PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [RECENZJA] Strażnicy Galaktyki – Run Briana M. Bendisa

[RECENZJA] Strażnicy Galaktyki – Run Briana M. Bendisa

Do premiery filmu Guardians Of The Galaxy Vol.2 coraz bliżej. Oczywiście oczekiwania są spore, a fani na całym świecie ze zniecierpliwienia obgryzają już paznokcie. Jeśli jednak jesteście tak wygłodniali, że nie chcecie rozstawać się ze Strażnikami choćby na chwilę, Egmont wręcza w wasze dłonie 3 tomy przygód kosmicznej ferajny. O niezaprzeczalnej jakości filmu wie każdy, ale na komiks przydałoby się rzucić jeszcze trochę światła.

Jak to zwykle w Marvelu i wszelakich opowieściach fantastyczno-naukowych bywa, Ziemi grozi zagłada z rąk złej, obcej rasy. Tym razem jej ochroną musi zająć się Ziemianin – Peter Quill wraz ze swoją grupą… przyjaciół(?). Wspólnie muszą się upewnić, że rodzinnej planecie Star Lorda nic nie zagraża. Gdyby problemów było mało, za intrygę odpowiada jego rodzony ojciec, który w dodatku jest koronowaną głową. Korzystnie dla czytelnika i niefortunnie dla ekipy, wsparciem służy także Iron Man, który akurat „fartem” przebywa w kosmosie. Niestety, jeśli ktoś z Was liczył na to, że ekranowe przygody oferują sobą taki sam poziom, jak komiksowy materiał, lektura będzie doświadczeniem rozczarowującym.

Podczas gdy film Jamesa Gunna był powiewem świeżości w kinowym uniwersum, pierwszy tom komiksu Bendisa zaskakuje wyłącznie swoją przeciętnością. To typowa inwazja z kosmosu jaka ma miejsce w Uniwersum Marvela praktycznie co sobotę. Nawet implikowanie większej wagi temu konkretnemu zajściu poprzez związki rodzinne (tata każe się nie wtrącać) nie zmienia absolutnie nic w  opowieści. Zarówno przed, jak i w trakcie pisania tego tekstu musiałem co i rusz wracać do pierwszego tomu, gdyż nie zapamiętałem z niego prawie nic. Jedynym języczkiem uwagi są one-shoty, które zawarto na końcu tomu. Odróżniają się od pozostałej części nie tylko stroną wizualną (zmieniającą się co opowieść), ale przede wszystkim tym bezpretensjonalnym tonem, jaki powinni reprezentować Strażnicy Galaktyki. Przywodzi to na myśl anegdoty i miejskie legendy, jakie powtarzają sobie rezydenci, którzy nie mieli tyle odwagi, by bezpośrednio skonfrontować się ze strażnikami. Budując wokół siebie taki nastrój, historia mogłaby wkroczyć w ciekawe rejony. A przynajmniej ciekawsze niż te zaserwowane w Kosmicznych Avengers.

Problematyczne jest też zaprezentowanie postaci. Możliwe, że Bendis optymistycznie założył sytuację, w której każdy z czytelników widział już film Jamesa Gunna. Ponieważ tylko w takich warunkach będziecie w stanie powiedzieć cokolwiek o postaciach. Przez całą objętość tomu, żaden z bohaterów nie tylko się nie zmienia, ale nawet nie mówi niczego o sobie. I nie chodzi tu o nachalną ekspozycję, a podstawowe elementy składające się na charakter postaci. Poza kilkoma powiązaniami rodzinnymi wspomnianymi w trakcie akcji oraz prologiem, nie mamy pojęcia kim są Strażnicy Galaktyki. W razie gdybyście wątpili w intencje Bendisa, zerknijcie na twarz Star Lorda umieszczoną na okładce pierwszego tomu. Zweryfikujcie, czy wygląda tak choć raz w czasie trwania opowieści…

Na szczęście, lekka poprawa pojawia się w tomie drugim, zatytułowanym Angela. Tam już pierwsza scena daje nam wyraźny wgląd w to, z kim mamy do czynienia. Dynamika między członkami drużyny, oraz kreaturami wokół nich w tej jednej scenie, nadrabia niemal cały pierwszy tom. Wreszcie widzimy, że Strażnicy to po pierwsze drużyna, a po drugie, drużyna… z pewnymi problemami i utarczkami wewnętrznymi. Takich wielowymiarowych postaci oczekuję. Nie pozbawionych charakteru pionków, a faktycznych istot ludzkich i nieludzkich. Dodatkowo, istotnym źródłem konfliktu między Strażnikami jest tytułowa Angela. Skąd się wzięła? Kim jest? Czego chce? No właśnie nie wiadomo. I tego musi dowiedzieć się nasza drużyna.

O Angeli bowiem nie można znaleźć nawet najmniejszej informacji w całym intergalaktycznym systemie. Tutaj pojawia się problem, co z naszą rudowłosą pięknością zrobić, a ile osób, tyle pomysłów. Zabić? Przesłuchać i wypuścić? Zaangażować do drużyny? Nie mi o tym opowiadać, sprawdźcie sami. Powiem tylko, że wynik konfliktu nie jest oczywisty. To przyjemna odmiana po wyjątkowo płytkim pierwszym tomie. Cieszy mnie tutaj każda scena, w której problem da się rozwiązać inaczej niż pięściami i laserami, a najlepszą pointą jest pobojowisko.

Poza tym, na drugim planie zaczyna się wyłaniać wątek zapowiadający kolejny tom. Jak zapewne się domyślacie, zbliża się Nieskończoność. Nawiązania na szczęście wprowadzone są subtelnie i nie zdają się odstawać od zasadniczej osi fabularnej. Ale o tym w swoim czasie…

Wspomniałem już, że Strażnicy wyszli na charakterologiczną prostą, ale zostaje jeszcze jedna, nowa postać. Angela. To bohaterka, która zaliczyła właśnie swój debiut w uniwersum Marvela, na kartach tej opowieści. Ale – ku zaskoczeniu niektórych – to nie jest jej pierwszy występ w komiksach jako takich. Zadebiutowała ona w Image Comics, w dziewiątym numerze serii Spawn i była ofiarą/tematem sądowej batalii między Toddem McFarlanem a Neilem Gaimanem. Tendencje artystyczne w Image Comics w latach dziewięćdziesiątych pozostawiały naprawdę wiele do życzenia, zatem nie dziwi fakt, że i Angela nie była potraktowana zbyt rozsądnie.

Na szczęście, została wciągnięta do uniwersum Marvela w czasie Ery Ultrona i wygląda na to, że zagrzeje tu swoje miejsce. W drugim tomie, jej postać jest owiana aurą tajemniczości. Wiemy tylko pobieżnie skąd przybyła. Takie powolne odkrywanie tylko kilku kart, wzbudza naprawdę sporą ciekawość. Zakładając optymistycznie, że to żądza zgłębiania losów bohaterki, a nie lenistwo autora, Bendisowi należy się spora pochwała. Ponownie odkupił swoje grzechy z Kosmicznych Avengers.

I to tylko po to, by w kontynuacji znowu spaść o poziom niżej… Możliwe, że to przekleństwo wszystkich serii pobocznych, krążących wokół zasadniczej opowieści (trzeci tom Thunderbolts nie zasługuje by o nim opowiadać), ale to już kolejny wyjątkowo miałki tom opatrzony słowem Nieskończoność. Fabułę da się zamknąć w jednym, nieszczególnie złożonym zdaniu – „Idziemy bić tych złych”. Mniej więcej to samo co w tomie pierwszym, tylko jeszcze mniej ciekawe. Oba tomy mają dokładnie te same wady i zalety. Zasadnicza fabuła polega na biciu i strzelaniu bez żadnego ciężaru emocjonalnego, a ciekawsze elementy znajdują się na końcu komiksu.

I choć obie małe nowelki mają naprawdę sporo uroku, od strony wizualnej i fabularnej, przypominają mi niezbyt oryginalne fanfiction. Team up Gamory i She-Hulk, w którym obie bohaterki są ze sobą pomylone… Bo wiecie… zielone dziewczyny? To dziwne o tyle bardziej, że historia zmierza do tego, by obie panie stały się świetnymi przyjaciółkami. Miejsce na takie kolokwialne wariacje fabularne jest w galeriach na deviantart.com, ale raczej nie w oficjalnych publikacjach. A przynajmniej nie tych, które mają ukazywać armageddon obejmujący pół kosmosu. Darujcie, że nie mówię o historii zasadniczej, ale zwyczajnie nie ma o czym. Kilkadziesiąt stron walki, ustalania planu walki i opowiadania o konsekwencjach walki. Cóż, nie zawsze scenariusz musi brać górę.

Nadgonić powinna to oprawa. Rysunki Francesco Francavilli mają w sobie pewny surowy feel. Mocne cieniowanie, ograniczenie gamy kolorystycznej, czy uproszczenie konturów sprawiają, że taka warstwa wizualna dobrze współgra z horrorami. I gdyby Strażnicy szli w tematykę science fiction rodem z lat np. 40-50, byłoby to uzasadnione. Jednak kiedy całość polega na strzelaniu do siebie bez większego planu, rysunki Włocha pasują tutaj jak pięść do nosa. O wiele lepiej komponują się z treścią prace Kevina Maguire. Szczególnie gdy trzeba ukazać środowiska i społeczność obcych planet, cudaczne stroje czy statki kosmiczne. Nawet gama kolorystyczna lepiej współgra z niezbyt ciężkim tonem historii. Jedynym zgrzytem jest fryzura Star-Lorda na okładce komiksu, która przywodzi na myśl pewnego starego, polskiego YouTubera… Dlaczego?

Zatem, jak wypada ten 3-tomowy run Briana Michaela Bendisa? Zaskakująco przeciętnie. Na koncie tego autora było sporo pozycji świetnych, ale i tych zgoła nijakich. Niestety, przygody Strażników Galaktyki trafiają do drugiej grupy. Choć jest tu kilka elementów z potencjałem, w rozrachunku końcowym żaden z nich się nie rozwija. Postaci się nie zmieniają, akcja nie oferuje sobą niczego nowego a wielki event, scalający całe uniwersum potraktowany jest po macoszemu. Są tutaj elementy, na które warto zwrócić uwagę (dodatkowe historie, oprawa wizualna pierwszego tomu) ale jeśli nie czujecie się wielkimi fanami Strażników, możecie śmiało ominąć tę historię.

AUTOR Chester

Ten koleś, który póki co niczego nie osiągnął, ale ma parę planów i lubi dzielić się swoją opinią.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] Garść nowych informacji na temat „Avengers: Infinity War” z D23 Expo!

W ten weekend odbywa się event poświęcony tylko i wyłącznie produkcjom Disneya oraz spólek mu …

4 komentarze

  1. jezusmarianiewytrzymie

    Pliz, przestańcie podpisywać teksty słowem ‚felieton’, gdy z felietonem nie ma to nic wspólnego.

    • Wytrzymaj, nie poddawaj się dobry człowieku. Fakt, ten tekst jest raczej recenzją. Twoja elegancka uwaga ma tu zastosowanie, więc podmieniam.

      • jezusmarianiewytrzymie

        Ten? Większość Waszych tekstów z opisem ‚felieton’ nim nie jest, a paradoksalnie są to całkiem dobre teksty. Będąc człowiekiem chamskim i przesiąkniętym cynizmem przytaczam dziennikarską definicję gatunku publicystycznego, jakim jest felieton: jeden z gatunków publicystycznych, który dotyczy przeważnie aktualnych wydarzeń i/lub problemów. Składa się często ze swobodnych dywagacji, które mogą przybierać zabarwienie satyryczne. Felieton, jako jedyny gatunek publicystyczny, dopuszcza istnienie fikcji literackiej. Jest lekki, swobodny, o barwnym, gawędziarskim stylu.
        Cholera (to słowo tu dozwolone?), mega Was uwielbiam, czytam wszystko jak leci, ale nie mogę ścierpieć, że taka strona nie wie, czy to jest felieton, czy nie… Smutek trochę.

        • Wczoraj po Twoim poście zrobiłem czystkę tych oznaczeń, bo faktycznie w pewnym momencie „felieton” zaczął pojawiać się zdecydowanie za często i w niewłaściwych miejscach. Więc sprawa została z grubsza załatwiona jeszcze przed odpowiedzią. Kłócić się z faktami nie sposób. Trafienie celne, słuszne, prowokujące do działań.

          Jeśli mogę sobie pozwolić na drobną „swobodną dywagację” dotyczącą „aktualnych wydarzeń”, zawsze mnie zastanawiała ta tendencja do egzaltacji własnych „chamskich/cynicznych” tendencji. Jest to dziś rzecz tak w dyskusjach pospolita, że w pewnym momencie zaczęły mi imponować osoby przyznające się do heroicznej, osobistej walki z tym „szepczącym do ucha diabołem”. Materiał na kolejny felieton…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *