PANTEON / CYKLICZNE / [CYKL] Kącik Science-Fiction #1: Mad Max: Na Drodze Gniewu

[CYKL] Kącik Science-Fiction #1: Mad Max: Na Drodze Gniewu

O tym jakie cudowne były czasy sprzed 4 dekad, mówiłem kilka recenzji temu. Ale na potrzeby dzisiejszego tematu, trzeba nakreślić jeszcze dwa istotne punkty. Mel Gibson, w latach siedemdziesiątych nie miał takiej reputacji jak obecnie a Mad Max nie był istotnym elementem popkultury. Seria co prawda debiutowała na ekranach kin w roku 1979, ale swój status zgarnęła nieco później. Wraz z nadejściem Wojownika Szos, niemal wszyscy jednogłośnie przyklasnęli sobie w duchu, że brakuje im porządnej dawki  kinowej post-apokalipsy. Wraz z nadejściem części trzeciej i całego jej kiczu, entuzjazm nieco osłabł, ale legenda Szalonego Maxa nie została zapomniana. Po 30 latach, o swoją własność upomina się George Miller, człowiek któremu zawdzięczamy tą serię. I czy pomimo upływu lat, nadal jest w stanie z niej coś wykrzesać? Jeszcze ile!

O świadomości działania reżysera, może świadczyć już pierwsza scena. Kilka linijek auto monologu istotnego dla późniejszej fabuły i momentalnie wkraczamy w centrum akcji. Rozpoczyna się morderczy pościg za naszym protagonistą, w którym nie dostaniemy niemal ani chwili oddechu. Mimo że w wydanym kilka tygodni wcześniej Czasie Ultrona narzekałem na szybkie, liczne cięcia, tutaj działają one na korzyść całości. Podkreślają wpływ scenerii na postaci i zabójcze tempo pościgu… Maksymilian zostaje porwany i wbrew własnej woli dołącza do eskadry pustynnych wykolejeńców, wykonujących niezwykle istotną misję. I tutaj zaczyna robić się soczyście. Bowiem im dalej w pustynię, tym wyobraźnia Millera ma większe pole do popisu. Wyruszamy na niesamowitą przejażdżkę, gdzie trup ściele się gęsto, a krew i benzyna leją się hektolitrami.

Ale nie jest to przesycenie bezsensowną naparzanką metalowych części rodem z serii o transformujących się robotach, a pełna napięcia sekwencja, która wgniata w fotel ciało i przyciąga gałki oczne do ekranu. Akcja nie przysłania fabuły, a stanowi jej stabilny rdzeń. Wszystkie relacje między postaciami, zwroty fabularne i dialogi, mają miejsce równolegle do trwającej wyprawy przez jałowe ziemie. Cały jej przebieg, pozwala nam zaobserwować jak nasi protagoniści, bądź nieco czarniejsze charaktery radzą sobie w ekstremalnych warunkach tego motoryzacyjnego pogromu.

A tak ekstremalne warunki naprawdę ciężko byłoby znieść. Miller serwuje nam na zardzewiałej tacy istną wizualną orgię. Mam szczerą nadzieję że w wieku 70 lat, będę równie otwarty na kreacje wyjęte z najgłębszego koszmaru każdego mechanika jak wyżej wspomniany. Samochody o jakich nie śniło się Ghost Riderowi, eksplodujące dzidy, gitara podpięta pod wielki miotacz ognia i kilkanaście kolumn, ruchome maszty do przerzucania wykwalifikowanych żołnierzy… Poziom testosteronu we krwi rośnie od samego widoku tych cudowności. I od efektów dźwiękowych, bo soundtrack jest dobrany wprost perfekcyjnie.


Cała ta uczta dla oczu (i co najwyżej przystawka dla mózgu) nie jest jedyną wisienką na tym torcie wyładowanym cukrem. Bohaterowie przemieszczający się po Drodze Gniewu, to stara szkoła kreowania naszych przewodników po świecie przedstawionym. Ale i w tym jest odrobina nowatorskiego podejścia. Część widzów deklarowała, że w filmie zaskakująco mało uwagi poświęcone zostało głównemu bohaterowi. Na pewno w kwestii dialogów. Większość linii dialogowych niegdysiejszego Wojownika Szos to monosylaby czy nerwowe pomruki. Skrupulatnie licząc, usta Maxa opuszcza może z 20 wyrazów  Ale jeśli się zastanowić, czy było nam potrzebne więcej? Przypomnijcie sobie fakt, że 2 ostatni filmy nie traktowały o samym protagoniście, a raczej jego legendzie. I tak tutaj go się nam pokazuje. Jako herosa, o którym opowieści trafiają z ust do ust. Którego sława dociera do ludzi wcześniej niż on sam… Diabeł tkwi w szczegółach, a w tym szczególe zawarto wszystkie kręgi piekielne.

Na równie istotną postać co tytułowy Maksymilian wyrasta Furiosa. Postać po mistrzowsku zagrana przez Charlize Theron. Jest sarkastyczna, zawzięta, wierna swoim ideałom i rewelacyjnie posługuje się każdymi możliwymi sprzętami, jaki jest niezbędny do przeżycia na pustynnym bezkresie. Ponadto, to troskliwa kobieta, która ma za sobą odciskające wyraźne piętno przeżycia, co owocuje powstaniem autentycznej i wiarygodnej więzi z resztą swojego „oddziału”. Nie szukajmy tutaj oscarowych relacji międzyludzkich, bo i tak dostaniemy o wiele więcej niż zazwyczaj…

Godnym podziwu ruchem jest tutaj także ewolucja jednego z (wydaje się) drugoplanowych bohaterów. Jeden z Trepów z biegiem fabuły zmienia swój system wartości, buduje zaufanie względem innych i samego siebie. Ewolucja taka pojawiła się już nie raz, ale dzięki sprawnie nakreślonemu scenariuszowi i świetnej grze Nicholasa Houlta, Tux na długo zapadnie widzom w pamięć. O antagonistach mówić chyba nie muszę. Zarówno Immortal Joe ze swoim świetnym designem, renomą społeczną i klimatycznym głosem, jak i jego sługusy czy kompani pełni skrajności, to kwintesencja filmowej przesady i groteski w najdoskonalszym wydaniu. Biję pokłony przed projektantem tych ludzkich abominacji.


Słowem zakończenia tej euforycznej wypowiedzi. Mad Max – Na Drodze Gniewu jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto tytułuje się fanem kina rozrywkowego. Wykracza daleko poza bariery standardowego blockbustera, zostawiając konkurencję kilometry za sobą. Jeśli George Miller będzie kontynuował dziedzictwo Wojownika Szos równie umiejętnie jak teraz, jak najszybciej rezerwuję bilet na Mad Max – Wastelands.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

Kto wygra Oscary 2018?

Rozdanie nagród Akademii Filmowej to ekscytujący czas dla każdego miłośnika Hollywood. Krytycy filmowi od miesięcy …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *