PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Justice League: Throne of Atlantis (2015)

[RECENZJA] Justice League: Throne of Atlantis (2015)

 JUSTICE LEAGUE: THRONE OF ATLANTIS, CZYLI NA DNO I Z POWROTEM.

Ostrzegam, że recenzja może zawierać drobne spoilery. Jeśli ktoś boi się, że może zostać pozbawiony przyjemności z samodzielnego odkrywania zawiłości fabularnych tego dzieła, powinien zaniechać czytania w tej chwili, reszta może zagłębić się w lekturze. Warner Bros. Animation z dużą regularnością wypuszcza na rynek kolejne, animowane filmy o bohaterach komiksów DC. Większość z nich, zachowuje przynajmniej przyzwoity poziom, a te naprawdę złe można policzyć na palcach jednej ręki cieśli z parkinsonem. Czasem jednak trafi się nam Son of Batman, podczas oglądania którego, dosłownie zgrzytałem zębami ze złości. Było to doświadczenie tym bardziej bolesne, że komiksowy Batman & Robin z New 52 przypadł mi do gustu. Jaki jednak jest Tron Atlantydy? Ja zgaduję,  że – z dużym prawdopodobieństwem – twardy i wilgotny.

PYTAJNIK*

Po premierze Justice League: The Flashpoint Paradox, WB ogłosiło, że kolejne filmy będą oparte na publikacjach z New 52. Taki jest też najnowszy tytuł tej stajni. Justice League: Throne of Atlantis został luźno oparty na historii o tym samym tytule, pochodzącej ze stron komiksów o Aquamanie. Luźno, stanowi słowo klucz, ponieważ fabuła tego dzieła została mocno zmieniona i skompresowana, by mogła zmieścić się, w  czasie 72 minut jakie trwa animacja. Jednocześnie stanowi ona kontynuację Justice League: War, które swoją premierę miało w Lutym 2014 roku. Był to pierwszy film będący adaptacją serii New 52, dość wiernie oddający wydarzenia z paru pierwszych zeszytów, zrestartowanej po crossoverze Flashpoint, Justice League. Watro wspomnieć o jednej ważnej zmianie, jaką wprowadzono w stosunku do komiksowego pierwowzoru. Mianowicie w historii tej zabrakło Aquamana, którego w pierwszej przygodzie naszej drużyny superbohaterów zastąpił Shazam, zwany też przez purystów Captain Marvel, a przez fanów konkurencji „Kapitan Naruszenie Praw Autorskich”. Problem braku Arthura Curry’ego w głównym składzie JLA ma rozwiązać przedmiot tej recenzji, Justice League: Throne of Atlantis.

SPIRYTUS

Historia jaką próbuje nam sprzedać zespół Warner Bros. Animation, stara się  pogodzić opowieść o początkach Aquamana z jego debiutem w Lidze. Zanim jednak do tego dojdzie i ujrzymy choćby jednego superbohatera na ekranie, parę pierwszych chwil filmu spędzimy z załogą amerykańskiej łodzi podwodnej, która zaatakowana przez niezidentyfikowane obiekty pływające, szybko żegna się z życiem idąc na dno. Gwałtowne zbliżenie na unoszące się w toni wodnej zdjęcie rodziny jednego z załogantów, na którym jego syn, ubrany w koszulkę z logiem Green Lanterna, bawi się zabawkami przedstawiającymi Cyborga i Supermena, a w tle widnieje logo Batmana. Cóż za subtelny przekaz.

Po krótkiej czołówce przenosimy się do S.T.A.R Labs, gdzie Cyborg otrzymuje zadanie zbadania, co się stało z wspomnianą wyżej łodzią podwodną. Następnie, krótka scena romansu między między Supermanem a Wonder Woman i w końcu przenosimy się do pewnego baru w Maine, gdzie Arthur Curry upija smutki po stracie ojca, jednocześnie rozmawiając z tamtejszym homarem. Mija więc pierwsze 10 minut i zarysowuje się nam główna oś fabularna. Odkryć tajemnice podwodniaków, uwiarygodnić fakt, że założenie okularów, faktycznie pomaga w ukryciu prawdziwej tożsamości i uratować Pana Homara przed zjedzeniem… czy raczej poznać swoje dziedzictwo i odkryć w sobie pana mórz i oceanów. Zadania, którym mogą sprostać wyłącznie superbohaterowie.

DZIKA DZIDA

Na początek postaram się być miły. Jest parę elementów, które działają w Justice League: Throne of Atlantis niesamowicie dobrze. Na pierwszy plan wysuwają się interakcje między członkami Ligi. Dialogi jakie między sobą prowadzą kipią aż od dowcipu, co świetnie sprawdza się w budowaniu wrażenia zgranego zespołu. Szczególnie przypadły mi do gustu wymiany zdań, jakie prowadzą Batman i Green Lantern, co jest kontynuacją ich starć z poprzedniego filmu. Humor jest naprawdę mocną stroną obu produkcji, a w  Throne of Atlantis wybija się na pierwszy plan. W dodatku drużyna wydaje się świetnie współpracować, a ich umiejętności zgrabnie się uzupełniają, co doskonale widać w licznych scenach walk i akcji.
Te z kolei prezentują się nad wyraz dobrze, dzięki pięknym projektom postaci i wyśmienitej animacji. W tym aspekcie Warner Bros. Animation stanowi od pewnego czasu klasę samą w sobie. Zapewne można by znaleźć jakieś drobne niedociągnięcia, jednak giną one w morzu dobrze wykonanej roboty. Każdy wygląda i porusza się jak powinien.

NADCZŁECZYNA, ZWANA CZŁECZYNĄ Z PLANETY NADCZŁECZYN!

Trochę pochwaliłem, więc mogę w końcu przestać być miły. Nie będę ukrywał, Justice League: Throne of Atlantis posiada więcej wad niżeli pozytywów.

Zacznijmy może od tego, że nasi bohaterowie zachowują się jak banda dupków. Z jednej strony mamy ciekawe dialogi i dobrą współpracę, a z drugiej wrażenie, że członkowie Ligi traktują siebie nawzajem jak banda gimnazjalistów. Szczególnie słabo wypada Superman; próbujący zauroczyć Wonder Woman, będącą równie rozbudowanym charakterem, osobowością ćwiartki cegły. Można nawet odnieść wrażenie, że niektórych bohaterów zabrano na tę przejażdżkę na siłę, bo nie wnoszą tak naprawdę niczego do głównej osi fabularnej. Wspomniany wcześniej romans półboskiej dwójki pojawia się na chwilę, by zginąć w nawałnicy ciosów i kopniaków, jaką możemy oglądać przez większość seansu.

Film posiada gigantyczne wręcz problemy z tempem prowadzenia akcji. Wynikają one głównie z kompresji jakiej została poddana linia fabularna komiksu. Autorzy scenariusza zachowali się trochę jak jak dziecko z ADHD chcąc w swoją opowieść wcisnąć tyle ile to tylko możliwe. Owocuje to licznymi głupotami i nieścisłościami, szczególnie widocznymi podczas ostatecznej konfrontacji. Gry film zbliża się do nieubłaganego końca, nagle puszczają wszystkie hamulce. Od momentu w którym Superman walczy z Cthulhu (sic!), a w stronę Metropolis zmierza wielkie tsunami, które zamiast zatopić miasto rozstępuje się i wypluwa armię Atlantydów, na którą z kolei na brzegu czekają już nieporadni wojacy z US Army, wszystko przestaje mieć sens.

Nagle Aquaman odkrywa, że umie rozkazywać morskim stworzeniom, przyzywając wielkiego rekina, który pożera Black Mantis, wszyscy dostają po dupie od Orma, gdzieś tam w tle wciąż mamy wojskowych, a w całym tym chaosie Batman nagle postanawia bawić się w detektywa i rozwiązuje cały problem w 5 minut nie kiwnąwszy nawet palcem (no może popieścił parę razy paralizatorem Cyborga, gdy ten stracił fason). Istne szaleństwo, które gdyby film był lepiej wyreżyserowany i twórcy mieli pojęcie w jakiej masie kampu się poruszają, mogło by nawet być metodą na ciekawe zakończenie. W formie jakiej zostało to podane pojawia się jednak mocny dysonans między dość normalną pierwszą częścią widowiska, a późniejszymi wariactwami. Choć mnie on śmieszy, jest to naprawdę zły film, graniczący miejscami z autoparodią.

NIEZRÓWNANY MIERNOT: „NIEWYRÓŻNIACZ”

Na pytanie czy warto sięgnąć po Justice League: Throne of Atlantis, nie mogę odpowiedzieć jednoznacznie. Z jednej strony jest to naprawdę ładna animacja, z drugiej jest beznadziejnie wyreżyserowana. Z jednej strony mamy pełno humoru, z drugiej nie zawsze jest on intencjonalny i czasem potrafi wiele zepsuć. Niejednokrotnie nie tyle śmiałem się z żartów, co z nieporadności z jaką potraktowano materiał wyjściowy. Co nie zmienia faktu, że dobrze się przy tym bawiłem.  Jest to film nieomal tak zły, że aż dobry. Ratuje go to przed totalną katastrofą, jaką był Son of Batman, w którym przy każdej próbie żartu miałem ochotę udusić Robina. Na pewno jest to jedna ze słabszych pozycji w katalogu animacji DC i nie mogę jej nikomu z czystym sercem zarekomendować. Dla przeważającej większości miłośników komiksów i animacji będzie to zwyczajnie strata czasu. Jeśli jednak interesuje was kino klasy B, możecie odnaleźć pewną perwersyjną przyjemność zasiadając na Tronie Atlantydy.

POST SCRIPTUM

* Śródtytuły pochodzą z mojej rozmowy z SQ, którą prowadziłem po obejrzeniu filmu i odnoszą się do tego, jak zabawnie brzmiałyby imiona bohaterów po tłumaczeniu na język polski, czy też gdybyśmy mieli przyjąć podobną konwencję w przypadku rodzimych herosów. Z innych nazw jakie powstały należy wyróżnić: Ponton, Fantomowy Obcy, Jonasz Klątwiarz, Pan Jeremiasz – rzucacz złych uroków i Niedoświadczona Strzałka.

AUTOR Mateusz Dąbrowski

Ilustrator. W jego żyłach płynie mieszanka ołówkowego grafitu, tuszu i cyfrowej farby. Czasem jednak musi wystukać swą opinię przy pomocy klawiatury, czy to w momencie zachwytu, czy też typowej geekowskiej złości, gdy ktoś dokonuje gwałtu na popkulturze.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Action Comics #1000

Jedną z najwspanialszych rzeczy w nurcie superhero jest ponadczasowość postaci. Herosi inspirują całe pokolenia, a …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *