PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / [FELIETON] One-Punch Man

[FELIETON] One-Punch Man

Każdy, kto próbował tworzyć komiksy, chciałby by jego dzieło stało się popularne. Dotarło do milionów odbiorców na całym świecie, zostało zaadaptowane do innych mediów, jak kreskówki i filmy, a jego bohaterowie znaleźli się na półkach sklepów z zabawkami. Taki też sen miał ONE, autor oryginalnego webkomiksu One Punch Man. Osiągnął to dzięki niezwykłej wytrwałości. Wystarczyło 100 pompek, 100 brzuszków, 100 przysiadów i 10 kilometrowa przebieżka, każdego dnia! Bez względu na to jak ciężko było, nawet jeśli miałby wyłysieć! O, przepraszam. Rutynę komiksiarza pomyliłem ze sposobem na zostanie najsilniejszym superbohaterem na powierzchni planety.

ONE

Dwunasto-odcinkowa animacja (czy jak ktoś woli anime) One Punch Man powstała na podstawie japońskiego komiksu (czy znów dla tych co uwielbiają widzieć obco brzmiące słówka, będzie to manga), który to z kolei jest adaptacją webkomiksu. Jak możecie domyśleć się ze wstępu, sama historia powstania tej animacji to niemal hollywoodzka opowiastka. Od zera do bohatera. Autor materiału źródłowego, ukrywający się pod pseudonimem ONE, zaczął rysować swoje dzieło po godzinach, jako hobby, jednocześnie marząc, że kiedyś będzie to jego główne źródło zarobków. Jego komiks stopniowo zdobywał co raz to większą popularność, w tym zaskarbił sobie serce pewnego profesjonalnego rysownika z wieloletnim stażem w branży. Mowa tu o niejakim Yusuke Murata, ilustratorze znanym choćby z serii Eyeshield 21, dzięki którego staraniom, po mocnej przeróbce wizualnej One Punch Man stał się jednym z filarów japońskiego magazynu komiksowego Weekly Shonen Jump, w którego cyfrowej wersji ukazuje się on na zachodzie. Ten kojarzy chyba każdy miłośnik japońskiej sztuki komiksowej i na jego kartach debiutowały takie tytuły jak choćby Dragon Ball, Naruto, czy One Piece. Kiedy odniesie się sukces w Jumpie, to droga do tego by dzieło stało się animowane jest już naprawdę krótka. Japońska wersja One Punch Mana jest z kolei publikowany na stronie internetowej magazynu w Young Jump Web Comics i szybko wspięła się na szczyt popularności.

Szatan Śmierdziuszko w swej bojowej formie inspirowanej słynną postacią z gier firmy Blizzard

Łysy w pelerynie, bohater hobbysta

Zarówno na kartach komiksu, jak i w przypadku animacji, śledzimy przygody tytułowego One Punch Mana. Jak sama nazwa wskazuje osobnik, którego prawdziwe imię brzmi Saitama, jest bohaterem, przedstawionym jako ktoś mogący pokonać każdego przeciwnika pojedynczym ciosem. Wielka moc wiąże się więc jednocześnie z wielką nudą, bo jaka to frajda być herosem, przed którym nie stoją już żadne wyzwania. Jest to sytuacja o tyle tragiczna, że Saitama, sam zwykł określać się mianem bohatera dla zabawy (w polskim tłumaczeniu – „bohater z zamiłowania”).

Siła nie gwarantuje jednak wielkiego intelektu i nie można powiedzieć, że One-Punch Man jest wyjątkowo bystrym osobnikiem. Wręcz przeciwnie, w tej materii jest wyjątkowo przeciętny, żeby nie użyć bardziej nieżyczliwych określeń. Nie można się więc po nim spodziewać zbyt wielu długich filozoficznych monologów, które są domeną zachodnich superbohaterów. On stara się być herosem w najczystszej postaci, co wiąże się głównie z przerabianiem potworów na krwawą papkę, tym samym broniąc zwykłych ludzi.

Podobnie przeciętnie prezentuje się jego budżet, co wiąże się z tym, że portfel Saitamy najczęściej znajduje się w stanie, który najlepiej zrozumieją chyba biedni, głodujący studenci. W takim przypadku największym wyzwaniem stojącym przed naszym bohaterem, nie są żyjące w opustoszałej okolicy, w której mieszka ze względu na niski czynsz, potwory, a codzienna egzystencja. Ta wiąże się głównie z opłaceniem posiłków i innych rachunków. Masa małych, zwykłych rzeczy, z którymi łatwo jest się identyfikować przeciętnemu czytelnikowi. Choć chyba nikt z nas pędząc by zdążyć na mięsko w promocji z hipermarketu nie musiał się zmagać z zagrażającym miastu monstrum. Właśnie na tym pojedynczym gagu opiera się lwia część serii. I o ile mogło by się wydawać, że tego typu żart powinien szybko zapuścić brodę, której nie powstydziłby się żaden krasnolud, to jakoś trzyma się on do końca animowanej serii, a wielu będzie się zarzekało, że działa nawet w nowo publikowanych odcinkach komiksu.

Sporo w tym zasługi przypada temu jak zaprojektowany jest główny bohater. Jest niczym modernistyczna architektura, minimalistyczny aż do bólu. Zawiera wszystko czego potrzebuje postać, by można było ją identyfikować z człowiekiem w superbohaterskim trykocie i nic więcej. Ludzka sylwetka, peleryna, jednoczęściowy, żółty kombinezon, pasek i para czerwonych rękawic i butów. Dodajmy do tego niezwykle proste rysy twarzy i skalp, który stał się kompletnie nagi od wytrwałego treningu, a otrzymamy bohatera, którego mógłby wymyślić przeciętny uczeń podstawówki. Jest to jednocześnie bardzo dobrze wykorzystany dowcip i w pewnym sensie komentarz odnoszący się do tego, jak głównego protagonistę projektuje się w większości japońskich komiksów. Jeśli ktoś ma być rysowany przez parę lat, w prawie każdym panelu komiksu, to musi być na tyle prosty, by dało się to zrobić w miarę szybko. Taka filozofia przyświeca wielu japońskim designom.

Komarzyca w swojej pierwotnej formie (po lewej) oraz w pełni wyewoluowanej formie (po prawej)

W dodatku zarówno w animacji, jak i w komiksie, często sposób przedstawienia Saitamy, kontrastuje zresztą oprawy. Gdy otoczenie i inni bohaterowie odznaczają się wysoką ilością detali, on sam pozostaje tym samym niewzruszonym, narysowanym ręką amatora, sobą – wyciągniętym niemal z oryginalnego webkomiksu ONE. Świetnie oddaje to zblazowanie i brak zainteresowania herosa, którego rysy tężeją i zyskuje on bardziej pasującą do świata formę, jedynie gdy znajdzie coś na czym jest w stanie skupić swoją uwagę. Coś, co może być wyzwaniem dla człowieka, któremu wystarczy jeden cios, by rozprawić się niemal z każdym przeciwnikiem. To bardzo dobry wizualny gag, który może i jest trochę nadużywany, jednak do tej pory, nie zdążył mi się znudzić. Tak więc, za każdym razem, gdy widzę pogrążoną w błogim uśmiechu, przyozdobioną owalnymi oczami, łysą facjatę, która na tle reszty świata prezentuje się niemal jak coś z japońskiego horroru, na mej twarzy pojawia się szczery uśmiech.

Dom wariatów

Za przeniesienie One Punch Mana z kart komiksu w świat animacji odpowiedzialne jest studio Madhouse. Znane jest ono z wysokiej jakości produkcji, które naprawdę potrafią błyszczeć, szczególnie jeśli porównamy je do innych tytułów powstających w Japonii. Odpowiedzialne było ono choćby za animowane Hajime no Ippo, Trigun (oba ze wspaniałym soundtrackiem Tsuneo Imahori), Hellsing, Death Note, Paprika, Tokyo Godfathers, Batman: Gotham Knight, a także pokaźną liczbę innych projektów, z których większość wyróżnia się naprawdę pieczołowitą oprawą. Jeśli ktoś interesuje się japońską animacją istnieje duża szansa, że spotkał się przynajmniej z jednym dobrym tytułem, w którym palce maczało studio Madhouse.

One Punch Man stanowić mógł jednak pewne wyzwanie, ze względu na to, że remake stworzony przy pomocy nielichych umiejętności doświadczonego Yusuke Muraty często potrafił zaskakiwać naprawdę niesamowitymi rysunkami. W dodatków wiele z kadrów jego autorstwa można było ułożyć w bardzo sprawnie działające, małe animacje (co użytkownicy internetu od lat wykorzystywali tworząc z nich gify), których reinterpretacja w nowej serii, w pełnym kolorze, mogła być sporym problemem; szczególnie przy telewizyjnym budżecie. Na szczęście animatorzy poradzili sobie ze stawianym przed nimi zadaniem śpiewająco. Tam gdzie trzeba ograniczając nieco animację i dając z siebie wszystko, gdy sceny akcji tego wymagały. Czasem nawet popuszczając trochę wodzę, zazwyczaj rygorystycznej, japońskiej kresce, wchodząc w bardziej bazgrołowate rejony, choćby w jednej scenie, która okazała się senną marą. Do animacji nie można naprawdę mieć zbyt wielu zarzutów i potrafi ona naprawdę cieszyć oczy.

Genos – wierny sidekick mistrza Saitamy

Dodajmy do tego jeszcze świetny soundtrack, który pasuje do serii jak dobrze dobrany garnitur. Począwszy od całkiem strawnej czołówki (a ja jestem kimś, kto zazwyczaj stara się przewinąć pierwsze parę minut japońskiej animacji, by uniknąć otwierającej je muzyki), która we właściwy sposób przygotowuje nas do kolejnego odcinka, a skończywszy na mniejszych utworach, stanowiących jedynie niemal niezauważalne tło. Muzyka w One Punch Man naprawdę może się podobać, a w najgorszym wypadku nie będzie Wam w seansie przeszkadzać. Gdy trzeba przygrywają nam gitarowe riffy, które świetnie nadają tępo akcji, kiedy indziej mamy do czynienia z bardziej elektronicznymi brzmieniami, a kiedy Saitama buja w obłokach, ilustruje to czymś bardziej bluesowym.

W dwunastu odcinkach animacji zawarty został pierwszy, większy rozdział komiksu, na który składa się, w przybliżeniu, jakieś 36 pierwszych odcinków mangi. Każdy odcinek jest interesujący, nie ma specjalnych dłużyzn, z których słynął choćby Dragon Ball, a seria kończy się zdecydowanie na wysokiej nucie. Ogólnie jest zwięźle i pięknie. Dlatego nawet jeśli ktoś czytał komiks, warto sięgnąć po jego animowaną wersję. Możemy liczyć także, że przygody Saitamy będą kontynuowane, bo seria sprzedała się dobrze nie tylko w Japonii, ale także poza jej granicami.

Taki głupi, że aż mądry

One Punch Man to parodia i dobra komedia. Dobrzy przedstawiciele tego gatunku mają w swoim repertuarze nie tylko niewybredne żarty, od których seria nie stroni, ale także parę innych sztuczek, pozwalają z błazenady uczynić sztukę. Przygody Saitamy to komentarz skierowany zarówno w stronę zachodniego komiksu superbohaterskiego, jak i jego japońskich odpowiedników, w postaci wszelkiej maści mang skierowanych do chłopców w wieku szkolnym, najczęściej określanych jako Shonen. Początkowa prostota historii i pozorne nieskompilowane głównego bohatera są w rzeczywistości częścią meta gry, jaką autor prowadzi z widzem.

Nawet fabuła i świat komiksu, z początku wydające się być jedynie pretekstem do tego, by pokazać siłę głównego bohatera, z czasem zyskują niespotykaną głębię. Świetnie sprawdzają się też jako nośnik dla paru subtelnych żartów, które mogą umknąć widzowi przy pierwszym kontakcie z dziełem ONE. Sam spotkałem się z paroma szczegółami, które umknęły mi przy kontakcie z komiksem, a z których zdałem sobie sprawę dopiero oglądając animację. Choćby Stowarzyszenie Bohaterów, którego częścią jest główny bohater, jest swego rodzaju lustrzanym odbiciem japońskich korporacji, w których każdy ma swoje miejsce, a hierarchia często jest zależna od wyników dziwnych arbitralnych testów. One Punch Man jest tworem o wiele mądrzejszym niż wskazywała by na to powłoka z komedii i akcji. Autor jest świadom tego jak wtórne potrafią być komiksowe światy i bohaterowie. Pośród masy ogólnikowych nazw i mało kreatywnych projektów bohaterów, zdaje się chwytać istotę tego, co w komiksie jest najważniejsze. Przednio bawi się konwencją i rozumie jej prawa. W końcu nie na co dzień spotkać można protagonistę, którego Stowarzyszenie Bohaterów całkiem poważnie ochrzciło oficjalnym kryptonimem Łysy w pelerynie (Caped Baldy).

Naddźwiękowy Sonic. Tak, Genos też uważa, że to masło maślane a nie groźna ksywka 🙂 

ONE zadaje pytania dotyczące tego, co czyni bohatera komiksu interesującym. Przygody jakich herosów chcą śledzić czytelnicy i jak taki ideał zbudować. Są to zagadnienia, z którymi zmierzyć się musi każdy początkujący pisarz, czy rysownik, nie tylko twórca komiksu. W pewnym sensie One Punch Man pokazuje nam podręcznikowy przykład tego, jak można podejść do tego zagadnienia i odnosi spektakularny sukces. Bo standardowy superman, ubermensch, nadczłowiek, z którym problemy ma wielu współczesnych zachodnich twórców komiksów, wcale nie musi być nudny. Jego siła wcale nie musi być odpowiedzą na wszelkie problemy współczesnego świata i wcale nie musi się z nią wiązać wielka odpowiedzialność. Może iść z nią w parze wielka monotonia, na którą tylko trzeba znaleźć sposób. W rzeczywistości każdy ma jakąś niedoskonałość, nawet Superman, trzeba tylko wiedzieć, gdzie jej szukać. Wcale nie muszą to być ogromne, sprzeczne z charakterem postaci skazy, bo i na rzeczach małych można zbudować całkiem ciekawą historię.

One Punch Man w moim przekonaniu może się podobać zarówno miłośnikom wszystkiego, co wyprodukował kraj kwitnącej wiśni, jak i tym, którzy zazwyczaj stronią od tworów Nipponu i wolą trzymać się bliżej europejskiego kręgu kulturowego. Polecam zarówno publikowany na Young Jump Web Comics komiks, jak i jego animowany wariant. To, po którą wersję sięgniecie, będzie zależało od indywidualnych preferencji każdego z Was. Ciężej jest mi polecić oryginalny webkomiks autorstwa ONE, który ze względu na swoją dość spartańską formę może okazać się ciężkim orzechem do zgryzienia. Do dziś jego kolejne odcinki udostępniane są za darmo na stronie autora, choć jedynie w języku japońskim. W sieci można się natknąć na liczne fanowskie tłumaczenia jego prac i jeśli nie straszne są wam bazgroły osoby, która dopiero zaczyna uczyć się rysować (nawet dziś, po latach jego pracom wciąż daleko do profesjonalizmu), możecie spróbować oryginału. Reszcie jednak polecam bardziej profesjonalne adaptacje One Punch Mana, szczególnie, że wydawnictwo JPF opublikowało już pierwsze tomy komiksu po polsku, a jak ktoś zna japoński może spróbować pierwotną, oficjalną, darmową publikację na Young Jump Web Comics.

AUTOR Mateusz Dąbrowski

Ilustrator. W jego żyłach płynie mieszanka ołówkowego grafitu, tuszu i cyfrowej farby. Czasem jednak musi wystukać swą opinię przy pomocy klawiatury, czy to w momencie zachwytu, czy też typowej geekowskiej złości, gdy ktoś dokonuje gwałtu na popkulturze.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Kolor z Innego Wszechświata

Tanabe Gou, autor wydanego w Polsce w 2015 roku komiksu Ogar i inne opowiadania, nie …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *