PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [FELIETON] Jak Zack Snyder zabił Śmierć Supermana?

[FELIETON] Jak Zack Snyder zabił Śmierć Supermana?

Rok 1993. Superman #75Człowiek ze Stali kona w kałuży krwi. Obok niego leży bestia, która zwiastowała zagładę ludzkości. Ostatni Syn Kryptonu stoczył swój największy bój, po raz kolejny uratował planetę, która go adoptowała. Jednak za to zwycięstwo zapłacił najwyższą cenę. Nad jego ciałem płacze Lois Lane, Metropolis… i cały Świat. Ale zapłakali także fani komiksów. Bohater, którego w ciągu 55 lat uwielbiły miliony czytelników nie żyje….

Rok 2016. Batman v Superman: Dawn of Justice Superman zginął…. w drugim filmie, który nawet nie był w pełni o nim… Zacku Snyderze, coś Ty, do stu tysięcy galonów pomyj, narobił?

Echa Batman v Superman nie milkną, choć od premiery minęły blisko dwa miesiące. Przez film przetoczyło się tsunami krytyki, ale i pochwał, głównie ze strony fanów, obraz otrzymał bez liku. Dla mnie film Snydera jest nierówny do tego stopnia, że gdy ktoś zapyta mnie czy mi się podobał, to nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć. Film łączy momenty czystej zajedwabistości z miejscami gdzie aż chce się zgrzytać zębami ze zgryzoty. Więc jeżeli mam wyliczać jakąś średnią tych elementów to film wychodzi lekko na plus. No ale to nie jest recenzja filmu.
Zack Snyder już przy Man of Steel pokazał, że ostro sobie pogrywa z interpretacją komiksów i decyduje się na odważne (a dla niektórych wręcz obraźliwe) kroki. Man of Steel bronię jak niepodległości, bo uważam go za świetny film i jest on w mojej ścisłej czołówce filmów superhero. Dawałem kredyt zaufania Snyderowi, wybaczam mu zabijającego Batmana, chybionego jak gol dla Polski Luthora, ale zmarnowania potencjału jednego z najbardziej ikonicznych momentów w historii komiksu nie mogę mu darować…

Obecnie prawie każdy znany superbohater przeszedł przez śmierć niczym dziecko przez świnkę. Ale w latach 90-tych nie uśmiercano herosów na taką skalę jak dziś, a już na pewno nikt nie wysyłał Kostuchy po postaci takiego formatu jak Kal-El. Komiks The Death of Superman zestarzał się dość wyraźnie. Lektura bywa siermiężna, a estetyka lat 90-tych dziś trąci kiczem, zaś graficznie nie był to popis nawet w chwili premiery. Jednak siła tej historii leży w dwóch ostatnich zeszytach, kiedy to Człowiek Jutra podejmuje ostateczny pojedynek z Doomsdayem.

Dlaczego Snyder tak spektakularnie położył adaptację tego legendarnego wątku?

Na początek Doomsday. Czym w ogóle jest ta abominacja? 250 tysięcy lat przed pojawieniem się humanoidalnych istot, Krypton był niegościnną planetą o ekstremalnie surowym klimacie. Naukowiec Bertron, chcąc stworzyć istotę doskonałą, zdolną do zaadaptowania się w każdym środowisku, przeprowadził serię testów na humanoidalnym niemowlęciu. Dziecko zostało wysłane na teren, w którym panowały określone warunki, a po jego śmierci Bertron zbierał zwłoki i klonował z nich kolejne, które ponownie rzucał na pastwę losu. Ten proces powtarzany był przez dekady a odporność zapisywała się w kodzie genetycznym istoty wraz ze wspomnieniami pełnymi cierpienia. Tak powstało stworzenie, którego instynkt napędzany był pogardą do życia i prymitywną żądzą anihilacji.

Nowo powstały stwór nazwany The Ultimate był potężną istotą o szarej skórze, uzbrojoną w kostne kolce i guzy, które wyrastały z jego ciała na skutek otrzymywanych obrażeń. Potwór terroryzował faunę Kryptona aż w końcu zamordował swojego stwórcę i uciekł z planety na frachtowcu dowożącym zapasy dla Bertrona. Przez 240 tysięcy lat Ostateczny siał spustoszenie kosmosie, aż w końcu został pokonany przez mieszkańców planety Calaton. Calatończycy przekonani, że potwór nie żyje uznali go za niegodnego pochówku na ich planecie i ciało, zabezpieczone specjalnym kombinezonem i zamknięte w metalowym sarkofagu, wystrzelono z powrotem w kosmos. Ostatecznie, The Ultimate wylądował na Ziemi gdzie po kilku tysiącach lat przebudził się i wyzwolił z okowów.

Teraz film…

Witajcie w Gotuj z Luthorem! Dziś przygotujemy coś nie z tej Ziemi! Do przygotowania Doomsday’a będzie potrzebny:

  • 1 mrożony generał Zod
  • Kilka kropel krwi obłąkanego geniusza
  • W miarę sprawny kryptoński krążownik

Dusić w kokonie przez kilka godzin aż zacznie przypominać trolla z Władcy Pierścieni.

Jak widać, ciekawy koncept z komiksów został sprowadzony do leniwego motywu a’la Frankenstein. I oczywiście wiem, że zmiany w adaptacjach bywają nieuniknione. Ba, te zmiany często są wręcz wskazane by służyły ogólnej koncepcji filmu. Dlatego np. oddanie Talii al Ghul originu Bane’a w The Dark Knight Rises okazało się zaskakującym plot twistem a stworzenie Ultrona przez Tony’ego Starka (a nie Hanka Pyma) umożliwiło wprowadzenie tej postaci do MCU w sposób klarowny dla widzów. Bo widownię filmów superbohaterskich tylko w pewnym procencie tworzą ludzie znający komiksy lepiej niż abecadło. Oczywiście, nie może to być wymówką w sytuacji, gdy pewien motyw zostanie po prostu stłamszony i pozbawiony sensu podczas transferu z komiksu na film. Niestety, Doomsday w filmie został potraktowany w taki sam sposób jak Bane w po wsze czasy potępionym Batman & Robin. Już drugi raz postać, która zasłynęła jako ostateczne zagrożenie dla wielkiego bohatera, została sprowadzona do roli bydlaka, który ma jedynie zebrać efektowny oklep i jego obecność nie jest uzasadniona fabułą a ‘widzimisię’ scenarzysty. „To ten koleś co zabił Supermana? Dawaj go! Będzie zabawa” – powiedział zapewne Snyder do Davida S. Goyera. Ponadto, filmowy Doomsday wygląda po prostu fatalnie – niczym dziecko wspomnianego trolla jaskiniowego i The Abomination z ostatniego filmu o Hulku… Jest tak generyczny, że nawet kosmici ze Znaków poczuliby się przy nim zjawiskowi.

Problem polega na tym, że pojawienie się Doomsdaya wcale nie musiało tak wyglądać. Ale kiepską genezę można by jeszcze przełknąć. Prawdziwym problemem jest sam fakt uśmiercenia Supermana w filmie. Jest to jedna z najbardziej pomylonych decyzji w historii adaptacji komiksów….

Dlaczego śmierć Supermana w komiksie była czymś tak wielkim?

Odbiorcy nie byli jeszcze przyzwyczajeni do zgonów swoich idoli. W ciągu 55 lat całe pokolenia czytelników pokochały Człowieka ze Stali i utożsamiły się z tą postacią dzięki setkom przygód, które śledzono z wypiekami na twarzy. The Death of Superman  była silnym strzałem w facjatę dla fana. W pewnym momencie, atmosfera pokoju zostaje zburzona. Pojawia się zagrożenie, którego nikt się nie spodziewał – nieznana kreatura, której nie jest w stanie powstrzymać nawet JLA. Superman musi wziąć na siebie tą odpowiedzialność i powstrzymać marsz potwora na Metropolis. Wyzwanie okazuje się być tak wielkie, że sam bohater obawia się czy przetrwa tę walkę.

Filmowa wersja każdej postaci musi pracować na swoją renomę od zera. Henry Cavill jest świetnym Supermanem i w moim osobistym rankingu stawiam go obok legendarnego Christophera Reeve’a. Niestety, po chłodnym przyjęciu Man of Steel nowy eS potrzebował kolejnej szansy by publiczność obdarzyła go pełną sympatią. W Batman v Superman Kryptończyk wciąż walczy o zaufanie Świata. Część ludzkości wielbi Supermana, ale pozostali nadal pamiętają bitwę o Metropolis i widzą w Kal-Elu nieobliczalnego półboga. W bitwie ze stworzonym przez Luthora Doomsdayem, Superman poświęca się przebijając potwora kryptonitową włócznią, przyjmując jednocześnie cios w klatkę piersiową.

W komiksie Superman odbył największy bój w jego wieloletniej karierze obrońcy Ziemi. Walka z Doomsdayem była jak pojedynek bokserski. Obaj rywale mieli z założenia równe szanse. I tak jak bokserzy walczą o pas mistrzowski, tak Kal-El walczył o życie cywili. Walka toczyła się przez wiele godzin. Jej dramat  polega na tym, że widzimy jak czempion Ziemi opada z sił, odnosi kolejne rany, a jego kostium zamienia się w postrzępiony łachman. Clark walczy ze zmęczeniem, powtarza sobie w myślach jakie będą konsekwencje gdy zawiedzie. Jego determinacja osiąga absolutne maksimum. Ostatnie chwile bohatera obserwuje cały świat, jego przyjaciele, rodzina oraz miłość jego życia. To oni rozpalają w jego umyśle wolę walki, której jego ciało utrzymywać już nie może. Wszystkie te emocje czuje również czytelnik. Właśnie dlatego nawet dziś, gdy na ostatnich stronach tego komiksu, Superman umiera w ramionach Lois Lane czuć powagę tej historii. Zapominamy, że teraz Kal w komiksach ma się całkiem dobrze, bo właśnie nadszedł dzień, w którym umarł Superman.

Zabicie eSa w filmie było dla mnie zaskoczeniem, ale nie takim jakiego bym sobie życzył. Naprawdę, jest to nie do pomyślenia, że bohater, który dotychczas dostał jeden solowy film, zostaje uśmiercony w finale swojego drugiego występu. Śladowe ilości historii Knightfall oraz No Man’s Land w ostatnim filmie o Batmanie od Christophera Nolana spełniły swoje zadanie, ponieważ cały film był zwieńczeniem opowieści o bohaterze i jego mieście, którą widzowie obserwowali od 7 lat i byli związani z tym światem. Pomysł Snydera okazał się pomyłką, ponieważ mamy kompletnie w poważaniu to czy Superman ginie. Zagrożenie pojawia się, podczas gdy nie opadły jeszcze emocje po głównym konflikcie tego filmu, czyli pojedynku z Batmanem. Walka z Doomsdayem z 1993 roku była bardzo osobistym wydarzeniem dla Ostatniego Syna Kryptonu, tak jak wydarzenia z Zabójczego Żartu dla Batmana, czy to co przydarzyło się Spider-Manowi w Ostatnich Łowach KravenaRobiąc z tego wydarzenie mające na celu spiknięcie Batmana, Supermana i Wonder Woman, Snyder zmarnował potencjał na przyszłe filmy o Kryptończyku. Jego śmierć jest bezcelowa, ponieważ wiemy, że Superman powróci w trymiga, czego twórcy nawet nie ukrywają. Śmierć bohatera jest czymś wielkim, gdy mamy choć cień iluzji, że może on nie powrócić. Tymczasem, Snyder pomachał nam przed oczami lewitującymi nad trumną Clarka grudkami ziemi, a Henry Cavill strzela sobie selfie z planu Justice League. Pomijam już fakt, że Doomsdaya można było powalić w inny sposób niż na metodę kamikaze. Jaśnie już nam niepanujący Pan Reżyser wykorzystał ikoniczny motyw najwyraźniej po to żeby:

  • W szybki sposób sprawić, żeby świat polubił Supermana.
  • Umiejscowić Batmana na piedestale filmowego uniwersum.
  • Przegonić Marvela upychając 5 ważnych motywów w jednym filmie.

Jeżeli moje spekulacje są trafne to każdy z tych powodów to kolosalna bzdura. Superman to nie jest Michael Jackson, z którego przestano się śmiać dopiero po jego zgonie. Potencjał tej postaci jest tak ogromny, że motyw odzyskania zaufania ludzkości można było przeprowadzić na 1000 innych sposobów, a najlepiej wypadałoby to załatwić już w Man of Steel. Drugi zarzut akurat potwierdził sam Zack, mówiąc w wywiadach, że według jego wizji Batman powinien założyć i prowadzić Ligę. OK, Gacek jest najbardziej opłacalną marketingowo postacią DC, więc trzeba to przeboleć. W końcu w MCU też wszystko zdaje się kręcić wokół Tony’ego Starka. Trzeci zarzut smuci najbardziej. Warner chce dogonić Marvela, ale oczywistą rzeczą jest, że nie zrobi tego jeżeli zależy mu na sprawnym budowaniu uniwersum i jednocześnie, tworzeniu przyzwoitych filmów. Śmierć Supermana powinna być tematem najwcześniej trzeciego solowego filmu o Kal-Elu. Byłoby wystarczająco dużo miejsca na godziwe przedstawienie genezy Doomsdaya i wspaniałą kulminacyjną walkę z dramatycznym zakończeniem. Wtedy byłoby to coś, czego Marvel dotąd nie odważył się zrobić. Gdyby Kevin Feige pozwolił na uśmiercenie Kapitana Ameryki w Wojnie Bohaterów, to myślę, że reperkusje byłyby piorunujące i wprowadziłyby potężną dawkę emocji w będącym, według mnie, w mocnej stagnacji świecie MCU.

Jest mi strasznie przykro, że tak ikoniczny moment z komiksów został nieodwracalnie zaszlachtowany. Zmarnowanie potencjału Doomsdaya, choć przykre, aż tak nie boli. Śmieć Supermana mogła zostać świetnie pokazana nawet bez udziału kreatury, co zostało zrobione np. w odcinku animowanej Justice League pt. Hereafter, gdzie Superman ‘ginie’ z ręki Toymana. Pogrzeb Człowieka ze Stali został ukazany wyśmienicie, a mówimy tu o kreskówce. Wszelkie zabiegi mające na celu przekonać nas, że Superman naprawdę zginął spalają na panewce i są absolutnie nieautentyczne. Nie pomaga smutna muzyka gdy Batman opuszcza martwe ciało Supermana (w dodatku w scenie stylizowanej na motyw zdjęcia Chrystusa z krzyża), nie rusza nas żołnierski pogrzeb przy dźwiękach Amazing Grace, nie wierzymy w łzy mieszkańców Metropolis, a ckliwy napis na płycie pamiątkowej głoszący Jeżeli szukasz jego pomnika, rozejrzyj się dookoła, ma w tej sytuacji mniej więcej taką siłę przekazu jak slogany Telezakupów Mango.

Naprawdę chciałbym zobaczyć jak jeden z moich ulubionych bohaterów walczy do ostatniej kropli krwi, jak pod ciosami tytanów drży ziemia, oglądać cały majestat tej walki. Już tego nie dostanę. Nie zobaczę poszarpanej peleryny Supermana powiewającej na palu niczym stargany sztandar poległej armii. Nie będzie łez Lois Lane, w szczerość których uwierzę. Nie zobaczę jak za trumną Supermana maszerować będzie korowód superbohaterów i wtedy posłuchać pięknego Amazing Grace. Snyder w swoim gargantuicznym apetycie na upychanie odniesień do komiksów pożarł ten wspaniały moment i zostawił nam, fanom Człowieka ze Stali, niesmaczne resztki.

AUTOR Rafał "Kujaw" Olejko

Lubi pisać o różnych rzeczach, ale o sobie akurat niespecjalnie. Uważa, że Man of Steel to dobry film i nienawidzi humoru w filmach Marvela, więc to wystarczający powód by go nie lubić.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Batman: Imposter

W związku z wejściem do kin Batmana z Robertem Pattinsonem w roli Mrocznego Rycerza internet …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *