PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [FELIETON] Podsumowanie pierwszej połowy 2 sezonu Agents of S.H.I.E.L.D.

[FELIETON] Podsumowanie pierwszej połowy 2 sezonu Agents of S.H.I.E.L.D.

Na wstępie muszę przypomnieć dotychczasowe losy tego nieszczęsnego serialu. Tak się przykro złożyło, że spora grupa oglądających odpadła już po pierwszych odcinkach. Falstart ten bezlitośnie wykorzystała konkurencja, która świetnie podbiła poziom swojego jedynego w tym czasie, superbohaterskiego produktu z Zielonym Łucznikiem. To nic, że druga połowa sezonu Agentów była wyraźnie lepsza i przebijała konkurencję, która oszczędzała budżet na finał (tak twierdzili). Utracone na początku zaufanie było bardzo trudno odzyskać. Wszystko przez to, że twórcy – Jed Whedon i Maurissa Tahonen postanowi potraktować Agentów jak produkt dla widzów mniej wymagających. W tym przypadku wiara, że do procedurali zasiadają sami „kanapowi”, mało wymagający amerykanie była stanowczo przesadzona. Nie wiem jaka idea im przyświecała gdy pisali startowe odcinki, ale przez nieudane pierwsze wrażenie nawet przełomowe wydarzenie jakim było powiązanie fabuły Winter Soldier z tą w serialu nie sprawiło, że fani komiksów radośnie wrócili do śledzenia wesołej ekipy agenta Phila.

Na szczęście drużyna w drugim sezonie nie jest już taka radosna. Czuć, że wydarzenia z końca poprzedniej serii odcisnęły piętno na członkach zespołu. Znaczenie mają tu drobne fakty, jak to, że Coulson odstawił samolot do garażu, bo w końcu paliwo kosztuje (powaga!), lecz ważniejsze okazały się zmiany personalne. W poprzednim sezonie krzywo patrzyliśmy na 3 postacie: parkę naukowców i Warda. I na szczęście ich role zostały zminimalizowane, ale również zaczęły wnosić ciekawe elementy do fabuły.
Trochę żal tutaj Fitza. Scenarzyści potraktowali go tak jak wyobrażali sobie z początku przeciętnego widza 1 sezonu. Zmiany jakie zaszły w jego mózgu na skutek niedotlenienia, silnie wpłynęły na charakterystykę postaci, model zachowania. Cierpienia naukowca autentycznie wzbudzały w widzach współczucie.
Te same emocje przyczyniły się też do sposobu w jaki zaczęliśmy odbierać Warda. Z jednej strony ukształtował się nam obraz prostaka, który co prawda pogłębiany był przez wydarzenia pierwszego sezonu, ale z drugiej dało się odczuć, że serialowego przystojniaka dręczy jakieś poczucie winy i targają nim ludzkie emocje. Może zaskakiwać też, że jego uczucie do Skye tym razem nie było „tylko pracą”, a sprawiło, że zaczął dokonywać rachunku sumienia i analizować czy jego wybory okazały się słuszne.

Drugi sezon to przede wszystkim osaczenie przez Hydrę, co sprawia, że na bohaterach ciąży niewiarygodna presja. Niewidzialny przeciwnik o nieograniczonych zasobach wzbudza poczucie bezsilności. Agent Coulson, teraz jako dyrektor tego co zostało z SHIELD, został przedstawiony jako człowiek wystawiony na działanie niewiarygodnych nacisków. Z jednej strony musi ogarnąć zasoby ludzkie, sytuację polityczną, a z drugiej poradzić sobie z konsekwencjami swojego zmartwychwstania. Ścigający go generał Talbot nie pomagał mu w pracy. I w ten sposób on również został przedstawiony jako ofiara okoliczności, a oglądanie jak sobie radzi ze swoimi słabościami jest bardzo ciekawym aspektem serialu. Można zwrócić uwagę, że za dużo tu zranionych osób, bo cierpienie dopadło też Skye, zdradzoną przez kochanka i dręczoną przez tajemnice rodzinne. Jemma także nie może sobie poradzić w nowej sytuacji personalnej.

Może to trochę zalatywać formułą Walking Dead – znany świat się skończył i oglądamy jak sobie życie organizuje  ekipa ocalałych.  Ta forma nierównej walki z potężnym przeciwnikiem okazała się sprawdzać. Zwłaszcza, że jest polana komisowymi, niemal nieograniczonymi pomysłami. Plusem okazał się też zabieg łączenia wydarzeń z przeszłości z teraźniejszością. Konsekwencje obu linii czasowych są dla nas dodatkowym smaczkiem. Zwłaszcza, że przeszłość wcale nie jest nieznana. Już one-shot o agentce Carter pokazał, że w tej postaci jest potencjał, więc warto się po raz kolejny zagłębić w sprawdzony w MCU okres i tym samym rozbudować ten wielki i piękny świat. Eksplorowanie linii czasowych uzasadniono wspólnym dla obu okresów przeciwnikiem oraz ową tajemniczą sprawą, która ciąży nad Skye i Coulsonem.

Dobrze, że agenci nie „klaustrofobizują” się już tyle czasu w 4 blachach samolotu, a rzucili się w wir akcji. Ta zerwała z proceduralną formułą, często ograniczaną przez „przeciwnika tygodnia”. Dzięki temu „hype” się nie obniżał, cliff-hangery rozbudzały wyobraźnię, a my żyliśmy w oczekiwaniu na kolejny epizod. Odpowiedzi nie okazywały się podane na tacy. Dawkowano nam za to kolejne pytania i dlatego właśnie pół-finałowy odcinek odebrał mi z wrażenia oddech.

Skrawki fabuły prowadzące do większego finału, wymagały rozbudowania obsady. Długowieczny Whitehall, pomost między przeszłością i teraźniejszością, prominentny członek Hydry, osoba o despotycznym i pokręconym charakterze, napędzanym przez ideologię swojej organizacji, stała się przeciwnikiem nie tylko zespołu Coulsona. Przez lata szkodził wielu osobom i organizacjom. Jego bezkompromisowość szokowała nas przez wiele odcinków, należy docenić wagę i rolę tej postaci. Komiksowy Kraken spełnił swoje zadanie i cieszy, że twórcy nie zamierzają doić tej postaci w nieskończoność. Pora zabrać się za większe szychy jak Baron von Strucker.

W walce z takim przeciwnikiem jak Daniel Whitehall potrzebni byli też nowi sojusznicy. Agent Koenig i jego „klony” stanowią humorystyczny akcent. Ciekawie wprowadzono zespół najemników, który dobrze się zaaklimatyzował, a największym zaskoczeniem okazała się znana z komiksów postać Bobbi Morse. Panna ta zaskakująco dobrze się prezentuje, a Palicki może być zadowolona, że nie została prowizoryczną Wonder Woman. Marvel zaoferował jej poważniejszą rolę niż DC, które co prawda produkowało masę seriali, lecz nigdy nie zrobiło nic bardziej wybitnego. Odpowiednik Barbary, niejaka Laurel z Arrow, wygląda przy niej – moim zdaniem – żałośnie. A oceniam nie tylko wygląd, ale przede wszystkim charakter postaci.
Serial dzięki urozmaiceniu osobowości postaci oraz dodaniu nowych, poprawnie napisanych bohaterów, zaoferował nową jakość, którą fani chcieli zobaczyć przy starcie serialu.

Jednak niezależnie od tego, jak świetnie oddano by bohaterów, to fabuła jest największym magnesem. Nie mam wątpliwości, że to co się dzieje jest preludium do czegoś większego, wydarzeń w skali całego MCU. Przy braku praw do ekranizacji X-Menów, Marvel nie ma wyjścia i musi wprowadzić na ekrany odpowiednik mutantów. I dlaczego nie miałby zrobić tego z przytupem? Właśnie w taki, spektakularny sposób, często z opadem szczęki, poznajemy kolejne elementy układanki związanej z pojawieniem się kosmitów rasy Kree na Ziemi oraz następstwem tych wizyt w postaci powstania Inhumans. Niebiesko-skórych znamy już ze Strażników Galaktyki, więc oglądając serial doznajemy tego miłego uczucia, że wszystko pasuje i wiemy o co chodzi. Takie są plusy budowania szerokiego świata.

Nie mam wątpliwości, że serial rozpoczął nową falę zainteresowania patentami Marvela. Strażnicy Galaktyki zyskali sławę dzięki dobrze dobranej konwencji i wielkiej dbałości studia o jakość wykonania, a teraz podobny los czeka królewską rodzinę Inhumans. I muszę przyznać, że mniejsza popularność tej rasy wcale nie jest minusem. Z mutantami wiele razy, czy to w filmach, grach czy serialach animowanych, przeżyliśmy już niemal wszystkie ikoniczne komiksowe momenty. A tajemnicza przedwieczna rasa to jeszcze poza komiksami coś nieodkrytego, coś co nie będzie jechać na oklepanych w kinie schematach.
W finale mid-sezonu zostaliśmy potraktowani nokautującymi zdarzeniami. Tajemnicze symbole w końcu doprowadziły nas do ukrytego miasta i jak się okazuje, konsekwencje jego odkrycia dopiero będziemy poznawać. Skye, która okazała się być znaną z komiksów Daisy Johnson aka Quake, także Raina, która zmieniła się nie do poznania, czy tajemniczy osobnik z artefaktem w dodatkowej scenie, to wszystko rozbudziło u widzów solidny „nerdgazm”. Furtka jest otwarta szeroko, lecz w przygody agentów zanurzymy się ponownie dopiero w marcu 2015. Wcześniej przyjdzie nam skonfrontować się z Agentką Carter, która w swoim serialu na pewno rozbuduje niektóre wątki. I tu kolejna pochwała dla Marvela, gdyż takie rozwiązanie wypełnia nam wiele tygodni wysokiej klasy rozrywką, bez większych przerw w emisji.

Fani komiksów dostali wreszcie wysokiej klasy produkt. Spójność uniwersum, dobrze napisana fabuła, czy przyzwoity budżet, pozwalają cieszyć się nam serialem bez zbędnego wytykania prowizorki. Cieszy mnie też duża ilość postaci z komiksów, w pierwszym sezonie tego brakowało. Marvel udowodnił, że w wielkim uniwersum może istnieć autonomiczny serial i świetnie sobie radzić. Szkoda, że konkurencja nie podjęła rękawicy i się rozdrabnia zamiast wyciągać co najlepsze z posiadania jednolitego, filmowo-telewizyjnego świata.
Agenci na pewno jeszcze nie raz nas zaskoczą. Końcówka serialu będzie się pokrywać z premierą Avengers: Age of Ultron i jak zapowiadają twórcy, losy obu produkcji w jakimś stopniu się przetną. Ale zanim do tego dojdzie, mamy jeszcze wiele wątków do pociągnięcia, choćby ostateczny los Deathloka. Jeśli mówimy o Avengers, to warto podkreślić, że Scarlet Witch oraz Quicksilver – oryginalnie dzieci potężnego mutanta imieniem Magneto – prawdopodobnie przedstawieni zostaną jako członkowie Inhumans. Miałoby to sens, gdyż Daisy w komiksach też była w jakimś stopniu mutantką.

Gdy chodzi o seriale, to Marvel zawsze był w cieniu DC, a teraz wygląda na to, że Dom Cudów konkuruje na tym polu sam ze sobą. Stacja CW ze swoimi „dziełami” stara się zrobić co może, ale progi są dla nich za wysokie. Gotham jest niezłe, ale istnieje samo dla siebie, z niczym się nie łączy, a wręcz często nieprzyjemnie obnaża wyobrażenia włodarzy DC Comics, o tym, że lepiej robić serial z otoczeniem głównego bohatera, niż z nim samym. Zupełnie niczym ostatni pomysł na fabułę dotyczącą przygód dziadka Supermana… Constantine już upadł, a nadchodząca Supergirl też nie zapowiada się na nic wybitnego.

Brzydkie kaczątko, które zamieniło się w pięknego łabędzia. Agent’s of SHIELD już powoduje, że wielu zawiedzionych fanów szybko nadrabia zaległości, a miłośnicy Arrow przechodzą na drugą stronę barykady. Pierwsze odcinki drugiego sezonu okazały się największym zaskoczeniem. Oglądalność się poprawia, więc i stacja jest zadowolona, triumfuje też Kevin Faige siedzący w fotelu i bez stresu popijający whisky, ale najbardziej zadowoleni są chyba fani.

Autor: Adolf

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Thor J. Michaela Straczynskiego

Wydany w Dzień Dziecka album zatytułowany po prostu Thor (bez żadnego rozwinięcia, podtytułu czy charakterystycznego …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *