PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Suicide Squad vs. Thunderbolts – Recenzje Komiksów

[RECENZJA] Suicide Squad vs. Thunderbolts – Recenzje Komiksów

Nad Wisłę zawitała moda na antybohaterów, złoczyńców i ogólnie rzecz biorąc, komiksowe odcienie szarości. Zaczęło się od bardzo entuzjastycznego przyjęcia Deadpoola, który do czerwoności rozgrzał ekrany kin. Niedługo później, tym razem na małym ekranie, mogliśmy podziwiać Punishera, który siał destrukcję w serialu Daredevil platformy Netflix. Oczywiście, antybohaterowie trafili również na karty komiksów – otrzymaliśmy czwarty tom* Suicide Squad o podtytule Nadzorować i karać, mogliśmy dostać Miejskiej Gorączki z Harley Quinn, a w linii Marvel NOW atak na portfele czytelników przypuścił Deadpool ze swoją solową serią, jak i recenzowani poniżej Thunderbolts w komiksie Bez Pardonu i planowanej na sierpień kontynuacji, Czerwony Postrach. 

Dni do premiery filmowego Suicide Squad można odliczać na palcach jednej ręki nieuważnego drwala, jest to więc dobry czas, żeby spojrzeć na to jak prezentują się ich komiksowe przygody. Oczywiście, Oddział Samobójców nie ma lekko i musi wciąż zaglądać przez ramię, bowiem Marvel także ma swoją drużynę typów spod ciemnej gwiazdy. Recenzujemy dla Was New Suicide Squad, Vol 1: Pure insanity i Thunderbolts, tom 1: Bez pardonuZapraszam do lektury obu recenzji, niech w tym spotkaniu wygra najlepsza drużyna!

Autor: Paweł Kicman

Egmont rzeczywiście zdecydował się wydać najpierw 4 tom przygód Oddziału Samobócjów z serii Suicide Squad, a my recenzujemy pierwszy tom z serii New Suicide Squad, która chronologicznie ukazała się później.


Sięgnęłam po tytuł z entuzjazmem i umiarkowanymi oczekiwaniami, być może dlatego, że większość postaci przewijających się przez strony starszych serii komiksów wydawnictwa DC, a także serii New 52, była mi znana, niektóre lepiej, niektóre gorzej. Pragnąc zgłębić posiadaną wiedzę, uznałam, że warto przekonać się na własne oczy, jak działa koncept przymusowej współpracy w jednym zespole mniej lub bardziej rozpoznawalnych złoczyńców z kart komiksów. Samo powstanie serii o złych charakterach czyniących dobro albo starających się je czynić tylko w teorii i jej bezprecedensowy sukces, który niedługo będzie można świętować w kinach, jest fascynującą zagadką popkultury, bo sprawa z góry zapowiada się na przegraną, prawda? W końcu to złoczyńcy i nie podążają ścieżką prawości i sprawiedliwości, więc można założyć, że nie będą chcieli mieć nic wspólnego z amerykańskim rządem. Nic bardziej mylnego.

Scenarzysta komiksu Suicide Squad, Sean Ryan, serwuje nam wielokrotnie sytuacje, dzięki którym przestępcy i szaleńcy tak właściwie dopiero w kadrach tej serii mają szansę rozwinąć skrzydła i zaprezentować cechy typowo ludzkie, ignorowane przez wcześniejszych pisarzy, bądź niewystarczająco nakreślone. Występni bohaterowie nie są sprowadzeni do roli narzędzi popychających akcję. Nie, w tym tytule scenarzysta kreśli wątki z rozmachem – w zupełnie pokręcony i zawiły sposób, sprawia, iż to złoczyńcy są tymi, którzy „ratują dzień”.

Tomik składa się z numerów 1 – 8, które przedstawiają głównie dwa wątki. Formuła komiksów o Suicide Squad pozwala na prowadzenie pozornie lekkich fabuł, gdzie w każdym następnym numerze na bohaterów czeka inny problem do rozwiązania, raz mniejszy, raz większy, przez co czytelnicy nie powinni się nudzić. Przypomina to nieco układ amerykańskich seriali proceduralnych, łącznie z tym, że zawartość zazębia się w końcu w jedną, spójną całość. Pierwsze cztery numery skupiają się na misji w Rosji i funkcjonują jako wprowadzenie postaci. Ich głównym zadaniem jest nakreślenie istoty charakterów oraz osobistych poglądów każdego z antybohaterów.

Tu muszę wspomnieć, że pewne zmiany popełnione dla dobra świata New 52 mogą zaskoczyć wielu czytelników, także w przypadku tej serii. Odczują to zwłaszcza osoby posiadające ogólną wiedzę o Suicide Squad albo o uniwersum przed rebootem. Pomijając wygląd Amandy Waller, długoletniej szefowej drużyny, poznajemy nowatorskie wcielenie Vica Sage’a – tak jest, tego Sage’a, lepiej znanego jako bojownik Question, miłośnika teorii spiskowych i przeciwnika działań rządowych. Otóż w nowym Suicide Squad jest on… agentem rządu, co więcej, przełożonym Waller, która straciła zaufanie swoich zwierzchników rządowych – ich zdaniem nie może pełnić już dowodzenia nad grupą przestępców samodzielnie.

Nie trzeba przerzucać wielu kartek, by się domyślić, że Sage pragnie się wykazać i od wejścia postanawia dodać do podstawowego składu (Deadshota, Harley Quinn i Black Manty) dwóch członków: Deathstroke’a, niewątpliwie najlepszego zabójcy w całym DC oraz Joker’s Daughter, której twarz jest przyozdobiona sławetną skórą samego klauna, którą podobno znalazła „przy brzegu rzeki w Gotham”. Decyzja jest ryzykowna, czego Waller nie omieszka kilkakrotnie wspomnieć, ponieważ w przeciwieństwie do reszty, nie posiadają oni wszczepionych w karki bomb, czyli w razie sprawiania kłopotów nie będzie można przywołać ich do porządku.

Swoją drogą, trzeba przyznać, że to oryginalny sposób na kontrolowanie bandy szaleńców i typów spod ciemnej gwiazdy. Jesteśmy świadkami licznych konfliktów i potyczek słownych po stronie tych ‘dobrych’ (tutaj naprawdę ciężko posługiwać się tymi określeniami, kto jest zły, a kto dobry). Prym wiodą Harley i Joker’s Daughter – każda zorientowana na zyskanie „zaszczytnego” miana partnerki Jokera. W tle ścinają się Deadshot ze Slade’em o tytuł czołowego zabójcy w teamie.Jakby tego było mało, widzimy narastający z każdą stroną konflikt pomiędzy przełożonymi, mającymi odmienny ogląd na ważne kwestie dotyczące dowodzenia drużyną.

Sage ślepo wierzy w powodzenie misji, pomimo licznych problemów, które zachęcałaby do nieco bardziej pragmatycznego podejścia i uniknięcia negatywnych konsekwencji wynikających z jego decyzji. Z kolei Waller, bardziej doświadczona na tym polu, nie pozwala na rozstawianie się po kątach i wielokrotnie udowadnia, że zdążyła poznać członków zespołu, zalety i wady każdego z nich, a także specyfikę systemu, jakim musi podążać Task Force X. Dawna dowódczyni często brzmi, jakby widziała świat w czarnych barwach. Prawdziwym punktem zapalnym okazuje się jednak to, że wysoko postawieni politycy pozostawili autoryzację do wysadzenia bomb w karkach tylko Waller z powodów nieznanych Sage’owi. Odkrycie tego sekretu staje się powodem jego wizyty w Waszyngtonie, tuż po awanturze z podwładną.

Jak wcześniej pisałam, fabuła następujących kolejnych numerów sprawia wrażenie luźno powiązanej. Co prawda zachowana jest chronologia zdarzeń i nie uświadczymy niedomkniętych wątków w obrębie jednego wątku głównego, jednak ominięcie lektury jednego z numerów nie spowoduje, że stracimy kontakt z całą serią. Tak obrana formuła jednocześnie stawia postaci przed nowymi wyzwaniami, testuje je w trudnym położeniu i sprzyja rozwojowi ludzkich cech: podejmują oni wątpliwej jakości decyzje, ulegają emocjom, ustalają priorytety, a nawet okazują sobie wsparcie czy troskę, jak na członków drużyny przystało.

Przez pierwszą połowę tomu drużyna wypełnia wyjątkowo trudną misję w Rosji, w której chodzi o wysadzenie Dumy Państwowej z ważnymi politykami, a jakby to nie było wystarczająco skomplikowane, drużyna musi odkryć przy okazji tajny projekt rządowy, nie mogący być, jak się później okaże dla postaci oraz czytających, niczym dobrym. Jeżeli ta misja wydawała się dziwną, to zadanie przedstawione w drugiej połowie tomu bezceremonialnie sięgnie po palmę dziwactwa. Pojawia się jeden z ulubionych motywów scenarzystów komiksów, czyli eksperymenty na ludziach i próby stworzenia własnych superbohaterów. Do teamu dołącza także stary, poczciwy Kapitan Bumerang oraz Daniel West, nowy Reverse Flash i jednocześnie brat Iris.

Jedyne poważne niedociągnięcie, które faktycznie rzutuje na ocenę całości, to rysunki. Pisałam wcześniej o tym, że podział zawartości tomu na kilkustronicowe numery raczej pomaga w utrzymaniu świeżości i ostatecznej spójności fabuły, lecz nie można powiedzieć równie ciepłych słów o grafice, na niektórych stronach pozostawiającej wiele do życzenia. Sądzę, że brak jednego rysownika zajmującego się oprawą graficzną kadrów dla całego tomu był nietrafionym pomysłem. Udział wielu, tak bardzo odmiennych od siebie stylem artystów może nieraz zbić czytelnika z tropu, bo na jednej stronie postać będzie miała dynamiczną mimikę i dość młody wygląd, a kilka stron dalej będzie sprawiać wrażenie, jakby wpadła do środka czarnej dziury albo, skoro jesteśmy przy uniwersum DC, do Phantom Zone. Być może taka różnorodność jednak się spodoba fanom eklektycznej kreski.

Podsumowując, ci, którzy czekają na dużo scen wypakowanych akcją i wybuchami, strzelaninami ze strużkami krwi latającymi po wszystkich stronach, nie zawiodą się. Patrząc na kadry mogłabym stwierdzić, że to drugi filar dla istnienia komiksu takiego jak Suicide Squad, przy czym pierwszym pozostanie szalona idea zebrania złych ludzi o różnych umiejętnościach i mocach do odwalania brudnej roboty dla instytucji rządowej. Często, aby osiągnąć ostateczny cel zadania, za przyzwoleniem szefów drużyna ucieka się do używania siły i broni w myśl zasady „po trupach do celu”. Przy tylu barwnych osobowościach, posiadających w różnym stopniu zdeformowany kodeks moralny i pakujących się w naprawdę szalone sytuacje, nie ma szans, by czytelnik się nudził, a jeżeli zechce poważniejszych tematów i fragmentów w formie interakcji, dialogów czy scen wpływających na odbiór danej postaci, tego też nie brakuje. Jeżeli nie chcecie, by ludzka twarz popularnych złoczyńców była wam obca, sięgnijcie po New Suicide Squad.

Autorka: Moose


Chyba pod naszymi nosami kwitnie moda na antybohaterów. W tym roku Deadpool skradł serca czytelników i widzów w Polsce, na dniach na ekranach kin pojawi się Suicide Squad, a teraz na półki sklepów trafił kolejny komiks od Marvel Now. Mowa oczywiście o Thunderbolts– ekipie zrzeszającej typów spod ciemnej gwiazdy, którzy pod kuratelą rządu, będą wykonywać niebezpieczne misje. Znaczy… tak było kiedyś.

Nowa wersja Thunderbolts zbiera w jedną gromadę nie złoczyńców per se, a antybohaterów znanych z tego, że ze złoczyńcami walczą. Są to kolejno: Punisher, Elektra, Red Hulk, Agent Venom czy wspomniany wcześniej Deadpool. Cała oś fabularna opowieści Daniela Way’a dzieli się na dwie zasadnicze części. Pierwsza, to oficjalna misja drużyny, w czasie której mają zlikwidować złowrogiego generała Awę, trzymającego w żelaznym uścisku lud Kata Jayi, znajdujący się… gdzieś tam. Nie przypadkowo używam tego określenia gdyż dowolny szczegół z tej historii, momentalnie uleciał mi z pamięci. Gdyby nie kultowe postaci, wchodzące w skład Thunderbolts, nie wiem czy zapamiętałbym jakikolwiek element historii.

Cała polityczna intryga, jest szyta nićmi grubszymi niż Wilson Fisk, przez co nie sposób przejąć się tym, co dzieje się w środowisku, gdzie rozgrywa się akcja komiksu. Pojedyncze sceny z uciskanym ludem, czy osobistą obstawą naszego antagonisty mają zarysować okropną sytuację w kraju (mieście?), ale nie ma w tym ani szczypty naturalizmu. Nie widząc czyjeś niedoli, nie uwierzę w nią. Drugim wątkiem, jaki rozwija pierwszy tom Thunderbolts, jest tajemniczy plan Red Hulka/Generała Rossa na wykorzystanie ciała i umysłu Leadera, pozornie pozbawionego swoich mentalnych mocy. Rzekomo jest on potrzebny do przeprowadzenia całej, wojskowej operacji, ale akcja sugeruje coś zupełnie innego. Jedyną funkcją Leadera, wydaje się… bycie zapowiedzią drugiego tomu. Plus pojedynczy popis pod koniec opowieści. Czy warto czekać? Jeśli historia będzie równie porywająca jak ta, już teraz odpuszczam Czerwony postach.

Jeśli fabuła kuleje, to może chociaż z postaci będę mieć uciechę. Każdy z osobna jest niemałym bad-assem, więc scalenie ich w ekipę powinno tylko pomóc całej opowieści. Dobre sobie. Wydaje się jakby Way nie miał pojęcia kim są te postacie i jakie charaktery powinny posiadać. Deadpool jest zazdrosnym i niezbyt zabawnym chłoptasiem, Venom nie posiada żadnych charakterystycznych cech, Elektra spogląda na wszystkich spode łba sporadycznie rozcinając komuś twarz i/lub szyję, Red Hulk albo pałęta się gdzieś w tle, albo na wszystkich krzyczy… Jedyną postacią, którą do pewnego momentu udało się dobrze ukazać był Punisher. Niegdysiejszy wojskowy wydaje się pasować do tego typu zlecenia, ale z czasem w jego relacji z innym członkiem drużyny pojawia się dynamika, która zupełnie mi do niego nie pasuje. Może to okoliczności w jakich się znalazł, a może kiepski scenariusz. Tak czy siak, nowi Thunderbolts prezentują się jak losowo dobrane postaci, puszczone samopas. A nóż wypali.

Jest też coś, co wadzi mi w samej koncepcji tej drużyny. Pierwotnie Thunderbolts mieli być drużyną złożoną wyłącznie ze złoczyńców. Powstali oni w czasach, kiedy publika przestawała ufać bohaterom. Pod dowództwem Normana Osborna, „zreformowani” antagoniści mieli wykonywać misje służące zarówno ich opinii publicznej, jak i publice samej w sobie. I to była siła napędowa tej serii. Nie mieliśmy pewności czy, i jeśli tak to jacy złoczyńcy faktycznie się zmienią, kto się wyłamie i czy ludzie ufając im, popełnią błąd. W przypadku wersji z Marvel Now, w skład drużyny wchodzą wyłącznie ludzie po jasnej stronie mocy. Jasne, antybohaterowie, ale to jednak wciąż „ci dobrzy”.  Kiedy prezentuje się nam zupełne zmienienie konwencji, nie oferując w zamian innej, równie ciekawej wariacji na temat postaci, nie sposób się nie rozczarować. Nowi Thunderbolts nie mają w sobie choćby ułamka uroku i potencjału, jaki miała pierwotna seria. (O tym wspinałem tutaj -> Link jeśli można).

Powinienem jeszcze ponarzekać na jedną rzecz. Rysunki Steve’a Dillona. Wiem, ma on sporo fanów, ale pozwólcie mi wyjaśnić czemu nie mogłem patrzeć na plansze jego autorstwa. Po pierwsze, brak zróżnicowania. Tworząc komiks drużynowy, twórcy musza zadbać by każda z postaci wchodząca w skład, czymś się wyróżniała. Zarówno jeśli chodzi o charakterologię, jak i aparycję. Wszystkie rysy twarzy jakie wyszły spod ręki i ołówka Dillona są do siebie bliźniaczo podobne. Kiedy nawet Elektra, która ma być atrakcyjną i pociągająca zabójczynią, wygląda jak Punisher umazany szminką, nie wróży to dobrze. Wszechobecne kanciaste szczęki i wyraźnie zarysowane oczy nieco rozpraszają i sprawiają, że nie wiem kto jest kim. Dobrze, że chociaż kostiumy podpowiadają. Drugim elementem, który aż razi w oczy jest fatalna kolorystyka. Podczas gdy odpowiednio dobrane kolory, mogą sprawić że na prace Dillona patrzy się z pewną przyjemnością (Patrz – Kaznodzieja), Thunderbolts autentycznie odrzucają. Wymuskane i wygładzone powierzchnie z nienaturalnie wyglądającymi gradientami nadają całości absurdalnie cukierkowy wygląd. Czy tak powinno ukazywać się antybohaterów, niebojących się upaprać w krwi oponentów? Nie mi decydować. To boli jeszcze bardziej, gdy widzę jak pięknie i odmiennie prezentują się okładki. Gdyby w takiej oprawie zaprezentowano mi całą historię, przełknąłbym nawet najbardziej wtórną fabułę.

Thunderbolts było dla mnie wyjątkowo rozczarowującym doświadczeniem. To, co na papierze prezentowało się jak ciekawa historia o konflikcie interesów, pełna bohaterów o trudnych osobowościach, okazało się płytką, skrajnie nużącą, pseudo-militarną opowiastką, która zamiast sensownej pointy, zostawia otwartą furtkę do kontynuacji. Ale nie sądzę żebym chciał przez nią przechodzić. Odradzam.

Autor: Chester

AUTOR Redakcja

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Avengers: Wojna bez Granic

Dziesięć lat i osiemnaście filmów. Najnowszy, dziewiętnasty, podnosi stawkę trzeciej fazy Kinowego Uniwersum Marvela do kosmicznych wymiarów. …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *