PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / [FELIETON] Dragon Ball – Sezon 1

[FELIETON] Dragon Ball – Sezon 1

Dragon Ball to dzisiaj klasyka. Osobiście nie spotkałem jeszcze osoby, która nie słyszałaby nic o tej serii. Każdy ją kojarzy, DB to marka tak rozpoznawalna jak Batman lub Spider-man. Nawet jeśli ktoś nie ogląda tego typu produkcji i tak wie ,,z czym to się je”. Jednak jaki obraz maluje nam się przed oczami gdy usłyszymy słowo Dragon Ball? Oczywiście każdy w tym momencie przypomina sobie Super Sayiajina Goku ze sterczącą blond fryzurą, niczym u jakiegoś nazistowskiego archetypu przedstawiającego idealnego człowieka. Później pewnie wszyscy pomyślą o Picollo, Vegecie oraz o przeciwnikach takich jak Freezer, Cell, czy Majin Buu.

Symbolem i synonimem franszyzny stała się seria Z. To ona jest najbardziej rozpoznawalna i o niej mówi się najwięcej. Ale wszyscy wychowankowie DB wiedzą, że zanim Raditz przybył na Ziemię, Goku i jego przyjaciele zdążyli już przeżyć masę przeróżnych przygód. Piję oczywiście w kierunku pierwszego DB powstałego w 1986 roku. Wielokrotnie spotykałem się z sytuacją, w której ludzie kochający się w twórczości Toryiamy mieli znikome pojęcie na temat serii poprzedzającej legendarną „Zetkę„.
W tym artykule skupię się właśnie w całości na tej – zapomnianej nieco dziś – serii będącej przecież podstawą dla całej kultowej franszyzy.

EMPEROR PILAF SAGA

26 lutego 1986go roku, miał swoją premierę pierwszy odcinek nowego serialu animowanego. Opowieść o 12-letnim chłopcu, żyjącym w górach, nie mającym zielonego pojęcia o istnieniu świata znajdującego się poza jego górskim podwórkiem.
Dla kogoś uznającego jedynie serię Z, Saga Pilafa może być ciężka do przebrnięcia. Walki mają tutaj niewielkie znaczenie. Gatunek jaki reprezentuje serial to komedia i przygoda, niewiele ma wspólnego z pełnym patosu, poważnym i brutalnym DBZ. Klimat EPS jest bardzo lekki i niezobowiązujący, niczym wakacyjna letnia przygoda. Przypominają się czasy kiedy samemu było się w wieku Goku, miało znikomą wiedzę o świecie, za to głowę pełną szalonych pomysłów i marzyło się by z grupą przyjaciół poznawać świat.
Pilaf Saga na pewno zapisała się w pamięci Polaków poprzez aferę jaką parę lat temu wywołał TVN. Tym sposobem przechodzimy do ważnego elementu serialu, czyli humoru. Żarty są bardzo proste, niewymagające, rubaszne, nie wahałbym się nawet użyć wyrażenia prymitywne. Wielki stary wulgarny kobieciarz Master Roshi dzisiaj jest już postacią kultową i dla wielu jego osoba to jeden ze znaków rozpoznawczych serii. Wiele jest tutaj niewybrednych sprośnych żartów, jasno dających do zrozumienia, że nie jest to produkcja dla dzieci.


Postaci ukazane są w sposób humorystyczny. Goku to ciemniak, który nic nie wie, Bulma jest inteligentna, ale to kompletna materialistka, gotowa zrobić wiele [ze zdradą i porzuceniem przyjaciela włącznie lub pokazywaniem majtek na prawo i lewo] by tylko osiągnąć cel, Yamucha to pustynny bandyta napadający ludzi, panicznie bojący się jednak kontaktu z kobietami, a Oolong, podobnie jak Roshi, też jest „zboczeńcem”.
Jak widać, każda z tych postaci ma jakąś skazę na swoim charakterze. Miało to wprowadzić element komediowy, ale można z tego również wyciągnąć przesłanie mówiące o tym, że nie ma ludzi idealnych. Każdy z nas jest równy, ponieważ wszyscy mamy jakieś swoje wady i ułomności i wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu nienormalni.
Są tu jeszcze złoczyńcy, którym jednak daleko do wrogów znanych z Z. Pilaf i jego ekipa również są zabawnymi nieudacznikami. Można nawet odnieść wrażenie, że to właśnie na nich wzorowali się twórcy Pokemonów tworząc Team Rocket.

Fabuła nie jest ani odkrywcza, ani skomplikowana, ale miło się to wszystko ogląda. Saga Pilafa ma tak naprawdę zaznajomić nas z nowymi bohaterami i ukazać świat w jakim toczy się akcja.
Najważniejsze jednak, że jest to fenomenalna komedia. Jeśli ktoś lubi taki niezobowiązujący typ humoru to będzie w siódmym niebie. Ja bawiłem się przy niej świetnie. Do tego cała saga jest spójna, kończy się finałem.
Jako ciekawostkę podam, że pierwotnie Toriyama pragnął właśnie w tym miejscu zakończyć serial, ale w związku z dużą popularnością postanowiono go kontynuować. Miła, przyjemna oraz spójna saga. Ze świetnym humorem i ciekawymi, sympatycznymi postaciami.

TOURNAMENT SAGA

Już w pierwszym odcinku poznajemy nową postać – ogolonego na łyso młodego ucznia klasztoru Szaolin. Każdy kojarzy Krilina jako najlepszego przyjaciela Goku, ale zadebiutował on jako podstępny rywal młodego Saiyajina. Za chwilę poznajemy również Lunch – kobietę o dwóch zupełnie odmiennych osobowościach zmieniających się podczas kichnięcia.

Jeśli chodzi o nastrój to nadal jest zabawnie, przeciwnicy, z którymi przyjdzie się zmierzyć naszym dwóm wojownikom, ponownie są ukazani w sposób dość humorystyczny. Czeka nas masa świetnych żartów, choć nie zabrakło również niesmacznych np. postać Bacteriana atakującego przeciwników zapachem z krocza była już lekkim przegięciem.
Jednak główną atrakcją i osią fabularną tej sagi jest oczywiście turniej Tenkaichi Boudokai. Oglądanie tamtejszych pojedynków i kibicowanie swojemu faworytowi potrafi dostarczyć wrażeń porównywalnych do oglądania zawodów z prawdziwego zdarzenia. Najwięcej emocji wzbudza oczywiście konfrontacja Goku i Mastera Roshi. Nie brakuje tu również niespodziewanych zwrotów akcji. Na pewno nikt nie będzie się nudzić.

RED RIBBON SAGA

Najdłuższa ze sag. Wikipedia dzieli ją na dwie mniejsze sagi tj. General Blue Saga oraz Commander Red Saga, ale jako, że obydwie dotyczą Armii Red Ribbon potraktuje je całościowo.
Goku nareszcie dostaje przeciwników z piekła rodem. Nawet Pilaf, który wcześniej zdążył napsuć sporo krwii poszukiwaczom Smoczych Kul nie może się równać z tymi brutalami. Przynajmniej tak zapewniają twórcy. A jak to wygląda w rzeczywistości?

Red Ribbon Army rzeczywiście są niebezpieczni, ale to wciąż jeszcze nie to. Saga RR może wciąż sprawiać te same problemy, a najpoważniejszym wciąż jest fakt, że Goku nadal nie spotkał godnych siebie przeciwników. Korzystają z najnowocześniejszych zdobyczy technologicznych oraz wojskowych, ale Son dalej może ich pokonać jednym uderzeniem. Dopiero postać Generała Blue przynosi poprawę. Gość jest nie tylko silny, posiada również zdolności hipnotyzerskie, co czyni go śmiertelnym zagrożeniem.

Co byście odpowiedzieli gdybym spytał Was o nemezis Goku? Jaką postać byście wskazali? Zapewne jakiegoś wroga z serii Z. Niektórym może też na myśl przyjść Piccolo Daimao. Jednak niewielu pamięta, że młody Sayiajin jeszcze wcześniej stoczył bój, którego cudem nie przypłacił śmiercią. Mowa tu oczywiście o postaci Tao Pai Paia. Bezduszny morderca, który podobnie jak Goku potrafił posługiwać się energią Ki. Ci dwaj stoczyli ze sobą epicki pojedynek i tylko przypadek ocalił Goku przed zagładą. Tak, nareszcie pojawił się godny przeciwnik dla naszego małego bohatera. Jest to moment przełomowy dla całej serii, o którym duża część fanów zapomina.


Finał sagi to wielkie zaskoczenie. Wielkie brawa dla twórców za taki zabieg fabularny, którego chyba nikt się nie spodziewał. Nie wykluczone, że właśnie na tym wzorował się Toei przy tworzeniu wątku Dona Dorunero i Giena w Mirai Sentai Timeranger. Nie będę zdradzał o co chodzi. To trzeba zobaczyć na własne oczy.
Seria z początku niczym szczególnym się nie wyróżniała. Dopiero postaci Generała Blue i Tao Pai Paia przyniosły prawdziwą rewolucję. Całą sagę kończy genialny finał, którego wyniku chyba nikt by się nie spodziewał.
Fanów twórczości Toryiamy na pewno ucieszy również crossover z inną znaną serią tego autora, który ma miejsce w tej sadze.

FORTUNETELLER BABA SAGA

Red Ribbon Army została pokonana. Goku chce po raz kolejny zebrać Smocze Kule, by ożywić ojca swojego przyjaciela zabitego przez Tao Pai Paia. O pomoc prosi Uranai Babę, starą czarownice znającą się na magii. Jednak aby uzyskać odpowiedź Son i jego ekipa muszą pokonać pięciu wojowników wiedźmy. I tym sposobem po zmaganiach ze zwykłymi ludźmi wyposażonymi w najnowsze zdobycze techniki przechodzimy w klimaty czarnej magii. Wojownicy wyglądają jak stwory z klasycznych horrorów, znowu toczy się pewnego rodzaju turniej sztuk walki, choć oczywiście nie tak wielkiego kalibru jak Boudokai.

Turnieje zawsze są interesującym tematem, a do tego tutejsi przeciwnicy mają bardzo ciekawe, zupełnie odmienne zdolności. Na koniec pojawia się nawet pewna istotna dla serii postać, również dość zapomniana. Można uronić łzę. Brawa również za ponowne wprowadzenie do akcji Pilafa. Uwielbiam te postaci, zawsze mnie rozśmieszają i oby jak najwięcej razy występowały w serii.

TIEN SHINHAN SAGA

Minęło już pięć lat od poprzedniego Tenkaichi Boudokai. A jako, że tradycja nakazuje by kolejne turnieje odbywały się właśnie w takim odstępie czasowym, ponownie będziemy mieli okazję obserwować zmagania wojowników o tytuł mistrza. I Po raz kolejny czeka nas masa emocji. Tym razem jest już zdecydowanie poważniej niż poprzednio. Walki takie jak Goku vs. Krilin i Yamucha vs. Tien Shinhan naprawdę potrafią zmrozić krew w żyłach.

Ciekawe nowe postaci, świetna intryga, porządny złoczyńca – Tsuru Sennin, masa napięcia oraz nieprzewidzianych zwrotów akcji. Możecie być pewni, że się nie zawiedziecie.
Ta Saga to złota era Tien Shinhana. Toryiama wprowadzając tą postać przeszedł sam siebie. Zły, ale honorowy wojownik z trzema oczami miał swoje momenty również i w Z, ale to właśnie w Tien Shinhan Sadze, w pierwszej serii, wspiął się na wyżyny genialności. To samo tyczy się postaci Chaozu, który w czasie swojego debiutu był naprawdę niebezpiecznym przeciwnikiem.

PICCOLO DAIMAO SAGA

Moja ulubiona saga. Już w dzieciństwie bardzo mi się podobała (czego nie można niestety powiedzieć o reszcie serii, której po prostu nie mogłem oglądać), a po odświeżeniu tylko utwierdziłem się w przekonaniu jak genialne jest to dzieło. Tienshinhan, Chaozu i Tsuru Sennin byli świetnymi „bad guyami”, ale apogeum miało dopiero nadejść. Akira Sensei miał jeszcze asa w rękawie, którego zachował sobie na koniec.
Piccolo Daimao i jego gang potworów Mazoku to wg mnie największy plus pierwszego Dragon Ball i zarazem jego największa atrakcja. Starożytny król demonów powstaje, aby ponownie chodzić po Ziemi, a jego pojawienie się zagraża wszystkiemu co żyje.

Bardzo podoba mi się klimat tej sagi. Oglądając ją czułem się jakbym słuchał jakieś starej ludowej japońskiej legendy opowiadanej przez wiekowego kapłana. Klimat tym razem staje się ciężki. Już na samym początku Goku cudem unika śmierci w walce z jednym z popleczników króla demonów. Piccolo niczym biblijny antychryst dąży do przejęcia władzy nad światem i uczynienia z niego miejsca, w którym zło jest prawem, a czynienie dobra zostało surowo zakazane i grożą za to straszliwe kary. Toryiama przygotował gratkę dla każdego fana apokaliptycznych klimatów. Na pewno spodoba im się świat opanowany przez Daimao, w którym rządzi przemoc i bezprawie, a dobrzy ludzie zostali sprowadzeni do poziomu zaszczutych psów, dla których jedyną szansą na przeżycie pozostaje ukrywanie się.

Jest to saga idealna. Ma wszystko czego potrzeba dobremu serialowi – świetnych złoczyńców, bardzo dobre pojedynki oraz trochę grozy.

JUNIOR PICCOLO SAGA

Tym razem dane nam będzie poznać dwie bardzo znane postacie z dragonballowej franszyzy, którymi okazują się, świetnie wszystkim znani Mister Popo oraz Kami. Goku zaczyna u nich trening by stać się na tyle silnym aby pokonać syna Piccolo Daimao. I tutaj niestety włącza się maniera większości anime a mianowicie odcinki-zapełniacze. W mandze wiadomo było tylko, że Popo zgodził się trenować Goku, a Piccolo Junior przyszedł na świat i zadeklarował zniszczyć pokój. Jako, że podążanie krok po kroku za wydarzeniami z mangi sprawiło by, że serial zakończyłby się po pół roku, więc czasami trzeba wprowadzać zapychacze. I właśnie trening Goku w anime trwa zbyt długo. Mniej wytrwali widzowie mogliby nawet w tym momencie przerwać oglądanie. Na wytrwałych czeka jednak nagroda. Zaraz po zakończeniu fillerów ponownie spotykamy naszego Goku tym razem jednak już jako wysokiego dorosłego mężczyznę, którego zna cały świat. Z początku na pewno ciężko będzie się Wam przestawić do nowego wizerunku tej postaci.

I wtedy właśnie akcja rusza jak z kopyta. Rozpoczyna się kolejny Tenkaichi Boudokai, na który wszyscy czekaliśmy przez wiele odcinków i na którym ma się rozegrać finałowa potyczka pomiędzy światłem i ciemnością. Czyli jak zwykle emocji nam nie zabraknie. Jakby tego wszystkiego było mało twórcy wprowadzili do turnieju postać Shena – niepozornego mężczyzny w średnim wieku, a my możemy dowoli odgadywać jaką rolę ma do spełnienia ta postać. A i tak pewnie niewielu zdoła odgadnąć o co tak naprawdę z nim chodzi.
Każdy Tenkaichi Boudokai miał jedną najbardziej interesującą i elektryzującą walkę, która była główną atrakcją sagi. Tu za taką robi oczywiście długo wyczekiwana potyczka dorosłego Goku i Piccolo Juniora. Zapewniam, że będziecie ją oglądać z sercem na ramieniu. Nieprzewidziane zwroty akcji, masa grozy i niespotykany ładunek emocjonalny gwarantowany. Wyniku oczywiście można się domyślić, ale i tak warto zobaczyć jak się to wszystko potoczy.

WEDDING SAGA

Wikipedia uznaje ją za część sagi Piccolo Juniora, ja jednak spotkałem się również i z takim nazewnictwem, a jako, że wydarzenia przedstawione w tych odcinkach niewiele mają wspólnego z młodym Piccolo, więc ja też potraktuję je oddzielnie.
Tym razem centralnymi postaciami są Goku i Chi Chi. Wyruszają w podróż w zaświaty, aby odnaleźć legendarny Bashosen – olbrzymi wachlarz potrafiący zgasić święty płomień, który ponownie odciął od świata pałac Gyumao razem z jego właścicielem.
Jest to kolejny materiał zapychaczowy. W mandze po zakończeniu Turnieju od razu rozpoczęły się wydarzenia znane z serii Z, czyli przybycie Raditza na Ziemię. Toei rozdzielił te dwa wydarzenia sagą o ślubie. I tą sagę można sobie z czystym sumieniem  odpuścić, przechodząc od razu do Z. Nie wnosi nic do fabuły, trwa tylko 5 odcinków, ale pomimo tego, potrafi wynudzić.
Jej jedyne plusy to ponowne spotkanie Goku ze swoim dziadkiem oraz sam ślub Goku i Chi Chi, którego w mandze nie pokazano.

PODSUMOWANIE

Seria oferuje nam 8 różnych sag. Pierwsza to niezobowiązująca komedia pełna świńskich żartów i innych mało ambitnych kawałów. Jeśli ktoś lubi taką rozrywkę to będzie się czuł jak ryba w wodzie.
Turniej to już inny klimat. Odcinki są już o wiele poważniejsze i emocjonujące. Saga Red Ribbon oraz Piccolo Daimao to typowa opowieść o walce dobra ze złem.

Moją ulubioną sagą jest oczywiście ta o Daimao, drugie miejsce zajmuje opowieść o Juniorze, a na trzeciej pozycji plasuje się Red Ribbon. Przez swoją humorystyczną otoczkę i brak flagowych postaci franszyzy, takich jak Vegeta i reszta Sayiajinów, pierwsza seria DB jest często niedoceniana przez fanów. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że to właśnie w tej produkcji swoje triumfy święcili tacy bohaterowie jak Yamucha, Tienshinhan, Krillin albo Chaozu, którzy w Z byli tłem, zaś tutaj są to ciekawe postaci z krwi i kości mające znaczenie fabularne.
Podoba mi się również tematyka. Mamy tu bardzo dużo mistyki i pomysłów zaczerpniętych z azjatyckich legend. Na ten przykład Piccolo jest tutaj starożytnym demonem, a Kami to nikt inny jak sam bóg. Dużo bardziej podoba mi się takie pochodzenie postaci niż patent z Z tłumaczący, że oczywiście wcale nie są mistycznymi stworzeniami lecz kosmitami z obcej planety.
Ale może twórcy chcieli w ten sposób dotrzeć do publiczności poza Japonią. Dla Europejczyków lub Amerykanów azjatyckie demony oraz bóg, który jest przedstawiany jako zwykła, słaba istota mogłyby się wydawać niesmaczne i ciężkie do przełknięcia, więc może dlatego postanowiono na zmianę ich wizerunków.


Dubbing to oczywiście klasa sama w sobie. Aktorka Masako Nozawa świetnie poradziła sobie z rolą Goku. Jeśli chodzi o jego dorosłą wersję, uważam, że powinien dubbingować go mężczyzna, bo z głosem kobiety ta postać wypada śmiesznie, ale że przez niemal całą pierwszą serię Goku jest mały to nie mam zastrzeżeń. Cała reszta obsady również spisała się na medal. Toru Furuya jako Yamucha, Hitomi Tsuru jako Bulma, Kohei Miyauchi jako Master Roshi, Mayumi Tanaka jako Krillin, Toshio Furukawa jako Piccolo to prawdziwy wzór dla każdego aktora dubbingowego.
Sporo tu także świetnych aktorów, których niestety już nie ma wśród nas. Mowa tu o Hirotace Suzuokim, który zdubbingował Tienshinhana, Takeshim Aono, który doskonale poradził sobie z rolami postaci tak różnorodnych jak Ninja Murasaki, Kami i Piccolo Daimao oraz Daisuke Gori, który potem zasłynął jako Mister Satan w ZKohei Miyauchi umarł jeszcze kiedy trwała seria Z i rola Roshiego przypadła innemu aktorowi.

Jeśli mówimy o animacji to akurat na tym aspekcie czas zdążył już odcisnąć swoje piętno. Walka z początku wygląda dość statecznie i wolno. Na te płynnie animowane, dynamiczne pojedynki znane z Z, będzie więc trzeba chwilę poczekać. Często postaci wykonują też sporo nienaturalnych wyskoków, które nawet jak na świat przedstawiony w serialu są po prostu niedorzeczne. Na szczęście od Red Ribbon sytuacja nieco się poprawiła, a walki stały się bardziej dynamiczne.

Muzyka to kawał świetnej roboty. Shunsuke Kikuchi spisał się na medal. Wiele kawałków muzycznych z Dragon Ball natychmiast wpada w ucho. Z resztą nieraz lubię sobie posłuchać tego soundtracku.

Nie podejmę się porównywania pierwszego DB z dwoma pozostałymi seriami. Wg mnie cała trójka prezentuje ten sam bardzo wysoki poziom. Na każdej bawiłem się tak samo dobrze. Każda z nich ma odmienny klimat i różni się od pozostałych. To właśnie jest w nich fajne. Ale najważniejsze, że wszystkie te serie to świetne kino.

Omawiana przeze mnie pierwsza seria DB to przyjemna, niezobowiązująca rozrywka w sam raz na dobre rozpoczęcie dnia. Pełno tu interesujących postaci i ciekawych przygód. O nudzie nie może być mowy. Jeśli niewiele z niej pamiętacie – musicie sobie ją natychmiast zypomieć. To naprawdę kawał porządnego, wręcz kultowego anime.

Autor: Mikoto

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Castlevania (2017)

Hurra! – wykrzyknęli gracze, kiedy dowiedzieli się, że Netflix sfinansuje zekranizowanie Castlevanii w postaci serialu …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *