PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [FELIETON] Wrażenia Redakcji Po Emisji 1 Odcinka Serialowego Kaznodziei

[FELIETON] Wrażenia Redakcji Po Emisji 1 Odcinka Serialowego Kaznodziei

Choć serialowy Kaznodzieja padł daleko od jabłoni, to czuć, że jest owocem, który urodził się za sprawą komiksowego pierwowzoru. Fakt, fabuła i postacie różnią się czasami drastycznie i widać, że Rogen i Goldberg mają problem z nadaniem im tożsamości, to wybrzmiewają gdzieś echa oryginału. Niestety, na potrzeby show dostaliśmy nieco przerysowane występy głównych bohaterów, które prawdopodobnie mają przykryć braki warsztatowe i fabularne dziury – zapowiada się, że tych drugich będzie sporo. Nie jestem w stanie wyzbyć się wrażenia, że zamiast opowieści drogi dostaniemy małomiasteczkową fabułę, a dla bohaterów opuszczenie jednej lokacji (np. baru czy kościoła) będzie niemałym wyzwaniem. Co nie zmienia faktu, że ta małomiasteczkowość buduje specyficzny klimat, a wspomniana karykaturalność postaci ma swój niezgorszy smak.

Nie jest to więc wierna, ani nawet udana adaptacja, natomiast  zniekształcone odbicie pierwowzoru, które jednak ma swój własny styl, choć ciężko przewidzieć, czy twórcy serialu nie popadną w autoparodię. Trudno wyznaczyć tą granicę, kiedy inspiracja komiksem jest wyraźna, a kiedy stanowi tylko bazę do napisania czegoś zupełnie innego. Zobaczymy jak będzie później, ja czekam na Świętego do Morderców i rodzinę Jessego, ich odpowiednie przedstawienie będzie miało istotny wpływ na fabułę i odbiór serialu… Chyba, że twórcy zdecydują się te ważne wątki pominąć. Trudno powiedzieć.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to miałem wrażenie klaustrofobii powodowane przez eksponowanie ciasnych przestrzeni, ograniczone kadry i strach operatora kamery przed cofnięciem się kilka kroków do tyłu. Cała reszta wypada przyzwoicie, zarówno scenografia, ubiór czy architektura. Wszystko pasuje do siebie i celnie podkreśla z czym właściwie mamy do czynienia. Również aktorsko jest całkiem nieźle, chociaż jeśli coś w tej materii idzie nie tak, to trzeba zrzucić winę na scenariusz. Zarówno Cooper, Negga jak i Gilgun potrafią dobrze grać, czasami po prostu mają do zagrania jakiś absurd lub stereotyp. No i niestety póki co napisani są na jedno kopyto. Zmęczony kaznodzieja, badassowa ex-dziewczyna i śmieszkujący wampir. Nic poza tym. Generalnie pierwszy odcinek oglądało się całkiem nieźle. Sporo przemocy, całkiem niezły humor, kilka naprawdę udanych scen budujących klimat. Pilot mógłby robić za pełnometrażowy film, gdyby dograć do niego jeszcze godzinę, ale taki miał być – oby tylko za kilka tygodni nie okazało się, że w połowie sezonu tej machinie zabraknie pary i nawet żarty Cassidiego nie uratują autorskiej wizji twórców.

Autor: Kicek


Przestałem już liczyć na perfekcyjne adaptacje komiksów, niezależnie od tworzywa z jakiego składa się docelowy ekran. Sądząc po pierwszym odcinku Kaznodzieja ma kształt czegoś bardziej w stylu „elseworldu” niż stricte ekranizacji. Jest tu spora liczba motywów znanych czytelnikom komiksu, jednak cała historia toczy się trochę innym torem, w innych okolicznościach . Twórcy jednak balansują na granicy komiksowego oldschoolu i swoistego, luźnego remake”u. Czy uda się taki stan równowagi utrzymać do końca serialu? – mam nadzieję.

Serial stoi dobrze dobraną muzyką. Są to kawałki przeważnie starsze. I nie mam tu koniecznie na myśli muzyki z lat 90, z których wywodzi się pierwowzór komiksowy. Serial otwiera klimatyczna (UWAGA, w tytułach są linki do kawałków, więc klikajcie śmiało): Time of the Preacher – Williego Nelsona, nie mogło być inaczej. Nie jest to bynajmniej jedyna piosenka country przewijająca się w pierwszym odcinku. Miejsce akcji zobowiązuje. W scenach z Tulip możemy usłyszeć piosenki takie jak m.in.: You’re So Vain – Carly Simon, Don’t Take Me for Granted – Nancy Barry, które określiłbym krótko – girl power.
Jednak najmocniej kupiła mnie piosenka: We Could Have Had It All – Donnie Demers, Kenny Werner. Została ona wpleciona w główną scenę akcji z udziałem Cassidiego i kontrastuje z brutalną akcją w sposób jaki bardzo lubię. Pierwszy odcinek zamyka dynamiczna: Voodoo Doll – Son of Dave.    

Pilot spełnił jednak moje oczekiwania. Obsada sprawdziła się w przypisanych rolach. Nawet Ruth Negga, co do której miałem największe obawy. Zgodnie z moimi podejrzeniami, rozczarowujący był W. Earl Brown – nie ma on w sobie nic z rasistowskiego szowinisty, ksenofoba, którym był komiksowy szeryf Hugo Root. Reasumując, otrzymałem zalążek historii którą dobrze znam z komiksu wzbogaconą, zmodernizowaną i dopasowaną do „szklanego” (już tylko z nazwy) ekranu. Rozbudzono we mnie nadzieję na długą ostrą jazdę bez trzymanki.

Autor: Lobo_Prime


Pełną specyficznej wyobraźni i bezczelnego humoru fabułę oryginału, zastąpiono średniej jakości „fanfikiem”, równie bezwstydnie, co celowo dystansującym się od skryptu Gartha Ennisa. Oczywiście nie pierwszy raz małe, czy wielkie ekrany wypaczają materiał źródłowy, pewnie powinienem się do tego już przyzwyczaić, ale w przypadku komiksów takich jak Kaznodzieja w głowie musi pojawić się pytanie – dlaczego twórcy rezygnują z dynamitu na korzyść tortowej świeczki? Nie jest to tytuł, którego scenariusz rozbija się na tysiąc planowanych do rozstrzygnięcia w kolejnych tomach wątków, można go elegancko podzielić na 12 (i więcej), liniowych, konsekwentnych fabularnie odcinków.

Z innych wad… jest tu sporo stroszenia piórek, jeśli znacie główne postacie serii, będziecie stukali w zegarki. Jesse, Cassidy, Tulip, wszyscy napinają muskuły, próbują nam udowodnić, jakimi to nie są oblatanymi psami wojny. Cała trójka fizycznie dominuje nad przeciwnikami. Nie ma tu miejsca na remis lub odroczenie walki. Bezwzględny triumf skwitowany podeszwą buta położoną na klatce piersiowej przeciwnika, musi być. I już. Pamiętnego epizodu, pokazującego Custera wściekle rozliczającego grzeszników z Annville, rzecz jasna brak.
Krwawych scen akcji jest kilka, ale żadna z nich nie buduje tła tak skutecznie jak robił to oryginał. Zamiast porażek, odroczonych wyroków, czy trudnych kompromisów mamy druzgocące zwycięstwa, kreujące dość ograny w filmach i serialach wizerunek bohaterów. Ekspozycja w przypadku Tulip jest wyjątkowo bezrefleksyjna. Jedne sceny są po brzegi wypchane wręcz przesadnie dynamiczną akcją, w innych tempo spada do pozycji ujeżdżającego leniwce ślimaka. W paru miejscach pojawiają się próby przebicia zabawnych dziwactw i perwersji wymyślonych przez Ennisa. Jakby Seth Rogen (współscenarzysta i współreżyser) faktycznie czuł konieczność przeskoczenia poprzeczki ustawionej przez oryginalnego pisarza. Próby nieudane, czasem wprowadzające atmosferę wręcz depresyjną. Arogancja scenarzystów adaptacji (ogółem) nadal mocno mnie zadziwia. Ale nie jest to ani pierwsza taka chłosta na moim geekowskim grzbiecie, ani pewnie ostatnia.

Zrzucając na koniec maskę urażonego fana, który spodziewał się ruchomych kadrów, a dostał to co zwykle powiem, że da się Preachera oglądać. Pierwszy odcinek jest często najtrudniejszy. Pamiętam niejeden dobry serial z przeciętnym wprowadzeniem i udanym rozwinięciem. Na pewno nie jest to kolejny, taśmowy, przewidywalny tasiemiec o nadnaturalnych mocach. Aktorzy może nie odtwarzają postaci z komiksu, ale dobrani są ciekawe, wyobrażam sobie, że ich role mają szansę ciekawie wyewoluować. Rozmowa z Gębodupą (oraz sam Gębodupa grany przez Iana Collettiego) jest bardzo w porządku, od postaci bije dokładnie taki entuzjazm i ciepła naiwność jaką pamiętam z pierwowzoru. Dialog nadaje dodatkowo pierwszych konkretnych kształtów charakterowi Custera. Właściwie same słowa nie znaczą tak wiele, jak mimika i gestykulacja aktorów, co jest komplementem sporym. Delikatne smaczki (butelka whiskey, muzyka, itp.) doceniam i odczytuję jako (szczątkową) dobrą wolę twórców, dlatego serialu nie skreślam.

Autor. RWilczur

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] Zapowiedzi Egmontu na czerwiec. Wraca Kaznodzieja!

W czerwcu Egmont planuje przypuścić ostry atak na portfele czytelników. Oprócz kolejnych tomów takich tytułów …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *