PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Deadpool (2016)

[RECENZJA] Deadpool (2016)

Fani czekali, błagali, zalewali Internet, z nerwów zjedli swoje paznokcie już kilkukrotnie. I nareszcie, studio ugięło się, znalazło ludzi, a „Najemnik z Niewyparzoną Gębą” wreszcie zawitał na srebrny ekran. Przyznam szczerze, że w przeciwieństwie do większości,  nie wsiadłem do hype’owego pociągu w momencie ogłoszenia projektu. W zasadzie, w ogóle nie wsiadłem. Wade Wilson nigdy nie był zbyt bliski mojemu sercu, więc potencjalną porażkę filmu przyjąłbym z godnością i spokojem w duszy. Bo umówmy się, da się spartolić tę postać i wszyscy wiemy czyja geneza jest z tego powodu do tej pory wyśmiewana. Ale czy jest sens i potrzeba by oblać film Tima Millera wiadrem wymiocin i pomyj?

Jak przystało na kolejną historię o komiksowym bohaterze (nie superbohaterze, dojdziemy do tego), dowiadujemy się jak doszło do przemiany pyskatego najemnika Wade’a Wilsona, w… pyskatego najemnika Deadpoola. Nie jest to co prawda tak linearnie i wtórnie prowadzona ekspozycja, jak ma to miejsce zazwyczaj w adaptacjach komiksu, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ograniczenie tego elementu nie uszkodziłoby filmu. Oczywiście nasz protagonista robi co może, by swoim temperamentem i ciętym językiem uatrakcyjnić nam odbiór swego smutnego losu. I wyłącznie to, ratuję jego genezę. Nieudany eksperyment widzieliśmy nie raz, ale związek Wade’a z Vanessą sprawia, że jego backstory jest o wiele przyjemniejsze (bo i jest czego posłuchać i na co popatrzeć). Można by uznać, że wraz z zakończeniem tej części fabuły, dalej pójdzie z górki, prawda? Cóż, i tak i nie. Niestety to oprawca naszego Pana Poola stanowi punkt wyjścia do całej filmowej rozwałki. Przez co na papierze dostajemy kolejną, nieciekawą historię o zemście, którą widzieliśmy już w dziesiątkach filmów z gatunku.

Na szczęście, droga do finału to sama przyjemność, gdy za kompana ma się Deadpoola. Ten wygadany i niepoczytalny typek zamienia niemal każdą ze scen, w kopalnię gagów. Sytuacyjnych, słownych, czy takich, które wyłapią tylko zaangażowani fani. Jeżeli tak jak ja obawialiście się, że cały film będzie zawierał równie płytkie żarciki jak zwiastun, uspokajam. Spektrum humoru jest o wiele szersze i nie ogranicza się tylko do rzucania „fuckami” w stronę każdej z postaci, czy mówienia o penisach. Tutaj prztyczek w nos dla 20th Century Fox, tutaj beka z profesora Xaviera i jego odtwórców, a gdzie niegdzie i z samego Ryana  Reynoldsa . Co ciekawe, te żarty skutecznie wypalają za każdym razem. Nie są wymuszone, doklejone na siłę, czy szczególnie prymitywne. Pod koniec seansu, Deadpool jawnie jest w stanie śmiać się z widza, czy wyjaśnić mu pewne swoje działania. Widać, że scenarzyści wiedzieli co robią i świetnie czują gdzie jest miejsce na jaki żart.

Odpowiednie zaserwowanie takiego humorystycznego elementu, wymaga też sporo talentu i charyzmy od aktora, z którego ust żarty owe wychodzą. I zapewne wie to już każdy z was, Ryan Reynolds nie zagrał Deadpoola. On stał się Deadpoolem. Nieokiełznany urok osobisty Wade’a jeszcze przed przemianą, to właśnie jego zasługa. Kolesia nie da się nie lubić mimo, że – jak sam przyznaje – nie jest jednym „z tych dobrych”.  I nie chodzi tylko o notoryczne przeklinanie, czym zaskarbi sobie sympatię wszystkich gimnazjalistów obecnych na seansie, ale o finezję działania. Swoboda z jaką Wilson eliminuje trefnych kolesi, czy obcuje ze swoją kobietą, mogłaby stanowić niedościgniony wzór dla niejednego faceta. Zaś gdy przywdziewa maskę, nie sposób odróżnić Deadpoola znanego z komiksów od tego, którego widzimy na ekranie. Mowa ciała, widowiskowe wybebeszanie oponentów, cięty język, czy ekspresja na jego masce (to detal, ale jakże przydatny). O takiego Wilsona prosiliśmy i radujmy się wszyscy, bo właśnie nam go zesłano. Ryan Reynolds powiedział niedawno, że z chęcią grałby Deadpoola do końca życia. I jeśli nadal będzie tak żywy i rozrywkowy, zapewne do końca życia będę chciał oglądać jego popisy.

Z takim protagonistą postaciom pobocznym ciężko będzie dotrzymać kroku. Ale i tutaj scenarzyści odnieśli sukces. Głównie przez interakcję Wade’a z jego dwoma najbliższymi: Weaselem (TJ Miller) i ukochaną Vanessą (Morena Baccarin).  Comic relief i ostra laska. W przypadku tego pierwszego, scenariusz i dialogi oferują nam masę  zabawnych scen przez cały czas trwania filmu. Zaś ta druga, to w zasadzie fabularny punkt zaczepienia dla akcji. Niestety, mają do zaoferowania niewiele więcej. Nie oczekujemy oczywiście wielopoziomowego rysu psychologicznego, ale przydałoby się choć minimalne odejście od formy. Oczywiście jak nadmieniłem, ich relacje z Wilsonem wyginają usta odbiorcy w łuk z ramionami ku górze, zatem i na ten element, można przymknąć oko. Zwłaszcza, że Vanessa jest o wiele bardziej charakterna niż typowa dama w opałach. Przynajmniej przez pierwszą część filmu. No ale hej, zasady są po to, żeby ich przestrzegać… Czy coś.

Poza tym duetem, Deadpoolowi towarzyszą także dwaj X-Men, Collossus i Negasonic Teenage Warhead. To zapewne efekt niskiego budżetu, jaki studio postanowiło przeznaczyć na film i występy gościnne. Co prawda wydają się przydatni dopiero w finałowej scenie rozróby, ale jakoś nie wydają się wciśnięci na siłę. Daleko tu szukać jakiekolwiek schematu zachowań, którego nie da się ująć w kilku słowach, ale na szczęście nie oni są tutaj najważniejsi. Fajnie się patrzyło, ubarwili kilka scenek, odhaczamy z listy.

Ale jest jeden element, który nie daje mi spokoju od momentu wyjścia z kina. Francis… znaczy Ajax. Ja rozumiem, nie każdy złoczyńca musi być kimś na miarę Hannibala Lectera i prześladować widza przez długie tygodnie. Ale kiedy film, stara się jak może, by jechać po bandzie, wypadałoby dostosować to do każdego elementu opowieści. Niestety, Ajax to typowy, sztampowy do bólu, zepsuty i posiadający ojej bardzo smutną historię czarny charakter, o którym nie można powiedzieć nic więcej. Może poza tym, że ma idiotyczną ksywkę. Wybaczyłbym, gdyby film i sam Deadpool, jawnie obśmiali jego wtórność. Ale kilkukrotny chichot z jego imienia, to według mnie trochę mało. Liczę na to, że w sequelu, który jest tylko kwestią czasu, studio wpadnie na lepszy pomysł i wykrzesa z antagonisty więcej potencjału.

Czy w ostatecznym rozrachunku Deadpool to film idealny? Skądże. Ale jeśli szukacie silnie bezpretensjonalnego, nie bojącego się wrzucić na luz i mrugnąć do Was okiem blockbustera, nie wahajcie się ani sekundy. Z resztą, bądźmy szczerzy. I tak już go widzieliście. A w przyszłości, nieraz do niego wrócicie.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

Top 100 najlepszych komiksów o Daredevilu – miejsca 10-1

Niezamierzenie ostatnia dziesiątka rankingu stała się sceną pojedynku dwóch znakomitych scenarzystów. Pojedynku, który okazał się wyrównany, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *