PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [FELIETON] Komiksowe początki słynnej sagi, czyli klasyczne Star Wars od Marvela

[FELIETON] Komiksowe początki słynnej sagi, czyli klasyczne Star Wars od Marvela

Gdy w 2012 roku Lucasfilm zostało wykupione przez Disneya, naturalną konsekwencją tej transakcji było także odzyskanie przez Marvela praw do pisania komiksów dziejących się w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Stanowiło to swoisty powrót do korzeni – właśnie to wydawnictwo w połowie lat 70. jako pierwsze zainteresowało się nieznaną, znajdującą się dopiero w powijakach marką.

star-wars-cover-2

Do współpracy zapewne by nie doszło, gdyby nie upór pewnego doradcy marketingowego, który zawzięcie dążył do tego, żeby kręcona w tamtym czasie w Tunezji Nowa Nadzieja doczekała się komiksowej adaptacji. Odmowa Stana Lee nie zraziła Charlesa Lippincotta, który niedługo później zgłosił się do Roya Thomasa, wówczas drugiej najważniejszej w Marvelu persony. Naczelny obejrzał przygotowane na potrzeby filmu szkice produkcyjne i obiecał, że porozmawia z szefem. Wstawiennictwo Thomasa, który jak dotąd miał nosa do takich projektów, zaowocowało zmianą zdania u Lee. Wydawnictwo zaczęło więc prace nad obejmującą sześć zeszytów adaptacją. Pierwsze trzy numery ukazały się w sklepach jeszcze przed premierą Nowej Nadziei.

Scenariuszem zajął się sam Thomas, rysunkami zaś Howard Chaykin. Duet dość wiernie przełożył na karty komiksu filmowy skrypt. Już prolog zdradza jednak, że twórcy mieli do czynienia z jego wcześniejszą wersją. Historia rozpoczyna się bowiem od dwóch przeplatających wątków – ataku Imperium na statek z księżniczką Leią na pokładzie oraz wizyty na Tatooine, gdzie poznajemy Luke’a, obserwującego kosmiczną bitwę ze swojej rodzimej planety. Początkowe sekwencje ze Skywalkerem Lucas wykreślił z ostatecznego szkicu scenariusza, o czym Thomas prawdopodobnie nie wiedział, pisząc komiks.

star-wars-comics-1

W adaptacji znalazła się również scena z udziałem Jabby, której reżyser także nie wykorzystał w oryginalnej wersji filmu. Dokooptowano ją do Nowej Nadziei dopiero przy okazji wydania rozszerzonej edycji w 1997 roku. Dodatkowo zaprojektowany przez Chaykina Jabba kompletnie nie przypomina postaci, która zadebiutowała kilka lat później w Powrocie Jedi. Zamiast doskonale utrwalonego w popkulturze wizerunku ohydnego, zielonego monstrum, w komiksie widzimy człekokształtną istotę z małpią twarzą i bokobrodami.

Na tym wszystkie większe nieścisłości się kończą. Pozostałe różnice wiążą się jedynie z inną interpretacją pewnych sytuacji (jak np. śmierci Obi-Wana) i raczej nie rzucają się tak mocno w oczy. Co najważniejsze, nie wpływają negatywnie na odbiór sześciu zeszytów, które pozostają udanym przełożeniem Nowej Nadziei na komiksowe medium. Także za sprawą warstwy graficznej. Większość ilustracji autorstwa Chaykina jest naprawdę staranna. Rysownik z dużą dokładnością oddał twarze aktorów i stroje granych przez nich postaci, dzięki czemu czuć w całości ducha filmowej sagi. Seria Star Wars rozpoczęła się więc iście obiecująco.

star-wars-comics-2

Niestety, w chwili, w której Thomas musiał zacząć dodawać coś od siebie i rozbudowywać stworzony przez Lucasa świat, poziom periodyku drastycznie spadł. Wraz z siódmym numerem, będącym zarazem pierwszym samodzielnie napisanym przez scenarzystę, komiksowe Gwiezdne Wojny stały się wzorowym przykładem kampu i kiczu. Oddaliły się od znanej z kin space opery, niebezpiecznie zbliżając się klimatem do dzieł pokroju Flasha Gordona. Samo to nie byłoby oczywiście niczym złym, nieprzypadkowo przygody stworzonego przez Alexa Raymonda herosa stanowiły dla Lucasa główną inspirację. Problem w tym, że w trakcie realizacji Star Wars ewoluowało na tyle, że zdołało uzyskać własną tożsamość. Nowa Nadzieja miała interesujące postacie i była stylistycznie spójna. Komiksy natomiast zaczęły wprowadzać nowe, zupełnie niepasujące do tego świata elementy.

Po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci drogi Hana i reszty głównych bohaterów się rozchodzą. Przemytnik odbiera swoją nagrodę i razem z Chewie’m leci do Jabby, żeby spłacić zaciągnięty u niego dług. Po drodze wpada jednak w sidła kosmicznych piratów i traci wszystkie pieniądze. Pisząc „piratów” mam tu na myśli najprawdziwszych korsarzy – takich z szabelkami i opaskami na oczy. Zaraz potem Solo dowiaduje się, że w galaktyce istnieją religijni fanatycy, którzy nie tolerują cyborgów, czyli ludzi utrzymywanych przy życiu przez techniczne protezy. Autorskie pomysły Thomasa kończą się już po dwóch numerach. Świadczyć może o tym fakt, że kilka następnych zeszytów jest niezbyt zgrabną kalką Siedmiu samujarów Kurosawy. Mieszkańcy małej wioski terroryzowanej przez niejakiego Arrogantusa proszą Hana i Chewbaccę o pomoc. Ci, chcąc szybko zarobić trochę grosza, przystają na ofertę, po czym szukają ochotników, chętnych wesprzeć ich w walce z okrutnikiem.

star-wars-comics-3

Zebrana przez Solo banda doskonale obrazuje jaki problem mają komiksy Thomasa. Stworzeni przez niego bohaterowie są nie tylko niezwykle infantylni, ale też całkowicie chybieni. To ostatnie istoty jakie dziś wyobrazilibyśmy sobie w kontekście Gwiezdnych Wojen. We wspomnianej gromadzie znalazło się miejsce m.in. dla farmera o imieniu Starkiller (będącego oczywiście łopatologicznym odpowiednikiem Luke’a), odzianej w samą bieliznę Amaizy, wielkiego granatowego kota Hedjiego oraz ekscentrycznego Dona-Wana Kihotaya, święcie przekonanego że jest jednym z ostatnich żyjących rycerzy Jedi (tego nawiązania nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć).

Symbolem wszystkich tych nietrafionych pomysłów stał się antropoidalny zielony królik Jaxxon. Postać ta wypada tym bardziej komicznie, że scenarzysta usilnie kreuje ją na cynicznego twardziela. Jaxxon do dziś jest obiektem żartów w środowisku fanów. Śmiało się z niego nawet samo wydawnictwo. Gdy prawa do Gwiezdnych Wojen wróciły po latach do Marvela, „Dom pomysłów” przygotował liczne warianty okładkowe do pierwszego numeru wznowionej serii. Jeden z nich przedstawiał właśnie Jaxxona, dobijającego się do drzwi zabarykadowanych przez Hana, Luke’a, Leię, Chewbaccę, R2D2 oraz samego Dartha Vadera.

star-wars-comics-4

Dziewiąty zeszyt Star Wars był ostatnim, nad którym pracował Roy Thomas. Chaykin z kolei pożegnał się z serią numerem dziesiątym, napisanym gościnnie przez Dona Gluta (późniejszego autora książkowej adaptacji Imperium kontratakuje). Od następnego pieczę nad serią sprawowali już Archie Goodwin oraz Carmine Infantino.

Nowi twórcy nie podejmowali co prawda aż tyle złych decyzji, co ich poprzednicy, ale nie oznacza to, że tytuł z miejsca wyzbył się wad. Jego największym mankamentem pozostawał typowy dla lat 70. sposób narracji, cechujący się nadmierną, niezwykle męczącą ekspozycją. Komiksy Goodwina przepełnione są tekstem, który służy wyłącznie temu, żeby ubrać w słowa to, co widzimy na rysunkach. Na dłuższą metę jest to strasznie uciążliwe i odbiera całą przyjemność z czytania.

Scenarzysta kieruje Luke’a i spółkę na pokrytą wodą planetę, nasyła na nich kolejnego złoczyńcę, nienawidzącego droidów Valance’a i przy użyciu retrospekcji opowiada epizod z czasów, gdy Skywalker mieszkał na Tatooine. Goodwin przedstawia też czytelnikom „The Wheel”, największe kasyno w galaktyce, gdzie Han i Chewbacca niczym gladiatorzy zostają zmuszeni do walki. Powraca także sam Darth Vader.

star-wars-comics-5

Ostatnim przystankiem głównych bohaterów przed wydarzeniami z Empire Strikes Back jest starcie z Baronem Tagge, głową Tagge Company, czyli firmy zajmującej się budową i produkcją maszyn na użytek Imperium. Historie te, mimo że nadal znacznie gorsze od Nowej Nadziei, są już odrobinę bliższe temu, co znamy z filmów. Nie gryzą się z wizją Lucasa tak bardzo jak wcześniejsze komiksy Roya Thomasa.  Nie da się jednak ukryć, że fabuły, które śledzimy na łamach serii są w gruncie rzeczy bardzo bezpieczne i przewidywalne. Ciężko obarczać autora winą o to, że nie mógł swoimi scenariuszami namieszać w statusie quo. W przygotowaniu był przecież następny film. Aż do czasu jego premiery, Goodwin miał zatem niejako związane ręce.

Nie usprawiedliwia to natomiast wałkowania przez niego ciągle tych samych motywów. W trakcie jego runu Han, Leia oraz Luke nie zyskują żadnych nowych cech, ani nie zostają nawet w najmniejszym stopniu rozwinięci. Pierwszy z nich pozostaje wiecznie wpadającym w tarapaty arogantem, księżniczka po raz kolejny udowadnia, że jest świetną przywódczynią, a Skywalker nie przestaje rozpaczać po śmierci Obi-Wana i zagłębia się w tajniki Mocy. Scenarzysta nie oferuje w tej kwestii nic, co jakkolwiek rozbudowałoby charaktery tych postaci lub pozwalało poznać ich od innej strony.

star-wars-comics-6

A gdy Goodwin decyduje się już zaryzykować i próbuje zamknąć wątek długu Jabby, niemal natychmiast musi to odkręcać. W komiksie Han i Chewie zdołali dogadać się z „The Huttem”, ale ten i tak parę zeszytów później znalazł sobie powód, żeby znów ich ścigać. Wszystko to scenarzysta przedstawia na dwa numery przed startem Empire Strikes Back, na jednej stronie, w kompletnie niezwiązanej z resztą historii scence. Sposób w jaki scenarzysta naniósł tę poprawkę, jak i to, że aż do premiery piątego epizodu kontynuował z dzisiejszej perspektywy kłopotliwy romans Luke’a i Lei, potwierdzają tylko, że Lucas raczej nie informował go o swoich planach. To zrozumiałe, że Goodwin musiał dostosowywać się do wizji reżysera, a nie odwrotnie.

W numerze #39 rozpoczyna się już fabuła, którą widzowie poznali w Imperium kontratakuje Irvina Kerschnera. Na tym etapie zakończymy omawianie klasycznych Star Wars od Marvela. W momencie, w którym do kin weszła druga część sagi, komiksy z badawczego punktu widzenia straciły swój urok. Tym, co czyni tamte historie interesującymi dla współczesnego czytelnika, jest bowiem świadomość, że Thomas i Goodwin tworzyli je w czasach, w których niemal nikt nie wiedział jeszcze dokąd będzie zmierzać saga George’a Lucasa. Dostali szansę, o której wielu mogłoby dziś zatem tylko pomarzyć. Dano im możliwość dołożenia cegiełki do budowy uniwersum, które później miało zyskać olbrzymią popularność i rozrosnąć się do gigantycznych rozmiarów.

Mimo przeciętnego poziomu serii, warto ją sprawdzić. Właśnie dlatego, że pozwala spojrzeć na Gwiezdne Wojny, nie jako na coś, co po prostu powstało i z miejsca zawładnęło światem, a jako na franczyzę, która także dojrzewała i mogła podążyć w każdym kierunku. Gdyby oczywiście Lucas machnął na nią ręką i porzucił po nakręceniu Nowej Nadziei. Dla fanów Gwiezdnych Wojen będzie to nie lada ciekawostka. Ciężkostrawna i infantylna, ale na swój sposób fascynująca.

AUTOR Maurycy Janota

Niegdyś podziwiał Batmana, ale odrobinę się od niego oddalił, gdy tylko lepiej poznał postać Daredevila. Od tamtej pory nadrabia wszystkie tytuły z udziałem Matta Murdocka i Elektry. Poza tym fan Sylvestra Stallone'a, Wonder Woman, Gwiezdnych Wojen, Batwoman oraz dawnego Franka Millera.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[NEWS] „Przetrwamy Zjednoczeni” sloganem „Tajemnego Imperium”

Jakiś czas temu Marvel Comics ogłosili nowy event w ich komiksowym uniwersum. Wraz z ogłoszeniem …

2 komentarze

  1. Będą jeszcze teksty pana Janoty o komiksach ze Star Wars? bardzo mi się podobał ten.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *