PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [RECENZJA] Powrót Batmana (1992)

[RECENZJA] Powrót Batmana (1992)

Dawno, dawno temu, zanim jeszcze światowe kina zostały zalane falą corocznych produkcji ze studia Marvela, ekranizacje komiksów były niezwykle ciężkim tematem do podjęcia. Mimo nielicznych wyjątków – w postaci dwóch pierwszych filmów o Supermanie – bohaterowie historii obrazkowych nie pojawiali się jako postaci reprezentacyjne w świecie kinematografii. Zwłaszcza gdyby ktoś postanowił podjąć się pokazania przeciętnemu, telewizyjnemu widzowi, postaci Batmana. Mimo, że w świecie komiksów Bruce Wayne stał się już „stworzeniem nocy”, to odbiorcy niezaznajomieni z jego „papierowymi” przygodami, mogli pamiętać go tylko jako kiczowatego herosa, portretowanego przez Adama Westa. Ustawienie Batmana na kinematograficznym piedestale, spoczęło na barkach reżysera – Tima Burtona. O samym Batmanie z 1989 pogadamy sobie już niebawem. Teraz ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że – z perspektywy czasu – śmiało mogę stwierdzić, iż młody Burton był wyborem idealnym. Film okazał się takim sukcesem, że przy realizacji sequela, Tim dostał zupełnie wolną rękę. Ale nie jestem pewien czy wyszło to Batmanowi na dobre.

Batman Returns

Bardzo często, przy omawianiu Batman Returns wspomina się o ogólnie przyjętej „baśniowości” świata przedstawionego. To zaskakująco trafne pojęcie. Już pierwsze sceny nakreślają nam taki klimat. Zamożne małżeństwo Cobblepot postanawia wrzucić swoje nowo narodzone, zdeformowane dziecko do ścieku. 33 lata później wypełza na powierzchnię i pod pseudonimem „Pingwin”, staje w politycznym wyścigu o stanowisko burmistrza Gotham, jednocześnie przewodząc armii cyrkowców-kryminalistów. Nie ukrywajmy. To po prostu kuriozalnie brzmiąca historia. Interpretacja genezy postaci jest niezwykle śmiała. Chętni doszukiwania się w filmowej kreacji Pingwina powiązań z komiksowym oryginałem, znudzą się po jakimś kwadransie. Filmowa geneza bardziej nasuwa skojarzenia z postacią Killer Croca, niźli jednym z czołowych gangsterów w Gotham. Do mnie ta wersja niestety nie przemawia. Nie jest to kwestia mojego konserwatywnego komiksowo umysłu, a zwykłego minięcia się z pierwotną intencją twórcy. Mówił o tym każdy, ale i ja powtórzę: podczas gdy Joker to przeciwieństwo Batmana, Pingwin to przeciwieństwo Bruce’a Wayne’a; a nie miejska legenda pokroju aligatorów w Nowym Yorku. Choć Dany DeVito robi co może i spełnia swoje zadanie naprawdę dobrze, to absurd scenariusza te starania niweczy.

Mniej zauważalną zmianą charakterologiczną, względem komiksowego oryginału, cechuje się Catwoman. I całe  szczęście. Selina Kyle jest równie zadziorna, wygadana i pociągająca jak jej komiksowy pierwowzór. Michelle Pfeiffer to obsadowy strzał w dziesiątkę zarówno w roli przed, jak i po przemianie. Również jej relacja z Brucem Waynem napisana i zagrana została iście mistrzowsko. Ale i tutaj da się wstawić jakąś głupotkę. Przyczynkiem do narodzin Catwoman jako złodziejki, był bowiem…jej powrót do świata żywych, po śmierci z rąk swego szefa-Maxa Shrecka (Który na dobrą sprawę jest o wiele lepszym komiksowym Pingwinem niż nasz „ściekowy outsider”). Akuratności doszukiwać się tu nie powinniśmy, ale logiki, chociażby umownej, już owszem. Próżny trud.

Batman Returns

Ale zostaje nam jeszcze do omówienia nasz główny bohater. Nie, nie. Nie chodzi o Batmana. Kluczową postacią jest tu Bruce Wayne. Ciężko mi tu cokolwiek powiedzieć, gdyż przez cały czas trwania seansu, nie czułem, że obserwuję cywilną wersję Mściciela z Gotham. Filmowy panicz Wayne, większość filmu spędza albo na siedzeniu w cieniu, rozmyślając, lub romansowaniu z Seliną Kyle. Byłbym w stanie zrozumieć pierwszą część, gdyby przed naszym protagonistą pojawiło się nietuzinkowe i autentycznie wymagające zagrożenie. Ale w żadnym wypadku tak nie jest. Wątek walki ze złem, od samego początku do samego końca, wydaje się niezwykle błahy. Niemal pisany na kolanie. Miejsce takiej pisarskiej indolencji jest w kilkustronnicowych komiksach z gazetek dla dzieci. Lecz mimo to, Batman nawiguje w złowieszczych intrygach swoich antagonistów, ze skutecznością dziecka zagubionego we mgle. To ma być jeden z najinteligentniejszych pogromców przestępczości? Nie sądzę. To ta sama sytuacja, z którą mamy do czynienia w przypadku Danny’ego DeVito. Warsztatu aktorskiego Michealowi Keatonowi nie odmówi zapewne nikt. Ale z tak dychawicznym profilem psychologicznym postaci, nie popisze się nawet najlepszy aktor. Dodajmy do tego sceny walki przypominające inscenizacje rodem z Disnaylandu i otrzymamy Batmana, będącego zapowiedzią nadchodzącej ery Schumachera.

Ale scenariuszowe braki Burton nadrabia czymś, w czym prym wiódł jeszcze przez kawał czasu i z czego jest głównie znany do dziś. Kreacja świata, ugruntowana w poprzedniej odsłonie przygód Człowieka Nietoperza, w kontynuacji wygląda równie nieziemsko. Osadzone w dowolnej epoce Gotham przywodzi na myśl najbardziej kultowe gotyckie horrory, filmy noir, czy chociażby nieme klasyki w stylu Metropolis. W przypadku ujęć we wnętrzach, nie sposób nie odczuć inspiracji filmami z okresu niemieckiego impresjonizmu, takimi jak Gabinet Doktora Caligari czy znanemu już szerszej publice Nosferatu: Symfonia Grozy. Dodajmy do tych świetnie skrojonych ujęć cudowną muzykę Danny’ego Elfmana  i seans momentalnie przestanie być ciężki. Zaryzykuję stwierdzenie, że oba te elementy świetnie dają sobie radę osobno. Soundtrack do Powrotu Batmana polecam puszczać sobie w czasie lektury, co ciekawszych przygód Mrocznego Rycerza, a co ładniejsze kadry wydrukować i powiesić nad łóżkiem.

Batman Returns

Pointując ten zestaw narzekań. Nie jest tak, że nie lubię Batman Returns. Seans za każdym razem zapewnia mi sporą dawkę rozrywki i istną ucztę wizualną. Głównym problemem tego filmu nie jest obrana konwencja. Wręcz przeciwnie. Jego głównym mankamentem jest to, że nie jest to film o Batmanie. To najzwyklejsze artystyczne portfolio Tima Burtona. Pomyślcie sami. Surrealistyczna scenografia? Introwertyczny protagonista? Postaci drugoplanowe o facjatach i duszach szarych jak śnieg pod koniec lutego? Niezrozumiany odludek? Fabuła z logiką jarzącą się dopiero gdzieś hen w oddali? Jestem pewien, że Burton nawet nie starał się kontynuować historii, która zapewniła mu kinowy rozgłos. To wielki komunikat do tej właśnie filmowej społeczności, oznajmiający światu jaki jest Burton i jakie będą jego filmy. I właśnie za to go cenię.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[Recenzja] Batman. Klątwa Białego Rycerza

Po niedawno wydanym Tokyo Ghost czy wcześniejszych Chrononautach i Przebudzeniu to kolejny komiks Seana Murphy’ego, jaki można opisać zdaniem fenomenalne rysunki, dużo słabsza fabuła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *