PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Justice League: Gods and Monsters

[RECENZJA] Justice League: Gods and Monsters

W latach 90-tych powodzeniem cieszył się serial animowany Batman, który powstał na kanwie popularności filmów Burtona z 1989 i 1992 roku. Wiele osób biorących udział w  produkcji tej serii, stało się opoką dla późniejszych sukcesów animacji o superbohaterach. Zapewne paru z Was kojarzy nazwiska takie jak Paul Dini, czy Bruce Timm. Byli to ludzie, którzy wyznaczyli kierunek, w jakim podążają animacje DC do dnia dzisiejszego, a także mieli duży wpływ nawet na komiksy. Bruce Timm  do roku 2013 sprawował główny nadzór nad komiksowymi animacjami (DC Universe Animated Original Movies), by dziś znów wcielić się w rolę scenarzysty i zająć się filmem, który nie bazuje na żadnym tytule komiksowym, ale jednocześnie czerpie pełnymi garściami z mitologii DC.

CIEKAWE CZASY*

Justice League: Gods and Monsters jest niczym komiks Elseworlds, opowiada alternatywną wersję historii, która potoczyła się trochę innymi torami, niż ta z głównego z głównego nurtu DC. Choć członkami Ligii są Superman, Batman i Wonder Woman, nie są oni tymi samymi osobami, do których przywykliśmy. Nie mamy więc do czynienia z Clarkiem Kentem, Brucem Waynem i Dianą. Nie chcę wyjawiać tożsamości bohaterów, bo wiąże się z tym duża część zabawy w odkrywaniu świata wykreowanego przez Bruce’a Timma. Zresztą, świetny wstęp do filmu stanowi trzyodcinkowa mini-seria Justice League: Gods and Monsters Chronicles, którą można obejrzeć na youtubowym kanale Machinima za darmo. Wyjaśni ona niektóre elementy filmu, jednocześnie nie psując zbyt wiele przed seansem.

Obraz ten intensywnie wykorzystuje bohaterów i łotrów, którzy zwykle pozostają na drugim planie komiksowych opowieści, bądź zostali już trochę zapomniani. Teoretycznie może go oglądać osoba, która nie miała styczności z uniwersum DC, jednak straci ona sporo smaczków, a sama opowieść może nie być aż tak interesująca, jak dla kogoś będącego oddanym fanem superbohaterów. W moim przypadku właśnie śledzenie zmian, jakie zaszły w tym wszechświecie, sprawiało mi największą frajdę. Najciekawszy był fabularny twist, na którym opiera się cały urok wielu Elseworlds. Jest to opowieść od fanów, dla fanów i nie da się tego ukryć. Osoby, które znają Wonder Woman, Batmana i Supermana jedynie z nazwy, podchodząc do tego tytułu mogą być mocno zdezorientowane, bądź spędzić parę godzin po seansie na Wikipedii, w poszukiwaniu informacji na temat tego, kto był kim w tej opowieści.

POMNIEJSZE BÓSTWA

Jest jednak duży plus, który pojawia się, gdy sięgamy po nietypowe wcielenia najbardziej rozpoznawalnej trójki z komiksowych bohaterów DC**. Scenarzysta nie musi bać się o złamanie status quo, ma większą wolność. W tym przypadku, mamy do czynienia z inkarnacjami herosów,  niemającymi żadnych skrupułów przed zabijaniem. Trup ściele się gęsto i stanowi to jeden z ważniejszych wątków Gods and Monsters.

Umożliwia to też postaciom rozwój. Szczególnie interesujące staje się to w przypadku Supermana, który zyskuje o wiele bardziej ludzki charakter. Nie jest już niemal omnipotentną, boską istotą. Łatwiej się z nim identyfikować, ze względu na jego wady. Nie jest to nowe podejście do tej postaci, jednak dekonstrukcja nadczłowieka, analiza tego, co stanowi o tym, że Superman, pozostaje sobą jest jedną z niewielu możliwości jakie daje pisarzom – stosunkowo sztampowy – Człowiek ze Stali. Tym bardziej, że ta wersja, nie wychowana przez małżeństwo Kentów, zdecydowanie nie jest nudna i stanowi interesującą przeciwwagę dla swojego komiksowego odpowiednika.

To samo tyczy się pozostałej dwójki, której historie poznajemy podczas seansu. Nowe wersje herosów, nie są tak czyste i nieskazitelne, jak ich dotychczasowe inkarnacje. Odświeża to trochę zmęczoną formułę. Scenariusz nie unika jednak paru typowych dla komiksów superbohaterskich klisz i głupot, ale zabawa jest na tyle dobra, że przy pierwszej projekcji ciężko zauważyć dziury fabularne. Jak to zwykle w komiksach bywa, plan głównego antagonisty jest odrobinę zbyt skomplikowany, niż być powinien i znalazłbym przynajmniej tuzin prostszych, bardziej efektywnych rozwiązań, wymagających mniej zachodu. Dramatyzm wymaga jednak, by działo się więcej i jestem w stanie to przełknąć, jednak przy głębszej analizie, zdecydowanie fabuła miejscami zaczyna się sypać. Z drugiej strony sam świat i postacie są na tyle ciekawe, że tym bardziej jestem w stanie scenarzystom wybaczyć różne wpadki.

RUCHOME OBRAZKI

Justice League: Gods and Monsters dzieli styl graficzny z innymi produkcjami, w których decydujący głos miał Bruce Timm. Silnie zgeometryzowane, kanciaste kształty, które pojawiły się już w animowanym Batmanie, Supermanie i Justice League są tu obecne w pełnej krasie. Podobnie jak retro-futurystyczny design, znany z innych produkcji. Z jednej strony będzie to świetna wiadomość dla fanów tego typu stylistyki, a z drugiej mam wrażenie, że nie do końca pasuje on do tego filmu i czasem nie wygląda najlepiej. Niektóre elementy są trochę zbyt proste, kadry trochę zbyt puste i czasem wydaje mi się, że zabrakło budżetu na animację. To co nieźle sprawdziłoby się w serialu, niekoniecznie musi dobrze działać w filmie i tu mamy tego doskonały przykład. Nie jest źle, ale po wielu udanych i wyglądających wspaniale animacjach DC, oczekiwałem po tej produkcji trochę więcej.

Muzyka i efekty dźwiękowe nie wyróżniały się jakoś specjalnie. Ot standard, do jakiego zdążył przyzwyczaić nas oddział animacji WB. Można by tak podsumować całość oprawy. Nic, nad czym warto by się dłużej rozwodzić. Zdecydowanie bywało już lepiej, ale też i gorzej. Jest dobrze, ale nie genialnie.

ZŁODZIEJ CZASU

Nie jest to film przeznaczony dla wszystkich. Wydaje się, że jest on skierowany głównie do osób dobrze znających komiksy DC, jak i tych, które dobrze bawiły się przy serialach animowanych o superbohaterach, nad którymi pieczę sprawował Bruce Timm. Wyraźnie widać, że maczał on palce przy Justice League: Gods and Monsters, choć reżyserem jest tu Sam Liu. Jeśli zaliczasz się do którejś z tych grup, bądź obu naraz, to ciężko mi nie polecić tej animacji.

Jest to dobry film, z paroma naprawdę świetnymi zwrotami akcji, które jednak doceni w pełni jedynie ktoś, kto na komiksach stracił niejedno kieszonkowe, czy też zaciągnął na nie kredyt hipoteczny. Gods and Monsters traktować należy jak historię Elseworlds, gdzie od akcji ważniejsza jest dobra opowieść i ciekawy setting. Tego jest tu pod dostatkiem. Ciężko mi jednak polecić ten film komiksowym żółtodziobom, którzy zwyczajnie mogą poczuć się zagubieni w ilości często bardzo przyciężkawych odniesień, czasami pojawiających się jedynie jako porozumiewawcze mrugnięcie do fanów.

Choć nie jest to idealna komiksowa animacja, powinna ona zadowolić największych  geeków, dla reszty może ona nie stanowić takiego łakomego kąska. Ja jestem zachwycony, bo jest to jedna z tych rzeczy, na które czekałem od czasu skasowania Justice League Unlimited i Young Justice, ostrzegam jednak raz jeszcze, że nie jest to danie dla każdego.

Na zakończenie dobra informacja dla wszystkich, którym film się spodoba i chcieliby zobaczyć więcej przygód tej wersji Justice League. W 2016 roku ma pojawić się druga seria Chronicles, która prawdopodobnie kontynuowała będzie filmowe wątki. Sam nie mogę się doczekać tych 10 odcinków i mam nadzieję, że nowy serial rozwinie ten całkiem ciekawy koncept. Interesują mnie również komiksy, mające rozgrywać się w tym samym uniwersum i cieszę się, że jego życie nie skończy się jedynie na filmie.

* Śródtytuły wzięto z książek Terrego Pratchetta
** Ok, zgodzę się, dzięki serialom, była by to czwórka***
*** Niech flamewar się rozpocznie, bo którego z bohaterów mogłem mieć na myśli.

AUTOR Mateusz Dąbrowski

Ilustrator. W jego żyłach płynie mieszanka ołówkowego grafitu, tuszu i cyfrowej farby. Czasem jednak musi wystukać swą opinię przy pomocy klawiatury, czy to w momencie zachwytu, czy też typowej geekowskiej złości, gdy ktoś dokonuje gwałtu na popkulturze.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Promethea: Księga Pierwsza

Patrząc na ofertę polskich wydawców komiksowych, można odnieść wrażenie, że bibliografia Alana Moore’a to worek …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *