PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Dredd

[RECENZJA] Dredd

W Hollywood nie ma sprawiedliwości, a prawo stanowi box office. No, niestety tak to wygląda. Czemu niestety? Bo czasem ma się ochotę, niczym smakosz kebabów z utworu zespołu Zacier, zaskowyczeć niczym hiena nad Pilicą… Bo kiedy papka pokroju Transformers czy kloaka taka jak Scary Movie przyciąga do kin zastępy publiki, kasuje wielkie sumy i dostaje tryliardy sequeli, tak zdarzają się filmy świetne oraz (co w Hollywood jest coraz rzadsze) zjawiskowe, które, pomimo swojej wartości upadają w pieniężnym wyścigu i ku rozpaczy fanów lądują w filmowym czyśćcu. Takim filmem jest właśnie Dredd.

Nowa, tym razem w pełni udana adaptacja perły brytyjskiego komiksu miała przechlapane już na starcie: marna kampania marketingowa, trailer, który autentycznie pokazywał zakończenie filmu (a ludzie narzekają, że pokazano Doomsdaya w zapowiedziach Batman v Superman) oraz piętno niechlubnego filmidła z Sylvestrem Stallone’em. Dodajmy do tego fakt, że film pojawił się pomiędzy dwiema wielkimi premierami, mianowicie The Avengers i The Dark Knight Rises, co było przeszkodą nawet dla wypuszczonej w tym czasie nowej odsłony przygód Spider-Mana. Szanse na dotarcie do szerokiej publiki ostatecznie zamykała kategoria R. Tymczasem to co zaoferował nam reżyser Pete Travis i odtwórca głównej roli, Karl Urban to w mojej opinii jedna z najlepszych, a na pewno najbardziej niedoceniana filmowa adaptacja komiksu.

Dla zachowania porządku opowiem o fabule. Dla nieznających uniwersum pyskatego sędziego po krótce wyjaśniam: w postapokaliptycznej przyszłości ludzkość pozamykała się w tzw. Mega-Miastach – ciasnych, wielomilionowych jednostkach administracyjnych oddzielonych grubymi murami od skażonych pustkowi. Porządku w trawionych przez przestępczość metropoliach strzegą Sędziowie – funkcjonariusze pełniący rolę całego wymiaru sprawiedliwości w jednej osobie.

W Mega-City 1 pojawia się nowy narkotyk o nazwie Slo-Mo, dający użytkownikowi wrażenie spowolnionego czasu. Obrotem używki kieruje Ma-Ma (Lena Headey), eks-prostytutka i boss najprężniej rozwijającego się gangu w mieście. Tymczasem, Sędzia Joseph Dredd (Karl Urban) oraz jego przyboczna, obdarzona telepatią rekrut Cassandra Anderson (Olivia Thirlby), ruszają na wezwanie do osiedla mieszkaniowego Peach Trees. Na miejscu zastają zwłoki obdarte ze skóry i zrzucone z wysokości. Natykają się także na inny ślad: ofiary przed egzekucją zostały potraktowane Slo-Mo. Sędziowie odkrywają, że natrafili na kryjówkę gangu Ma-My. Sama kryminalistka mająca we władaniu całe Peach Trees dowiaduje się o obecności funkcjonariuszy, zamyka budynek i wysyła swoich siepaczy po ich głowy. Dredd i Anderson ramię w ramie muszą stawić czoła całym zastępom bandziorów nie tylko by przeżyć ale i rozbić mafię Ma-My oraz położyć kres produkcji Slo-Mo.

Dredd to film taki jak jego tytuł – prosty i konkretny, w najlepszym znaczeniu tych słów. Twórcy odpuścili sobie origin story oraz dogłębne przedstawienie świata i istoty sędziów. To co najważniejsze dostajemy w łatwej do przełknięcia pigułce i od razu lądujemy w środku akcji. Fabuła jest banalna, miejsce akcji ogranicza się do jednego budynku, a od pewnego momentu słyszymy więcej strzałów niż dialogów. I to jest prawdziwą siłą tego filmu. Wśród tych wszystkich prób odświeżenia stylu klasycznych akcyjniaków z przełomu lat 80-tych i 90-tych, obraz Travisa poradził sobie najlepiej dodając do tego swoją charakterystyczną atmosferę. Mega-City 1 nie jest tak groteskowo futurystyczne jak w komiksie. Bliżej mu do dystopijnej wizji Detroit z RoboCopa, choć w filmie dostaliśmy bardzo mało ujęć miasta więc nie wiemy jak wyglądała pełna wizja twórców. To co oglądamy, czyli ludzkie mrowisko gdzie żaden mieszkaniec nie rozstaje się z pukawką a przestępstwa występują w każdej możliwej odsłonie, przyprawiają o niezłe ciary. Klaustrofobiczną i monotonną scenerię wynagradzają nam jednak bohaterowie. Po pierwsze, Sędzia Dredd. To naprawdę niesamowite, że Urbanowi z zasłoniętymi oczami i dosłownie JEDNYM wyrazem twarzy przez cały film, udało się stworzyć tak przekonującą postać. Karl gra głównie głosem, zimnym, szorstkim jak najtańszy papier toaletowy i totalnie wypranym z emocji. Jest to też zasługa świetnych, autentycznych dialogów. To właśnie taki Dredd, jakiego od 1977 roku serwuje magazyn 2000 AD. No i nigdy nie widzimy twarzy protagonisty. To rzecz, która w komiksach nigdy nie została pogwałcona a twórcy Judge Dredd z 1995 r. ściągnęli Sędziemu hełm już w 15 minucie filmu i do samego końca oglądaliśmy już tylko Sly’a. Widać, kto tu poszanował materiał źródłowy.

Drugą z najważniejszych postaci jest Cassandra Anderson. Telepatka, przechodząca ostatni test na Sędziego. Cassie to dziewczyna nieśmiała i początkowo niedoceniająca swoich umiejętności. Szybko jednak nabiera ikry i staje się prawdziwą heroiną, z którą nikt o zdrowych zmysłach nie śmiałby zadzierać. Jednocześnie jest nieziemsko śliczna i nie traci uroku nawet gdy zamienia bandytów w krwawe durszlaki. A momenty, w których Anderson pokazuje swój telepatyczny kunszt…. Wierzcie, nie chcielibyście, żeby ta pani weszła Wam do głowy :) Ostatnią z postaci jest antagonistka filmu, Ma-Ma. Myślę, że gdyby Dredd trafił do tak szerokiej publiki jak inne blockbustery, postać Leny Headey powszechnie uznano by za jednego z najlepszych kobiecych villainów.  Postać w filmie mocno zmieniono względem pierwowzoru. Z diabolicznej staruszki zrobiono z niej psychopatyczną harpię z paskudnymi bliznami, zdolną kastrować mężczyzn swoimi zębami i wyłupywać oczy gołymi rękami. Jest odrażająca, ale w jakiś niezdrowy sposób interesująca. Na koniec wspomnę o granym przez Wooda Harrisa gangsterze Kay’u, który jest zakładnikiem Sędziów. Nie jest to jakaś złożona rola ale to odpychający sukinkot i koniec, jaki go spotyka jest satysfakcjonujący jak diabli.


Teraz co nieco o wizualiach. Akcja, która jest trzonem filmu sfilmowana jest idealnie. Strzelaniny są soczyste i dewastujące. Krew leje się jak miód i mleko w Ziemi Obiecanej a sceny niektórych śmierci są wybitnie sugestywne. Z racji, iż film był przeznaczony na rynek 3D, wiele uwagi poświecono scenom w slow-motion, które maja symulować efekt narkotyku. Te pokazują wiele efektownych ujęć oraz co ciekawe, są znacznie jaśniejsze niż reszta filmu, co bardzo pomaga przy tendencji do zaciemniania obrazu w trójwymiarze. Film miał skromny budżet ale widać, że ekipa dobrze gospodarowała środkami na efekty. Warto też wspomnieć o kostiumach Sędziów. Hełmy wyglądają genialnie i są identyczne z tymi w komiksach. Kombinezony zaś są urealnioną wariacją na temat pierwowzoru. Funkcjonariusze noszą kamizelki kuloodporne, a wielkie pozłacane naramienniki zostały zastąpione praktycznymi osłonami z insygniami, takimi jakie Sędziowie nosili w pierwszych historiach.
Klimat brudnego futuryzmu podsyca fuzzowata, elektroniczna muzyka autorstwa Paula Leonarda-Morgana. Polecam także do słuchania osobno, najlepiej do wszelakich treningów fizycznych :)

Dredd to rewelacyjny film, który poległ całkowicie przez znikomy marketing i totalny brak wiary ze strony dystrybutora. Z powodu druzgocącej porażki w box office (41 mln $ przy budżecie 45 mln) szanse na kinową kontynuację są do dziś bliskie zeru. Fani oraz przypadkowi widzowie odebrali film bardzo pozytywnie. Facebookowa inicjatywa pt. Bring Back DREDD wystosowała petycję o sequel, zaś Karl Urban tak bardzo polubił rolę Dredda, że zadeklarował, iż wystąpi w sequelu za darmo.

Jednak uparta fanbaza i zaangażowana ekipa to prawdziwy skarb tej produkcji i według zapewnień Karla Urbana, są szanse na to, że Sędzia powróci w formie serialu. Trzymamy kciuki!

Ciekawostka: Dredd to jedyny film na podstawie komiksu, którego napisy końcowe rozpoczynają się od informacji o twórcach postaci. To się nazywa szacunek dla pierwowzoru.

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] Sędzia Dredd Trafi Do Telewizji

Na to czekali fani filmowego Dredda – aktorska produkcja powstanie, jednak prawdopodobnie bez Karla Urbana …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *