PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Fantastyczna Czwórka (2015)

[RECENZJA] Fantastyczna Czwórka (2015)

Nowa Fantastyczna Czwórka znajdowała się pod ostrzałem negatywnych opinii, już na samym starcie istnienia. A to, że reżyser bez doświadczenia, że zmieniony kolor skóry Johnny’ego Storma, inne origin story niektórych postaci, w końcu, że tylko Marvel Studios robi dobre filmy superbohaterskie… Mówiąc zupełnie szczerze, sam przeczuwałem zawód, zawieszony na skali, gdzieś  między „lekką wpadką” a „monstrualną katastrofą”. Mimo wszystko, do samego dnia premiery postanowiłem zachować pozory bezstronności i nie wgniatać filmu w grunt. Ale jednak się nie da…

Historia jest znana wszystkim. Grupa naukowców wyrusza w kosmiczną podróż, podczas której w tajemniczych okolicznościach zyskuje nadnaturalne zdolności. I w zasadzie tutaj wszelkie podobieństwo do materiału źródłowego się urywa. Studio Fox postanowiło bowiem zaoferować nam nowoczesną, rzekomo przystosowaną do mrocznych standardów XXI wieku, historię Fantastycznej Czwórki. Słowo „rzekomo” nie jest użyte przypadkiem, ponieważ na ambitnych planach się skończyło. Pierwsza Rodzina Marvela, ma za sobą historię, sięgającą aż 1961 roku. W tamtych czasach, na barki szeroko rozumianej fantastyki naukowej, można było zrzucić dosłownie wszystko. Choćby fakt, że jednolite promieniowanie, obdarza czwórkę ludzi skrajnie odmiennymi umiejętnościami.

Film Josha Tranka próbuje w jakimś stopniu urealnić całą historię i nadać jej ton poważnej produkcji science-fiction. Co ciekawe, przez pewien czas się to udaje. Pierwsze 50 minut filmu miało w sobie kilka elementów, które zdradzały potencjał historii wyłamującej się nieco z komiksowej pulpy, z jaką kojarzona jest F4. Niespieszna narracja, niewielka retrospekcja nakreślająca charakterystyczne cechy jednego z protagonistów, zaplecze techniczne całej misji… Żyć nie umierać. Ale oczywiście jak to bywa w filmach robionych przez studia na szybko, całość zaczyna się walić, zaraz po postawieniu fundamentów. Kiedy fabuła powinna nabrać rozpędu, a bohaterowie charakteru, Trank przeskakuje  rok(!) na osi czasu, zostawiając widza wyłącznie z zestawem domysłów. Innymi słowy, ewolucja Fantastycznej Czwórki, ma miejsce poza ekranem. A to o tym powinien być ten.

A czy ta ukryta przed widzem ewolucja dokądś prowadzi? Znaczy, nie licząc beznamiętnej konfrontacji w finałowym akcie? Skądże. Rzucą wtórnymi wersami, uderzą „tego złego” raz czy dwa, ciemna strona mocy przegra i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. I tyle z nowatorskiego podejścia. Odmienność zauważyć można jeszcze tylko w jednym aspekcie. Długości. Podczas gdy większość blockbusterów stara się jak może, by rozciągnąć akcję do dwóch godzin, Fantastyczna Czwórka trwa nieco ponad półtorej godziny. Traci na tym scenariusz, który mógłby zostać uzupełniony, ale przynajmniej widz będzie cierpieć o pół godziny mniej. Bezpośrednio oczywiście, bo trauma zostanie.

Tytuł filmu dezinformuje. Nie mamy tutaj do czynienia z Fantastyczną  Czwórką, tytułowy skład dzieli ze sobą może kwadrans czasu ekranowego. W zamian za to możemy przypatrywać się jak każdy z osobna jest zamknięty w swoim ćwiczebnym boksie, odbywając szkolenie pod patronatem wojska. Oczywiście, w każdej adaptacji muszą zajść pewne zmiany względem pierwowzoru, ale muszą one mieć jakiekolwiek uzasadnienie, poza nieudolnym „umrocznieniem” świata przedstawionego.

Najwidoczniej Pierwsza Rodzina Marvela pilnie potrzebowała separacji, bo nawet w tych nielicznych momentach, gdzie dane im jest współpracować, nie ma między nimi choćby odrobiny chemii. To tym bardziej krzywdzące, że każdy z aktorów, który miał nieszczęście wykreować członka drużyny na ekranie, ma w swojej filmografii o niebo lepsze role. Ale z tak żenującym skryptem to i Robert DeNiro nie wykrzesałby z siebie zbyt wiele.

Ale jeśli heros nie jest wart funta kłaków, złoczyńca powinien ratować przedstawienie. Mimo, że postać Dr Dooma powinno się uczcić minutą ciszy, i tak dorzucę coś od siebie. Najgorsi złoczyńcy z Marvel Cinematic Universe w porównaniu z tą karykaturą postaci, jawią się niczym nowe pokolenie antagonistów, których bałby się sam Hannibal Lecter. Motywacji do działania, nie uświadczymy, dowolna charakterologia nie występuje – a design mimo, że fajny – to zupełnie nieuzasadniony. Pamiętam jak zaśmiewałem się w głos, gdy kilka miesięcy wcześniej oświadczono, że Victor Von Doom, cywilu miał być aspołecznym blogerem, dla którego alias „Dr Doom” stanowił internetowy login. Ale patrząc na tą plamę wymiocin, wylaną na kartkę scenariusza ,którą nazwano złoczyńcą, wydaje mi się nie nawet ta zmiana, nie byłaby w stanie zrujnować jej jeszcze bardziej.

Trafiają się czasem filmy, które mimo braku jakiejkolwiek fabuły, stanowią wizualne widowisko. Istną orgię efektów specjalnych, pomagającą kreować obraz świata. Jak powinniście się domyślić, to nie jest taka produkcja. Do udanych aspektów można zaliczyć chyba jedynie rekwizyty, na przykład kapsuły, które wysłały F4 w przestrzeń, bowiem zarówno Planeta Zero, demonstracja mocy, czy dowolne wyrenderowane tło, nie jest godne pochwalenia się swoim talentem i budżetem. Ale te pieniądze można było spożytkować o wiele lepiej… Na przykład je spalić.

Siląc się na wniosek końcowy: Fantastyczna Czwórka właściwie nie jest filmem. To zbiorowa mogiła, w której pogrzebano karierę Josha Tranka, potencjał komiksowej marki i nadzieje fanów na całym świecie.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

Top 100 najlepszych komiksów o Daredevilu – miejsca 20-11

Pora na ostatni przystanek przed finałową dziesiątką. Miejsca od dwudziestego do jedenastego zajmują wyjątkowe komiksy, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *