PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Batman: The Killing Joke (2016)

[RECENZJA] Batman: The Killing Joke (2016)

Można rozpamiętywać klęskę Batman v Superman, analizować polaryzację widowni Man of Steel i badać szkodliwy wpływ Batman & Robin na zdrowie psychofizyczne. Ale nikt nie zaprzeczy, że w dziedzinie superbohaterskich animacji DC zawsze wiodło prym. Studio pokazało kilka lat temu prawdziwą klasę adaptując dwa legendarne komiksy – Batman: Rok Pierwszy oraz Powrót Mrocznego Rycerza. Świetny poziom animacji, rewelacyjny voice acting (pomimo braku ikonicznego duetu Conroy & Hamill) oraz niespotykana wierność w wizualnym odwzorowaniu słynnych kadrów z komiksów zapewniło ekipie DC/WB prawdziwy szacunek ze strony fanów i krytyków. Po tym sukcesie, zapowiedź adaptacji Zabójczego Żartu – jednego z najważniejszych komiksów traktujących o relacji Batmana z Jokerem, była już tylko kwestią czasu. Radość fanów była nieopisana gdy DC ogłosiło, że w nowej animacji nie tylko powrócą Kevin Conroy i Mark Hamill, ale i otrzyma ona kategorię wiekową R  i, co najciekawsze, trafi także do kin. No i nadszedł ten dzień. Animowany Zabójczy Żart można już oglądać dzięki dystrybucji cyfrowej. To niesamowite, ale… spaprali to!

Kardynalnym błędem twórców była próba ulepszenia czegoś, co było doskonałe już na starcie.  Dla osób niezaznajomionych z oryginałem wyjaśnię po krótce. Zabójczy Żart to 48-stronicowy one-shot, w którym Joker dokonuje przerażającej zbrodni. Rani Barbarę Gordon (przez co ta traci władzę w nogach) oraz porywa Komisarza, nad którym znęca się psychicznie, próbując doprowadzić go do szaleństwa. Wszystko to ma na celu udowodnienie jednej tezy – każdy, nawet najbardziej zdrowy na umyśle człowiek może popaść w otchłań szaleństwa pod wpływem jednego tragicznego wydarzenia. Jest to nie tylko wywód na temat wpływu traumy na umysł człowieka. Zabójczy Żart to komiks, który najdosadniej ukazał osobowość Jokera i charakter jego relacji z Batmanem.


Niestety, twórcy najwyraźniej zlekceważyli znaczenie tej historii i postanowili upchnąć w nią kompletnie nieciekawy oraz, co jest wręcz niewybaczalne, nie mający żadnego znaczenia dla fabuły wątek Batgirl. Barbara usiłuje powstrzymać gangstera Parisa Franza. Sam mafioso również nie kryje swojej fascynacji zamaskowaną dziewoją. Nierozważna samowolka Gordonówny nie podoba się także Batmanowi, który usiłuje sprowadzić nieposłuszną pomocnicę do parteru.

Ta część obejmuje ponad 1/3 całego filmu, po czym zostaje zamieciona pod dywan, gdy zaczyna się właściwa adaptacja noweli graficznej. Domyślam się, że sztab DC/WB postanowił: a) przybliżyć laikom postać Batgirl, b) zapełnić czymś czas ekranowy gdyż z niespełna 50-stronicowej opowieści nie ukręciliby 70 minut filmu, c) dodać więcej ładunku emocjonalnego do tragedii, jaka spotkała Babs w komiksie. Tylko po co? Czy strzał w kręgosłup to za mało by było nam jej żal? Sam epizod jest też bardzo nudny i kompletnie nieoryginalny. Paris Franz to standardowy gangster-czaruś. Z kolei Barbarze towarzyszy jej kolega Reese – stereotyp geja, którego nawet Xandir z Drawn Together uznałby za… przerysowany. Sama Babs jest ukazana jako kompletnie niesympatyczna dziewucha. No i jest jeszcze scena, którą Warner udostępnił przed premierą filmu, i która oburzyła zastępy fanów. Mianowicie scena seksu Batmana i Batgirl. Nie chcę już drzeć szat i wygłaszać litanii o zniszczonym dzieciństwie. Po prostu powiem tyle: panowie animatorzy, puknijcie się tam w czoło.


Jak zatem wypada crème de la crème całej produkcji, czyli właściwa adaptacja dzieła Alana Moore’a i Briana Bollanda? Cóż, dobrze. Przesłanie i atmosfera oryginału zostały przeniesione jak należy. Odpuszczono sobie zbędne ‘udoskonalanie’ opowieści, a zmiany względem komiksu są bardzo kosmetyczne. Utrzymano ponurą kolorystykę z drugiej wersji Zabójczego Żartu, kolorowanej przez Bollanda. Muszę za to przyznać, że najbardziej ikoniczne momenty, dzięki obecności dźwięku i ruchu otrzymały nowy ładunek dramatyzmu, i nawet po kilkunastokrotnym przeczytaniu komiksu będzie to nowe doświadczenie dla fana. Szczególnie ujęło mnie zakończenie, które w komiksie Moore pozostawił czytelnikowi bez wyraźnej odpowiedzi. Przyjmując jedną z możliwych wersji zakończenia, która nakazuje traktować Zabójczy Żart jako komiks niekanoniczny, to ostatnie sekundy filmu mrożą krew w żyłach.

To teraz przejdźmy do aspektów technicznych. I żeby zakończyć ten tekst jakimś pozytywem, to zacznę od narzekania. Niestety, jakość animacji jest po prostu skandaliczna. Filmy od DC zawsze cechowały się zauważalnym klatkowaniem, ale to co widzimy tutaj powoduje opad rąk. Miejscami animacja wydaje się spadać do 2-3 klatek na sekundę i ich siermiężność całkowicie psuje radość z oglądania. Kreska jest także bardzo brzydka, żeby nie powiedzieć, zalatuje amatorszczyzną. W poprzednich adaptacjach starano się odwzorować kreskę artystów ilustrujących materiał źródłowy. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że hiperrealistyczny styl Briana Bollanda byłby trudny i kosztowny do odtworzenia w przeciwieństwie do prostej kreski Davida Mazzuchelliego czy Franka Millera, których styl powielono we wcześniejszych filmach. Niestety, tu wyszło to znacznie gorzej. Styl pana Briana przejawia się jedynie w kształcie uszu Batmana czy twarzy Jokera (która i tak miejscami przypomina bardziej Klauna z Batman The Animated Series). Warto za to docenić easter eggi, zwłaszcza w scenie, gdy Bruce przegląda w jaskini zdjęcia Jokera.

Na koniec idą pochwały za voice acting. Kevin Conroy i Mark Hamill jako Batman i Joker już dawno topią się w oceanie superlatywów. Głosy obu panów są nierozerwalnie kojarzone z tymi postaciami, i w opinii wielu fanów (także mojej) zawsze będą stawiani wyżej niż wszyscy aktorzy odgrywający te role w Hollywood. Wybranie innych aktorów do tego filmu byłoby po prostu obrazą dla nich samych oraz fanów. Hamill pokazał nawet umiejętności wokalne. Tara Strong, która też jest weteranką voice actingu sprawdziła się bardzo dobrze jako Babs Gordon. Za to wśród postaci epizodycznych usłyszymy Nolana Northa czy nawet Bruce’a Timma. Za soundtrack odpowiedzialni są Kristopher Carter, Michael McCuistion i Lolita Ritmanis. Muzyka w tym filmie, jak z resztą w większości animacji od DC, pasuje bardzo dobrze, ale pamiętnych motywów tu nie uświadczymy.

Batman: The Killing Joke pomimo sporych plusów jest produkcją, którą ciężko uznać za udaną. Chybiony epizod z Batgirl wzbudza jedynie irytację, szczególnie gdy pomyśli się, że przeznaczony na nią budżet można było ulokować gdzie indziej. Na przykład, przeznaczyć ją na lepszą animację. Jak na coś, co mamy oglądać w kinach to prezentuje się to naprawdę niezadowalająco. Niemniej jednak, nie odmówię twórcom szacunku dla legendarnego komiksu. Fani opowieści na pewno nieraz poczują satysfakcję w trakcie seansu. Po prostu w sztabie DC/WB padło kilka nietrafionych decyzji i jakby to kolokwialnie ująć, coś nie pykło. Fani i tak obejrzą, a przypadkowych widzów i batmanowych sezonowców odsyłam do wcześniejszych animacji.

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Action Comics #1000

Jedną z najwspanialszych rzeczy w nurcie superhero jest ponadczasowość postaci. Herosi inspirują całe pokolenia, a …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *