PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / FILMY / [FELIETON] Filmowy Ranking Roku 2015

[FELIETON] Filmowy Ranking Roku 2015

Ostatnimi laty, środowiska „około-geekowskie” są całkiem nieźle rozpieszczane przez filmowców zza Wielkiej Wody. Rok 2015 obfitował w wiele blockbusterowych premier, lecz jak wszyscy wiemy, to że film jest drogi nie znaczy, że jest dobry. Wiemy także doskonale, że twórcy już od dawna nie mają zbyt wiele autorskich pomysłów, więc na brak ekranizacji, sequeli, adaptacji, remake’ów i rebootów wszelkiej maści też nie powinniśmy się skarżyć. Bez obaw, nie będziemy tacy krytyczni, bo i parę oryginalnych pomysłów w minionym roku pojawiło się na ekranach polskich kin. Do czego zmierzam? Do subiektywnej odpowiedzi na pytanie: co z tego zestawu wytworów kinematograficznych jest godne uwagi, a co wręcz przeciwnie? Odpowiedź zamierzam przedstawić w dwóch rankingach Top 5 – Najlepszych i Najgorszych Filmów 2015.
Oczywiście zachowując specyfikę naszej strony, pominę dramaty społeczne, biografie, czy inne produkcje aspirujące do „tych ważnych” nagród filmowych. Choć i nieco bardziej górnolotnych produkcji się nie ustrzegę.

TOP 5 NAJGORSZYCH

Chappie. To może być odebrane nieco zbyt negatywnie, ale pozwólcie mi się wytłumaczyć. Po rewelacyjnym Dystrykcie 9, względem Neilla Blomkampa można było mieć ogromne wymagania. Jego kolejny twór – Elizjum, byłem skłonny potraktować jako lekki poślizg, który nie umniejszy talentu młodego reżysera. Lecz Chappie, dokumentnie pogrzebał szanse Neilla, na zerwanie ze swoimi schematami. Istotnie, estetyka slumsów kontrastujących z nowoczesną technologią jest intrygująca, ale jeśli wyłącznie scenografią próbujemy kreować cały świat przedstawiony, nie mamy co liczyć na zainteresowanie widza. Fabuła jest niezwykle schematyczna, co można było zauważyć już w zwiastunach. Lecz nawet tak banalna historyjka o robociku uczącym się świata wali się pod ciężarem własnych wątków pobocznych, absurdalnych decyzji bohaterów, czy kiepskiej gry aktorskiej. Jeśli interesują Was ciekawe ujęcia, które równie dobrze wypadną jako grafiki koncepcyjne, nie wahajcie się obejrzeć. Jeżeli natomiast, zależy Wam na ciekawym podejściu do tematu sztucznej inteligencji, to odsyłam do poniższego zestawienia, a Chappiego zostawcie w spokoju.


Jupiter Intronizacja. Podajcie mi proszę tytuł dowolnego (poza Matrixem) filmu Wachowskich, który jawnie i bez skrępowania można określić mianem „dobry”… No właśnie. I Jupiter Ascending wpisuję się w formułę pozostałych produkcji rodzeństwa, które zasługują co najwyżej na przelotny seans w telewizji. Lista zarzutów ciągnąć się będzie kilometrami, więc skupię się na najważniejszych elementach tego „dzieła sztuki”. Fabuła? Zagmatwana i niezdatna do ogarnięcia przez umysł najwytrwalszego z widzów. Estetyka? Intrygująca, ale kradziona z każdego możliwego medium, jakie zawiera w sobie elementy eksploracji kosmosu. Gra aktorska? Nikt w czasie seansu nie wzbudza naszego zainteresowania, poza wybitnie przerysowanym i kuriozalnym ponad wszelką miarę Eddiem Redmaynem w roli Balema. Nicholas Cage byłby dumny. Soundtrack? To jakiś był? Nic nie zapamiętałem. Nie jest to film obrażający inteligencję odbiorcy, ale jeżeli jesteście narąbani i nie macie czym się zająć siedząc samemu w domu, to zamówcie pizzę i włączcie najnowszy film Wachowskich. Na trzeźwo nie wyciągniecie z niego wiele więcej.


Terminator: Genisys. Saga o T-800 nie była w szczególnie dobrym stanie przez ostatnie lata. Dwie pierwsze części może i bronią się nadal, lecz trzecia i czwarta nie dorastają im do pięt. Producenci z Paramount Picures w teorii byli świadomi takiego obrotu spraw i uznali, że spróbują wymazać ostatnie sequele i napiszą fragment historii od nowa. Ale patrząc na efekt ich pracy wolałbym nie tylko w kółko oglądać Bunt Maszyn oraz Ocalenie, ale bez mrugnięcia okiem dać się zniszczyć przez zmasowane siły Skynetu. Jakim cudem przeszliśmy z klimatycznego filmu akcji, opatrzonego świetnymi efektami specjalnymi i nowatorskim podejściem realizacyjnym, do auto-karykatury, która nie nosi żadnego śladu autentycznej pasji twórczej? Niezbadane są wyroki Hollywoodzkie. Arnold odgrywa parodię samego siebie, Skynet to zła wersja IOS-u, Jai Courtney po prostu jest, Emilia Clarke nie ma w sobie choćby pierwiastka charyzmy, między bohaterami nie ma chemii a efekty wyglądają gorzej niż 24 lata temu. Czy to mało by znienawidzić ten film? Jeżeli filmy z serii Terminator, leżą wam na sercu, nie zabierajcie się za ten syntetyczny wyrób filmopodobny. Bowiem budzi on jeszcze mniej emocji niż tytułowy bohater. Mam tylko nadzieję, że w sequelu T-800 cofnie się w czasie by zlikwidować nie Sarę Connor, a twórców tego bubla.


Pixele. Do Adama Sandlera i jego filmów, staram się zachować rozsądny dystans (ok. 20 000 kilometrów, w przybliżeniu). Trafia się jednak taki dzień, że z człowieka wychodzi wewnętrzna autocierpiętnicza potrzeba, która może przybrać formę chęci obejrzenia kolejnej produkcji od Happy Maddison. I sama ta nazwa w tytule, powinna wystarczyć za mini recenzję. Płytkie i stereotypowe dowcipasy, wręcz obrazoburcze podejście do zwolenników starych arcade’owych gier, fabuła pozbawiona najmniejszej logiki, adwersarze który przybierają formę pikselowych kreatur zupełnie bez przyczyny. Jaki z tego morał? Graj w gry, a może kiedyś będziesz fajny. Cóż, nadzieja umiera ostatnia… Nie pomagają tutaj nawet występy takich postaci jak Peter Dinklage (który był zaskakująco irytujący) czy Tory Iwatani, który odpowiada za postać Pacmana. Jedyne co mnie zaskoczyło, to fakt, że Pan Iwatani nie wydziedziczył swego syna po występie w tym czymś. Gdybym był gamerem, poczułbym się urażony ze zdwojoną siłą. Ale jestem standardowym widzem, który i tak ma prawo pogardzać tym tworem. Jeśli koniecznie chcecie oglądać 8-bitowe kreatury niszczące metropolię, odpalcie oryginalną krótkometrażówkę. Trwa jakieś 40 razy krócej, ale przyjemności jest w niej o wiele, wiele więcej.


Fantastyczna Czwórka. Każdy wiedział, że ten film zawiedzie fanów. Każdy wiedział, że minie się z materiałem źródłowym. Każdy wiedział, że Josh Trank wykopie sobie grób, podejmując się realizacji tego projektu. Każdy wiedział, że dla nowej Fantastycznej Czwórki nie ma miejsca w panteonie filmowych hitów. I co ciekawe, wszyscy mieli rację. Od dawna nie widziałem filmu źle zrealizowanego w dosłownie każdym aspekcie. Utalentowani aktorzy, nie pokazują za grosz talentu. Scenarzyści nie wiedzą z jakimi postaciami mają do czynienia. Specjaliści od efektów specjalnych, nie mają nic do roboty. A Trank załamuje tylko ręce i opowiada o świetnym filmie, którego nigdy nie zobaczymy. Ręczę na słowo, dokument o powstawaniu tego filmu, będzie o wiele ciekawszy niż wszystkie poprzednie ekranizacje przygód Pierwszej Rodziny Marvela. To imponujące i zarazem smutne, gdy musimy obserwować realizację takich drogich projektów, podczas gdy możliwość wydobycia z tej historii choć odrobiny potencjału, jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy sięgnąć do innego studia. Czekam teraz na nadejście roku 2016 i rozdanie Złotych Malin, po którym wreszcie zasnę spokojnie wiedząc, że Fantastyczna Czwórka dostała to, na co zasłużyła.

TOP 5 Najlepszych

 

Kingsman – Tajne Służby. Zanim film wszedł na ekrany kin, nie wiedziałem o nim zupełnie nic. Ale gdy było już kilka dni po premierze, zaczęły napływać do mnie niezwykle pozytywne recenzje i masa faktów, które powinny wydać mi się istotne. Matthew Vaughn jako reżyser, Mark Millar jako autor pierwowzoru, Colin Firth, Michael Caine i Samuel L. Jackson w obsadzie. Jeszcze wam mało? Zatem wspomnę dodatkowo, że Secret Service, to wyborny pastisz kina szpiegowskiego, ze świetnym scenariuszem, widowiskowymi scenami rozróby (akcja w kościele, mistrzostwo), ciekawymi postaciami i wszystkimi schematami, które można bez uszczerbku zignorować. Jeśli nie odpowiada wam np. nowe podejście do postaci i dziedzictwa Jamesa Bonda, nawet nie zastanawiajcie się, czy sięgnąć po tę brytyjską perełkę. Ubawicie się na bank, zwłaszcza jeśli tęsknicie za oldschoolowym filmem szpiegowskim, który wie, że nie musi traktować się zbyt poważnie.


Gwiezdne Wojny – Przebudzenie Mocy. Owszem, tylko czwarte miejsce. Szerzej o tym filmie wypowiedziałem się TUTAJ, ale przypomnę Wam, ile warta jest najnowsza filmowa kreacja J.J. Abramsa. Starą trylogię lubi każdy, nowej za to, nie lubi prawie nikt. Przebudzenie Mocy było zatem potencjalnym pierwszym promykiem światła, który rozpocznie kolejny świt Gwiezdnych Wojen. I w wielu aspektach, udało się. Zaserwowano nam niezwykle przyjemną wizualnie, wystarczająco wciągającą fabularnie, zaskakującą aktorsko i zachęcającą do kolejnych seansów produkcję. Film spodoba się zarówno tym, którzy pamiętają premierę epizodu V lub VI, jak i tym, którzy cierpieli przy Mrocznym Widmie. Oczywiście, nie jest to ideał. Wiele zbiegów okoliczności, pominięcie kilku postaci, kulejące CGI. Ale szczerze, to nie pierwszy raz. Starej trylogii, też wiele powinno się zarzucić. Poza tym i  tak pójdziecie/poszliście już na ten film i przez długie tygodnie będziecie o nim mówić. I na bank nie będzie to hejt, co najmniej, umiarkowana radość.


Birdman. Pośmialiśmy się, pooglądaliśmy rozwałkę i zjedliśmy popcorn. Ale to nie są jedyne wyznaczniki, czyniące film godnym uwagi. Czasami kluczem jest odpowiednie podejście do tematu, który wydaje się już wyeksploatowany do cna. Na ratunek znudzonym kinomanom, przybywa Birdman. Tutaj swe zachwyty również wylewałem, ale dla odświeżenia – LINK DO RECENZJI. Nie wiem od czego zacząć, bo ogrom elementów można uznać za kluczowe dla dzieła Inarritu. Obsada i aktorstwo, to najwyższe szczyty kunsztu filmowego. Nie tylko główna rola Michaela Keatona przyciąga widza do ekranu. Wtórują mu niezwykle autentyczny Edward Norton, przekonująca i charyzmatyczna Emma Stone, czy zestaw rewelacyjnych postaci drugoplanowych. Realizacja wizualna, to czysty majstersztyk. Oscar za zdjęcia przyznany został raczej, bez najmniejszego zawahania. Twórcy oprawy muzycznej, również odwalili kawał dobrej roboty. Pierwszy kinowy kwartał 2015 r. upłynął pod akompaniamentem perkusji (Whiplash, z wybornym J.K. Simmonsem), a że jest to muzyka przyjemna dla ucha, tym lepiej dla odbiorców. Zasłużone stauetki.


Mad Max: Fury Road. Z wyżyn kina „ambitnego”, z niemałym pierdyknięciem wracamy na ziemię. Ziemię, pełną piachu, krwi, potu, adrenaliny, benzyny i testosteronu. Taki skład chemiczny ma najnowszy film Georga Millera. Nie miałem zielonego pojęcia, że będąc w takim wieku (Miller ma 70 lat), można tworzyć tak żywe, entuzjastyczne, szybkie i nieskrępowane cudeńka. Estetyka, estetyka i jeszcze raz estetyka. Niezwykłe pojazdy, kuriozalne ubiory, pustynne kulty oparte o nordyckie wierzenia i auta z najskrytszych koszmarów każdego niedzielnego kierowcy. To tyle? Skądże. Protagoniści, są wprost rewelacyjni. Dziedzictwo Maxa zna każdy, kto widział poprzednie części, ale nawet bez nich, od razu wiemy jakim typem jest Rockatansky. Przedstawienie jednak kradnie nowa postać – Imperatorka Furiosa. Jeśli faktycznie jest to „przesadna propaganda feministyczna”, to chętnie popatrzę na nadejście nowej ery filmowego feminizmu (nie, remake’i klasyków z kobieca obsadą, to nie to samo). To postać pełna determinacji, charakteru i nienapisana jak typowy babochłop. Dajcie mi takich więcej! No i sondtrack… Co za cudowny soundtrack!


Ex_Machina. W temacie kina science-fiction powiedziano niejedno. Pokazywano nam futurystyczne światy. Widzieliśmy zniszczenie elementarnych cech humanizmu. Obserwowaliśmy jak technologia diametralnie zmienia nasze życie. Oraz widzieliśmy jak sztuczna inteligencja, dorównuje ludzkiej. A co otrzymamy łącząc te elementy? Najlepszy film roku 2015. Klaustrofobiczne wnętrza, skryte pod płaszczykiem luksusowego apartamentu. Nieczyste intencje w formie prostego eksperymentu. Sztuczna inteligencja, bardziej zaskakująca niż naturalna. Ten film ma w sobie wszystko za co można kochać fantastykę naukową. Wyborną i chłodną lokację, ukazującą rozwój, ale i rzekome przywiązanie do korzeni. Postaci, które wychodzą ze swoich klisz, w które pozornie mogą wpadać w pierwszych scenach. Zakończenie nie jest tak wtórne, jak może się wydawać na pewnym etapie. Muzyka wybornie współgra z klimatem świata przedstawionego, odpowiednio budując klimat. Aktorzy odgrywają swe role z ogromnym zaangażowaniem i autentycznością. Jako ostateczną rekomendację, pozwolę sobie przytoczyć wyborną wypowiedź redaktora Muszyńskiego: Lem, Asimov i Kubrick byliby dumni. Michael Bay – niekoniecznie.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Fantastyczna Czwórka tom 1

Scenarzysta Jonathan Hickman stał się w ostatnich latach jednym z głównych architektów uniwersum Marvela, przez co już nawet …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *