażane w fabułę o wiele płynniej i subtelniej, niż w Czasie Ultrona. Powiedziano nam o nowych bohaterach wystarczająco dużo, by stali się integralną częścią opowieści, ale na tyle mało, by nasza ciekawość urosła i mogła zostać zaspokojona w następnych filmach. I takie budowanie uniwersum to ja rozumiem.

Podsumowując. Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów to świetna rozrywka. Umiejętnie balansuje między komiksową przesadą i nieco poważniejszym thrillerem z nutą polityczną. Wady, które są tam obecne giną w zalewie świetnych elementów filmowej układanki. Bracia Russo będą odpowiedzialni za nadchodzące Infinity War*. Udowodnili nam właśnie, że potrafią rewelacyjnie zająć się całą ekipą Mścicieli. Czy to najlepszy film z MCU? Nie sądzę. Ale niewątpliwie jeden z najlepszych i najlepiej zrealizowanych. Nie marnujcie ani chwili i wybierzcie się do kina!

 *choć wedługo ostatnich doniesień, tyuł obu części Infinity War może się zmienić (dop. Redakcja).

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] Garść informacji o „Czarnej Panterze”

Magazyn Entertainment Weekly – będący  zawsze na czasie w temacie wielkich premier kinowych – zaprezentował …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *