PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / Kruk – Ostatni Film Brandona Lee

Kruk – Ostatni Film Brandona Lee

Wokół filmu The Crow krążą legendy. Niestety, nie do końca z właściwych powodów. Podczas produkcji zginął odtwórca głównej roli, syn popularnego aktora kina akcji Bruce’a Lee – Brandon. Stało się to jednak w momencie gdy większość scen z młodym Lee została już nakręcona, dzięki czemu produkcja mogła zostać dokończona, a widzowie otrzymali historyczną okazję obejrzenia filmu uważanego dziś za dzieło kultowe.

Jest to pierwszy i niestety ostatni wart uwagi film oparty na komiksach Jamesa O’Barra. Jego fabula skupia się na tajemniczym łączniku między światem żywych i umarłych – Kruku oraz ludziach obdarzonych przez niego możliwością zemsty za wyrządzone im za życia krzywdy. Wątpliwi „szczęśliwcy” wstają z grobów, by dopaść swych prześladowców, a następnie w spokoju na dobre odejść z naszego świata. Rok 1994 to dla mnie ważna data, wtedy bowiem zadebiutował mój ulubiony film na podstawie komiksów, którym naturalnie był właśnie był Kruk. Solidna, miażdżąca klimatem historia, która dziś jest niesłusznie pomijana w rozmaitych rankingach najlepszych, komiksowych produkcji. Rewelacyjna sceneria, muzyka i klimat zostały historycznie przysłonięte przez wspomnianą wyżej nietypową tragedię.

Zapewne zastanawia Was, cóż za legendy krążyły wokół tego filmu. Jak napisałem na początku, wszystko wiąże się ze śmiercią najważniejszego członka obsady. Miłośnicy paranormalnych teorii spisku, doszukiwali się w historii tej produkcji działania złych duchów. Jeszcze zanim zginął Brandon, pracownicy borykali się z rozmaitymi problemami, takimi jak pożary, czy choroby i dotkliwe wypadki członków ekipy realizacyjnej. Domyślacie się zapewne jakim paliwem paranoicznej machiny medialnej musiała być śmierć głównej gwiazdy.
Dodatkowo symboliczny wydaje się fakt, że to dramatyczne zdarzenie miało miejsce podczas kręcenia sceny, w której faktycznie grany przez Brandona bohater – Eric Draven – testował swą nieśmiertelność. Jednak jedna z kul jakimi nabity był  pistolet wykorzystany w scenie, która zakończyła się realnym dramatem, okazała się prawdziwa. Lee zastrzelony został przez innego aktora z broni używanej wcześniej jako rekwizyt. Krew i łzy się przelały, a umocniona tymi zdarzeniami metafizyczna zagadka krążąca wokół filmu od samego początku, przylgnęła do niego na stałe. Osobiście jestem szczerze uczulony na nadawanie wszystkiemu ukrytego, „magicznego” sensu i uważam, że Kruk zostałby zapamiętany nawet bez bagażu tych głośnych i tragicznych wydarzeń.

Po premierze pierwszej części, wiele osób próbowało wskrzesić komiks O’Bara zarówno w kinie jak i telewizji, niestety zawsze z tym samym, mizernym skutkiem. Jak dotąd film z 94′ w reżyserii Alexa Proyasa pozostaje niedościgniony i szczerze wątpię, by miałoby się to kiedykolwiek zmienić. Od kilku lat plotkuje się o pracach nad realizacją remake’u serii, a jedyne, co pojawia się nowego w kontekście tej produkcji, to rezygnacje z projektu kolejnych aktorów. Niestety jak dotąd The Crow pozostaje filmem udanym tylko za pierwszym razem, żadna z kontynuacji nie była w stanie sprostać oczekiwaniom fanów. Czy może „klątwa” ciążąca na pierwszej części nadal działa?

Na czym dokładnie opierał się film Proyasa? Niejaki James O’Barr, scenarzysta i rysownik komiksowy, podczas pracy przy magazynie Deadworld wydawnictwa Caliber, na tylnej stronie okładki dziesiątego numeru umieścił swój rysunek z pewną tajemniczą postacią. Biała cera, niepokojący makijaż oraz dłuższe, roztrzepane włosy z miejsca mogły wzbudzić zainteresowanie. Specyficznie wyglądająca postać trzymała różnego rodzaju bronie, a w lewym, górnym rogu okładki widniał napis „Dla pewnych rzeczy… nie ma przebaczenia!”. Był to listopad 1988 roku, O’Barr rzeczonym rysunkiem właśnie zapowiedział największy sukces, jaki odniósł jako twórca komiksów. Rok później, lutego 1989 roku, Kruk doczekał się w końcu swojej własnej historii obrazkowej.

Mówi się, że każdy scenarzysta parający się niewdzięcznym fachem komiksiarza tworzy najlepsze historie, gdy przemyca do nich swoje własne emocje i doświadczenia. James O’Barr, twórca pierwowzoru filmu, do dzieci szczęścia nigdy nie należał. Liczne tragedie – osobiste i zaobserwowane w lokalnej społeczności – miały pośredni wpływ na jego kreatywność. Osobiście doszukuję się tu wyjaśnienia, jakoby Kruk, zarówno w filmie i komiksie, był historią bardzo przygnębiającą nie bez przyczyny. Zdają się to potwierdzać wywiady z autorem.

Dziś zdecydowana większość filmów na podstawie komiksów kojarzona jest z możliwością oderwania się od rzeczywistości, prawdziwego relaksu, oglądania wizji świata, który mimo kolosalnych trudności zawsze potrafi znaleźć promyk nadziei. Nasz protagonista Eric, dostaje jedynie szansę na zemstę. Nie będzie przebaczenia, drugiej szansy, a jedynie zimne wyrównanie rachunków. Nie przeszkodzi mu to jednak, w próbach naprawiania życia innych, których spotka na swojej drodze. Historia Erica Dravena, pierwszego komiksowego Kruka i głównego bohatera filmu, jest bardzo emocjonalna i wzruszająca. Jak wspominałem wcześniej, twórca postaci twierdził, że proces powstawania The Crow uwydatniały jego burzliwe emocje, które przelewał na każdą stronę komiksu. Istotnie, widać to w każdym kadrze, a film przenosi te uczucia z niekwestionowaną kompetencją.

Akcja rozpoczyna się od tragedii, jaka spotyka głównego bohatera i jego narzeczoną. Eric Draven i Shelly Webster zostają zamordowani w swoim mieszkaniu. Konająca Shelly w ostatnich sekundach życia martwi się o swojego ukochanego nie wiedząc, że jej wybranek jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i wróci, by dokonać zemsty za to co im się stało. Tytułowy Kruk, awatar Ducha Zemsty jest zatem idealną okazją, jaka mogła spotkać tak zranionego człowieka.

Od tego kluczowego wydarzenia w życiu/śmierci protagonisty (mającego miejsce w przeddzień Halloween) mija rok. Winowajcy zdążyli zapomnieć o swoim uczynku, a policyjny stempel na aktach spraw „nie do końca” wyjaśnionych już przyschnął. Eric powstaje zatem z grobu i rozpoczyna swoją krucjatę przeciwko dawnym oprawcom. Świetnie zrealizowane sceny asymilacji wskrzeszonego Erica z rzeczywistością, w której właściwie nie jest już człowiekiem, a mordercy jego narzeczonej szczęśliwi chodzą wolno, od razu nakreślają nam ton filmu nie gorzej niż tragedia z pierwszego aktu.

Film nie tylko jest wizualnym majstersztykiem, ale dzięki bardzo osobistemu klimatowi każda scena, jest nacechowana silnymi emocjami. Widząc Erica wysadzającego budynki w powietrze, grającego wśród gotyckiej scenerii na gitarze, czy podczas efektownej walki na dachu kościoła nie widzimy tylko dobrze zakrojonej akcji, pięknych, mrocznych plenerów, jesteśmy także emocjonalnie zaangażowani w cel wskrzeszonego mściciela. Razem z nim nienawidzimy jego przeciwników, doskonale zaprojektowanych przez scenarzystę i reżysera. Sztuka, która udaje się tylko w najlepszych filmach akcji. Wszystko ma swój określony cel, realny, z którym możemy się swobodnie utożsamić. Kto bowiem w tej sytuacji nie chciałby po prostu dokonać krwawej zemsty, a nie  ubrać fikuśnego stroju i wymierzać sprawiedliwości innym, niezwiązanym z osobistą sprawą przestępcom (jak popkultura w ostatnich latach intensywnie eksponuje)?

Wspomniana wcześniej warstwa wizualna zagwarantowała co najmniej 40% sukcesu. W filmie nie brakuje pięknych ujęć, a prawdziwym rodzynkiem jest oglądanie miasta z oczu lecącego Kruka. Klaustrofobiczny klimat powinien skutecznie zachęcić fanów filmów Tima Burtona, który kilka lat wcześniej podczas premiery swojego pierwszego Batmana (1989 rok) stworzył równie klimatyczną i mroczną scenerię. Nie znalazłem jednak nigdzie informacji, jakoby Alex Proyas miałby się w tej kwestii inspirować stylem Burtona. Do dziś bardzo intryguje mnie, czy Proyas zapoznał się z filmami Burtona przed kręceniem The Crow.

Choć Kruk jest historią przede wszystkim o emocjach, takich jak zemsta i miłość, nie mogło zabraknąć wspomnianej wyżej akcji. Eric Draven zostaje w pewien sposób „ulepszony” przez ducha zemsty, co sprawia, że może pozwolić sobie na trochę więcej niż normalny człowiek. W finalnym akcie filmu nie brakuje zatem bijatyki, w której Eric mierzy się z szefem przestępczego podziemia, wyglądającym jak ówczesny archetyp czarnego charakteru. Groźny, zachrypnięty głos, eleganckie ubrania, i… długie włosy. Lata dziewięćdziesiąte miały swoje prawa, i mało który film z tamtego okresu uniknął ich wpływu.
Pojawiały się także inne klisze, jak niedowierzający, praworządny policjant, czy zagubiona dziewczynka znajdująca oparcie w naszym mścicielu, szukająca ucieczki od trudnej sytuacji rodzinnej. Ciężko mi jednak patrzeć na nie krytycznym okiem, mając świadomość czasów, w których powstawał film i jego pierwowzór oraz faktu, że mimo tego potrafił się z nimi obejść z gracją, dobrze wpisując je w całą historię jednocześnie utrzymując jej wyjątkowy, osobisty klimat. Brandon Lee spisał się świetnie w swojej roli, realistycznie oddając złamanego człowieka pragnącego zemsty. Wspomniany antagonista, niejaki Top Dollar (zagrany przez Michaela Wincotta), mimo, że z dzisiejszej perspektywy delikatnie trąci myszką, będąc jednym z tysięcy filmowych „szefów gangu”, jest bardzo charyzmatycznie odegrany, a jego finałowy pojedynek z Ericem doskonale zwieńcza całą fabułę filmu.

Oprawa dźwiękowa była ważnym elementem artystycznego sukcesu The Crow. Jako że główny bohater jest rockmanem, oczywistym było, iż właśnie ten gatunek muzyki odegrał rolę wzbogacającą udźwiękowienie filmu. W filmie wykorzystano utwory takich artystów jak Jane Siberry, Machines of Grace, Nine Inch Nails, Rage Aganist The Machine, Violent Femmes, Rolling Band, Helmet, Pantera, For Love Not Lisa, My Life with Thrill Kill Kult, The Jesus and Mary Chain, jednak największymi hitami z atrakcyjnego soundtracku Kruka okazały się utwory Big Empty zespołu Stone Temple Pilots, oraz Burn zespołu The Cure.

Niezapomniany klimat, obsada, muzyka, sceneria oraz legendy, którymi obrósł film zapewniła Krukowi nie tylko godne miejsce w historii adaptacji komiksowych, ale i ikon fantastycznych w ogóle. Jednak na kult, jakim otoczona jest ta produkcja w pewnych kręgach, film zapracował sobie sam. Miejmy nadzieje, że „klątwa Kruka” w końcu ustanie, i Eric Draven powróci na ekrany kin raz jeszcze, by w nowej, kompetentnej interpretacji, ponownie dokonać zemsty i pomścić ukochaną.

AUTOR Błażej Deja

Już sama propozycja że musi napisać coś o sobie niemiłosiernie go męczy.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[FELIETON] Mistrz Snyder kontra Komiksy

[Uwaga – w artykule przewidziane liczne dawki ironii i malkontenctwa.] Studio filmowe „mrok, patos, dewastacja …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *