PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Assassin’s Creed

[RECENZJA] Assassin’s Creed

Jeżeli jeszcze nie widzieliście filmu Justina Kurzela, a choć trochę interesujecie się nowinkami z Hollywood, to raczej wiecie, w jakich nastrojach się tutaj spotykamy. Assassin’s Creed trafił do zagranicznych kin niecałe trzy tygodnie temu i niestety zbiera obfite cięgi od recenzentów. Od 5 stycznia film można oglądać również w naszych kinach, zatem postanowiłem sprawdzić na własnej skórze ten okrzyknięty prawdziwą abominacją obraz. Mój wniosek: nie jest tak tragicznie, ale mimo wszystko jest kiepsko.

I żeby zapobiec komentarzom głoszącym, że to film, który spodoba się tylko fanom gier o skrytobójcach, wyjaśniam po krótce: uwielbiam gry z serii Assassin’s Creed. Zwiedziłem każdy zakątek renesansowych Włoch i przeczesałem wirtualne Karaiby podśpiewując szanty z załogą Edwarda Kenwaya. Póki co, nie miałem okazji zagrać w dwie ostatnie odsłony serii, ale to właśnie z pierwszych części film czerpie swoje inspiracje. Zatem drodzy fanboye, którzy tak ostro atakujecie krytyków, jeżeli takie filmy są właśnie dla Was, to Hollywood musi Was strasznie nie szanować. Dobrze, skoro mamy to za sobą, to możemy już przejść do analizy naszej egranizacji.

Głównym bohaterem filmu jest Callum Lynch, który w dzieciństwie był świadkiem morderstwa matki z ręki swojego ojca, a obecnie sam przesiadujący w celi śmierci za zabójstwo. Po sfingowanej egzekucji, Lynch trafia w ręce korporacji Abstergo, będącej przykrywką dla działań Zakonu Templariuszy. Ci zaś od wieków ostrzą sobie zęby na władzę nad Światem, a w osiągnięciu tego celu ma pomóc im Jabłko Edenu – artefakt przechowujący nasienie Grzechu Pierworodnego. Kluczem do odnalezienia skarbu ma być właśnie Callum, będący ostatnim żyjącym potomkiem hiszpańskiego Asasyna Aguilara, który przed 500 laty skradł Jabłko Templariuszom.

No i nie wyszło. Po raz kolejny z materiału o świetnym potencjale na dobre kino, powstaje po prostu słaby film. Assassin’s Creed to przede wszystkim produkcja nudna oraz wyjątkowo nieskładna, a poza tym bardzo mroczna, co absolutnie nie wychodzi jej na plus. Mówi to osoba, która jest bardzo odporna na patos i mrok w Hollywood. Jednak przede wszystkim, brak jej uroku pierwowzoru.

To, co było creme de la creme przygód Asasynów, czyli radosne harce po miejskich dachach i widowiskowe metody cichego unicestwiania oponentów, film serwuje nam w skąpych dawkach. Zamiast tego osią ekranizacji jest to, czego fani gier nie cierpieli najbardziej, czyli nudne postaci gnuśniejące w czterech ścianach i trujące o wojnie, podniosłych wartościach i losach świata. Oczywiście, wszyscy nie znosiliśmy Desmonda Milesa, a po gry sięgaliśmy, by uprawiać parkour w odmętach przeszłości i obcować z (w większości) charyzmatycznymi przodkami mrukowatego barmana. To właśnie godziny spędzone na nieograniczonej zabawie w historycznych realiach, pozwalały nam zapomnieć o, nie oszukujmy się, płytkiej i niedorzecznej fabule spajającej wszystkie odsłony serii i będącej tylko pretekstem do posyłania gracza w przeszłość.

Jednak film rządzi się innym prawem niż gra, więc poświęcenie większej uwagi współczesności jest w pewien sposób uzasadnione. Ba, skoro film jest kanoniczny z grami, to byłaby to świetna okazja na dokładniejsze przedstawienie współczesnej aktywności samych Asasynów i nadal nie przeszkodziłoby w przedstawieniu laikom założeń uniwersum. Zamiast tego twórcy stwierdzili, że widz zadowoli się mechaniczną macką, która macha Fassbenderem jak szmacianą lalką. Cała intryga, jaką stanowią poszukiwania Jabłka Edenu i konflikt pomiędzy frakcjami jest podawana bardzo niezrozumiale. Fani gry uzupełnią sobie niechlujną ekspozycję wiedzą nabytą podczas grania, ale przypadkowy widz prawdopodobnie poczuje się bombardowany tymi wszystkimi motywami i będzie zadawał sobie pytania w stylu, „jaka pamięć genetyczna?”, „co to Skok Wiary?”.

Film nie skąpi elementów znanych z gier, ale niczym nie tłumaczy ich roli w przedstawionym świecie. Jednak nawet znawcy dzieł UbiSoftu nie będą odporni na poszatkowany scenariusz i chaotyczną narrację. Oczywiście, mamy tonę absurdów i wydarzeń, których sens wytłumaczyć można jedynie siłą wyższą, jaką jest wola trójcy scenarzystów. Do kulminacji filmu, której nie chcę zdradzać, prowadzi potężna dziura fabularna, która pomimo bardzo dobrego finału, zostawia niesmak i wrażenie, że Abstergo zarządzają kompletni nieudacznicy i Janusze planowania. Powiem tylko, że chodzi mi o przetrzymywanych w bazie Asasynów.

Wraz z przebiegiem fabuły cierpią także bohaterowie. Wszystkie postaci mają w sobie tyle charakteru i werwy, co gabinet figur woskowych. Callum Lynch nie jest tak irytujący jak Desmond, ponieważ do bycia irytującym potrzebna jest jakaś osobowość. Lynch jest po prostu Michaelem Fassbenderem podczas standardowego dnia pracy. Naprawdę nie wiem, co mogę napisać o głównym bohaterze. Jego postawa wobec stron konfliktu zmienia się jak chorągiewka na wietrze i nawet z niej ciężko wyczytać cechy jego charakteru lub wartości, jakimi się kieruje. Wiemy tylko, że zabił alfonsa, więc ma skłonności do przemocy, ale chce działać w słusznej sprawie, co w jakiś sposób wpisuje się w motto skrytobójców. Jest także niestabilny psychicznie, co również próbuje nam usilnie wmówić reżyser.

Sofia, grana przez Marion Cotillard to ambitna kobieta, która naukowe powołanie stawia ponad zobowiązaniem wobec Templariuszy. To znaczy taka jest na papierze i tego dowiadujemy się w dialogach, ale w praktyce to bardzo drętwa i męcząca do oglądania kreacja. Mam wrażenie, że Cotillard była w trakcie zdjęć skrajnie niedożywiona, gdyż wolę uważać, że ta świetna aktorka po prostu nie miała energii, aniżeli stworzono tak nieprzekonującą postać. Jej relacja z ojcem Rikkinem, będącym nie tylko szefem Abstergo, ale i wysoko postawionym członkiem Zakonu, ma być oparta o rozbieżne ambicje – moralność vs obowiązek. To trudna ojcowska miłość do córki, która odwdzięcza się mieszanką pogardy oraz szacunku. A przynajmniej to próbujemy sobie dopowiedzieć w trakcie seansu, gdyż dialogi wyprane są z emocji równie mocno, co same postaci. Jeremy Irons w roli Rikkina również zbytnio się nie przemęczał.

Czy w takim razie nasz historyczny awatar ratuje honor obsady?

Cóż, poczynania Aguilara są bez wątpienia najlepszymi momentami filmu. Szkoda tylko, że są to wciąż słabe momenty. Po tych kilku sekwencjach nie jesteśmy w stanie ułożyć sobie sensownej historii Hiszpana, nie mówiąc już o jego charakterze. Serio, narzekaliśmy na brak ikry u Connora Kenwaya w Assassin’s Creed III, a tymczasem Aguilar pobił wszelkie rekordy w byciu bezjajecznym bohaterem.

Gry utożsamiamy głównie z tymi barwnymi postaciami samych Asasynów, zwłaszcza z Ezio Auditore, który bez wątpienia jest jedną z najlepiej napisanych postaci w historii gier wideo. Edward Kenway również zyskał sympatię niejednego gracza, choć poświęcono mu tylko jeden tytuł. Nawet małomówny Altair miał na tyle charyzmy by zdobyć rozpoznawalność pomimo słabej jakości pierwszej gry z serii. Zaś pierwszym Asasynem, jakiego poznają nowi widzowie będzie nasz hiszpański milczek. Możemy jedynie współczuć osobom, dla których film będzie pierwszym kontaktem z marką.

Jednak, co jest chyba najgorsze, nie jesteśmy w stanie dowiedzieć się niemal niczego o samych Asasynach – prócz tego, że zabijali Templariuszy i nie mieli jednego palca. To naprawdę przykre, że po filmie o tytule ‘Kredo Asasynów’, nie wiemy nic znaczącego o rzeczonej organizacji. I naprawdę, argument pokroju „trzeba było grać w gry” jedynie pogrąża film. Przyjmując, że jesteśmy laikami, to przyswoimy tylko garstkę charakterystycznych elementów i otrzymamy kilka wzniosłych haseł, które i tak wylecą nam z głowy, gdy będziemy próbować połapać się w fabule. To spory problem także dla samych twórców, gdyż po takiej ekspozycji nowi odbiorcy nie tylko nie będą mieli ochoty na sequel filmu, ale prawdopodobnie nie zainteresują się samymi grami. A domyślam się, że UbiSoft liczy, iż film przyciągnie do gier nowych odbiorców.

Oczywiście, zgodnie z duchem uniwersum dostaliśmy ‘cameo’ postaci historycznej. Jeżeli choć trochę uważaliście na lekcjach historii to bardzo szybko zgadniecie, kto to będzie. Prócz tego, zostawiono nam trochę obligatoryjnych easter eggów.

Przejdźmy zatem do realizacji filmu. Jak już wspomniałem, jest on bardzo mroczny. Nie tylko na poziomie narracji, ale i od strony wizualnej. Ogląda się to bardzo źle. Wiele ujęć jest tak ciemnych, że w kinie nie było widać twarzy postaci nawet na pierwszym planie. Jednak największe baty należą się za sekwencje historyczne, zwłaszcza otwierające je ujęcia lecącego orła i scena bitwy. W tych dominują z kolei mocne brązowe filtry.

Naprawdę nie wiem, co tam się działo. Sceny grupowe toczą się w wiecznie zadymionych sceneriach, a wśród tumanów pyłu majaczą jedynie zarysy ludzi, tudzież budowli. Wygląda to tak, jakby grafikom bardzo nie chciało się generować owych ujęć, i postanowili je zwyczajnie zamaskować obłokami dymu. No chyba, że w 1492 roku Hiszpania miała ten sam problem, co dzisiejszy Kraków… Ogólnie, CGI wypada w filmie okropnie i trąci pikselami na kilometr. Chociaż z drugiej strony, tym ujęciom było najbliżej do gry, ale chyba nie o to nam chodziło.

Sceny walk są również mało czytelne. Składają się z krótkich, epileptycznie zmontowanych ujęć. Mimo wszystko filmowcy postarali się o odwzorowanie stylu walki zabójców. Jedną rzecz na pewno poprawiono względem gry: w końcu możemy zobaczyć jak Asasyni walczą ze zwartą grupa wrogów, a nie półgłówkami ustawiającymi się w kolejce po swoją porcję łomotu.
Zaś, co do scen akcji w teraźniejszości… no cóż, jak już dałem do zrozumienia, współczesność to w 95% drętwe dialogi, aczkolwiek mamy w nich kilka żywszych momentów. O jednym z nich nie powiem, gdyż nie chcę rzucać spoilerami. Reszta to znane już trailerów sceny z Animusem.

Przy okazji, pozwolę sobie wtrącić uwagę na temat filmowej wersji machiny Abstergo. Oczywiście sam koncept mechanicznej łapy, odtwarzania sekwencji poprzez ruchy podłączonej do maszyny osoby i wyświetlanie obrazów z przeszłości w formie niewyraźnych hologramów uważam za, delikatnie mówiąc, głupie. Jednakże, przed premierą starałem się zrozumieć ten zabieg. Jeżeli film ma pokazywać głównie współczesność, to ten projekt Animusa i tak będzie prezentował się ciekawiej niż znana z gry leżanka.

Problem jednak jest taki, że w trakcie sekwencji historycznych mamy tylko 1-2 sekundowe przebitki na Calluma Lyncha. W takim razie, po co była ta zmiana? Można też dopytywać o takie błahostki, jak co robi Cal w trakcie sekwencji biegu? Biega w miejscu, czy może w kółko? Skoro ramię Animusa odtwarza każdy ruch Aguilara to jak wyglądała wspinaczka na tę wysoką budowlę (chyba katedrę, ale nie wiem, dym zasłaniał)?  Swoją drogą, mały spoiler, ale to dość kiepsko świadczy o technologii, która psuje się przy odtwarzaniu jednej z najczęściej wykonywanych przez Asasynów czynności. Myślę, że Deadpoolowi spodobałaby się ta scena, jeżeli wiecie, o czym mówię

Za to bardzo duży plus za kostiumy i rekwizyty. Stroje zabójców mają ten oryginalny, ikoniczny sznyt. Mamy drobne ujęcia na wyposażenie hiszpańskich Asasynów, które wyróżnia ich na tle innych zabójców i daje charakter właściwy dla miejsca i epoki. Zadbano także o odpowiednie wyposażenie postaci drugoplanowych i statystów, jak i o dekoracje. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że film mógł być naprawdę niezły, gdyby tak bardzo nie poskąpiono nam eskapad w przeszłość.

Na koniec wspomnę o muzyce Jeda Kurzela. Pamiętacie ten poruszający motyw przewodni przygód Ezia? Albo dziarski i zagrzewający do bitki utwór z Black Flag? Trzymajcie je na swojej playliście, bo soundtracku z filmu raczej nie będziecie słuchać po wyjściu z kina. Rytmy przygrywające w trakcie filmu to głównie orientalnie brzmiące wypełniacze i dwie piosenki. Rzecz absolutnie nijaka i w porównaniu do prac Jespera Kyda i Briana Tylera, zakrawająca o śmieszność.

I taki właśnie jest filmowy Assassin’s Creed – nudny, niemal pozbawiony emocji i wyprany z największych zalet uniwersum. Sam nie żałuję spędzonego na nim czasu, ale nie wyniosłem z seansu większej satysfakcji. Gdybym nie grał w żadną z produkcji UbiSoftu, moje zażalenia byłyby zapewne znacznie większe. Nie zmienia to jednak faktu, że ‚Asasyn’ odniósł porażkę artystyczną, a ogłoszenie klapy finansowej to pewnie kwestia czasu. To rodzi spore obawy, lecz nie o sequel filmu, który bez wątpienia został zapowiedziany otwartym zakończeniem.

Chodzi tu o los ekranizacji gier, przynajmniej na najbliższe lata. Egranizacje nie są już festiwalami tandety, jakimi karmił widzów Uwe Boll. To produkcje, które dostają budżety, rozpoznawalnych i utalentowanych aktorów oraz doświadczonych filmowców. Mało tego, sami twórcy gier zaczęli czuwać nad losami swoich dzieł w Hollywood, a umieszczenie Assassin’s Creed w kanonie serii jest kolejnym krokiem naprzód. Mimo to, mamy kolejną porażkę. Coraz więcej znanych marek dostaje się w ręce filmowców. Doskonałe tytuły o hollywoodzkim potencjale owocują jedynie kiepskimi czy wręcz tragicznymi filmami – Max Payne, Hitman (dwukrotnie!), czy nawet nieco wybijający się WarCraft. Widząc ten stan rzeczy, studia filmowe przestaną inwestować w takie przedsięwzięcia. Bardzo możliwe, że nieudany Assassin’s Creed rzekł właśnie „egranizacjom” ‘requiescat in pace’ na dłuższy czas.

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] Z Gier do Filmów, z Filmów do TV – Będzie serial „Assassin’s Creed”!

O swoich wrażeniach z seansu kinowej odsłony Assassin’s Creed pisał Rafał w tej recenzji (kliknijcie, …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *