PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Birdman

[RECENZJA] Birdman

Od jakiegoś czasu Hollywood, w swej bardzo istotnej części, polega na historiach o komiksowych superherosach. Wielu aktorów zawodowe odrodzenie, lub nowo zdobytą popularność, zawdzięcza uprawianej w kolorowych fatałaszkach walce ze złem, paradując na tle wysokobudżetowych efektów specjalnych. Mimo niewątpliwej wartości rozrywkowej, niewiele z takich produkcji aspiruje do miana „kina ambitnego”. Stąd pewnie niemałe zdziwienie wielu widzów faktem, że wśród nominowanych do nagrody Oscara filmów, znajduje się Birdman. Więc, by uniknąć niedomówień, na wstępie wyjaśnijmy sobie jedną rzecz – to nie jest film o superbohaterze.

Riggan Thomson (Michael Keaton) czasy swej świetności ma już dawno za sobą. Prekursor kinowych kreacji trykociarzy w maskach i pelerynach, miał cały świat showbiznesu u swoich stóp.  Mimo, że 25 lat temu zarabiał grube miliony dzięki swej flagowej kreacji, tytułowego Birdmana, a widzowie pojawiali się chętnie u jego boku, teraz ledwo udaje mu się wiązać przysłowiowy koniec z końcem. Renesansem jego aktorskiego „ja”, ma stać się wyreżyserowana, wyprodukowana i zagrana przez niego adaptacja opowiadania Raymonda Carvera. Oczywiście, nic nie przychodzi łatwo. Przeszkadzają problemy rodzinne, rozkapryszony aktor w obsadzie, fala negatywnej krytyki wisząca nad zapracowaną głową.

Nie trzeba być wielkim ekspertem, by zauważyć, że Keaton gra tam postać bliźniaczo podobną do samego siebie. Wymagająca, pełna bagażu emocjonalnego rola, została odegrana po mistrzowsku. W końcu Batman, reżysera Tima Burtona, lata temu był wielką marką filmową, a Keaton jednym z najczęściej omawianych i wspominanych aktorów, grających komiksowych herosów.
Kreację roli Riggana Thomsona uwiarygodnia także plejada aktorów drugoplanowych, którzy ani na krok nie odstępują naszej gwieździe. Cudowny Edward Norton jako Mike – najnowszy aktor w spektaklu Thomsona, który pod płaszczykiem aroganckiego dupka, skrywa lęk przed światem zewnętrznym. Emma Stone, w roli Sam Thomson, skrzywionej przez popularność ojca, zbuntowanej nastolatki z odwykiem na koncie. Zach Galifianakis, czyli współproducent, pełniący rolę zarówno subtelnego „comic relief”, jak i jednego z niewielu wspierających Thomsona ludzi. Dodajmy do tego złożone postaci aktorek, pozostających na nieco dalszym planie i ukaże nam się wachlarz umiejętności aktorskich, którego nie powstydziłaby się żadna produkcja z wyższej półki.

Specyficzny urok i klasę nadają filmowi rewelacyjnie napisane dialogi. Z jednej strony, kryją się tam istotne – z perspektywy doświadczeń bohaterów – przemyślenia skłaniające do refleksji, ale z drugiej, to realistycznie brzmiące dyskusje, które można usłyszeć od znajomych, czy na ulicy. Nie ma w nich ani nuty pretensjonalności. Między bohaterami czuć autentyczną chemię o różnych podłożach, intencjach oraz znaczeniach, dzięki czemu żadna relacja nie wydaje się sztuczna.

Scenariusz i aktorstwo to nie jedyna kwestia, którą warto pochwalić. O oprawie technicznej można by napisać osobny felieton, ale postaram się trzymać standardowej formy. Od lat nie widziałem tak dobrze zrealizowanego filmu. Kamera jest w stanie podążać za bohaterami przez ujęcia trwające ponad 20 minut. Nie ma mowy o potknięciu, zająknięciu czy nieścisłości technicznej. Wzmaga to poczucie realistycznie, płynnie przedstawionej akcji. Pozbycie się cięć, osadza nas w miejscu i czasie akcji tak samo, jak głównych bohaterów.

Dobór scenerii sprawia, że idąc za dowolną z postaci, czujemy się jak prowadzeni przez labirynt. Plątanina ceglanych korytarzy, dekoracji scenicznych, czy klaustrofobicznych pokoi garderobianych potęguje odczucie presji jaką na wszystkich wywiera miejsce pracy. Do tego subtelna manipulacja efektami komputerowymi w chwilach załamania Riggana, nadaje całości nieco surrealistyczny ton. Widz nie jest do końca pewny, czy to co widzi na ekranie, dzieje się w umyśle bohatera, czy w świecie rzeczywistym dla filmu. Oprawa muzyczna także świetnie koresponduje z tonem całego dzieła, współtworzy atmosferę konkretnych scen. „Puszczona samopas” przy niektórych sekwencjach, kontrolowana przez Keatona, czy będąca tylko delikatną wstawką do nieco bardziej emocjonalnych scen, zawsze spełnia swoje zadanie.

Ponadto, Birdman to nie tylko orgia aktorskiego talentu, ale i opowieść z istotnym morałem. Nie będę go ujawniał tutaj, ale zapewniam, nie jest tak przewidywalny jak może się wydać na początku. Skorzysta z niego każdy widz, a zwłaszcza ten, który popadł w kryzys tożsamości twórczej.

Jak dzieło Alejandro Gonzáleza Iñárritu wypada w rozrachunku końcowym? Wprost perfekcyjnie. To film, którego każdy aspekt został dokładnie przemyślany i wykonany z niesamowitym profesjonalizmem. Na chwilę obecną, żaden z tegorocznych filmów nominowanych do Oscara nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak Birdman. To ścisła czołówka kina amerykańskiego i jestem pewien, że na długi czas pozostanie w pamięci widzów.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] Nowy zwiastun Spider-Man: Homecoming!

Nie ma co przedłużać, zwiastun znajdziecie poniżej. EDIT: A poniżej kolejny, międzynarodowy zwiastun. Enjoy! 🙂 …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *