PANTEON / RECENZJE / FELIETONY / KOMIKSY / Elektra z kolekcji Superbohaterowie Marvela – czy warto sięgnąć po wydanie Hachette?

Elektra z kolekcji Superbohaterowie Marvela – czy warto sięgnąć po wydanie Hachette?

Wydawani przez Hachette Superbohaterowie Marvela dobili już do czterdziestego tomu. Mimo że jestem osobą, która od samego początku patrzyła – i nadal zresztą patrzy – na trzecią tego typu kolekcję na polskim rynku ze sporym dystansem, jej najnowszego numeru nie mogłem przegapić. Wcale nie dlatego, że nigdy nie czytałem zebranego w nim materiału i w końcu pojawiła się ku temu okazja. Wręcz przeciwnie. Zawartość komiksu poświęconego Elektrze znam niemalże na pamięć.

Zmiana okładki w stosunku do zagranicznej wersji wyszła zdecydowanie na plus.

Po Elektrę sięgnąłem więc z dwóch powodów. Po pierwsze, mówimy tu przecież o kapitalnym tytule, który śmiało można stawiać w jednym szeregu z najważniejszymi i najbardziej wpływowymi pozycjami w historii całego medium. Koło faktu, że po raz pierwszy (!) ukazuje się on w Polsce nie sposób przejść zatem obojętnie. Ciągle zresztą nie potrafię zrozumieć, czemu nikt nie próbował wydać u nas wcześniej runu Franka Millera. Po drugie, byłem po prostu ciekaw jak bardzo Hachette musiało na potrzeby tej publikacji okroić fabułę napisaną w pierwszej połowie lat 80. przez wschodzącą wówczas gwiazdę Marvela.

Wbrew temu, czego się obawiałem, omawiana edycja Elektry nie jest aż tak wybiórcza i niekompletna, żeby na nowo wznosić głosy o tym, jak to kolekcje psują rodzimy rynek wydawniczy. Głosy, z którymi nawiasem mówiąc częściowo się zgadzam – nieprzypadkowo do tej pory sprawiłem sobie tylko tomy o Spider-Manie i Daredevilu. Czterdziesty prezentuje względnie spójną, sensowną historię, która została wyselekcjonowana na tyle dobrze, na ile tylko pozwala format Superbohaterów Marvela. Problem tkwi jednak w tym, że to z góry wiąże się z pewnymi ograniczeniami i wymusza na czytelniku ustępstwa. Czyli coś, czego nie wymagałoby od niego „normalne” wydanie zbiorcze Daredevila wg Millera.

W przypadku Elektry odbiorca musi zaakceptować to, że wydawca pozbawia go możliwości przeczytania numerów serii od #169 do #173. Komiks zawiera bowiem zeszyt #168, w którym debiutowała postać greckiej zabójczyni (a razem z nią Miller w roli scenarzysty), a po nim następuje natychmiastowy przeskok do Daredevil #174. W pominiętej części runu nie ma może zbyt wiele scen z udziałem Elektry, ale brak tych pięciu numerów odrobinę spłyca tę historię i odziera ją z kontekstów. Gwoli ścisłości panna Natchios pojawia się wyłącznie w zeszycie #169. Konkretnie w jednej sekwencji, która, choć krótka, pozostaje znacząca. Mówi sporo o jej charakterze i poniekąd tłumaczy podejmowane przez nią w najbliższej przyszłości decyzje. Elektra odkrywa wtedy, że w życiu Matta nie ma już miejsca dla dawnej ukochanej. Ta pojedyncza strona dobitnie pokazuje, że bohaterka toczy wewnętrzny konflikt i jest jeszcze nadzieja na jej odkupienie.

Scena z Daredevil #169, której nie uświadczymy w wydaniu Hachette…

Kolejne wycięte numery, już bez Elektry, nie mają co prawda bezpośredniego wpływu na jej wątek, ale są za to szczególnie istotne dla całego runu Millera. Stanowią coś na kształt małych cegiełek, które budują napięcie przed właściwą kulminacją i w ostatecznym rozrachunku nadają historii głębi oraz czynią poszczególne postacie wielowymiarowymi. To właśnie one ukształtowały Bullseye’a jako największego rywala Daredevila i pomogły zredefiniować Kingpina. Ponadto, a może od tego powinienem zacząć, to po prostu wyśmienite komiksy, które mimo ponad trzydziestu lat na karku nic a nic się nie zestarzały. W tym tekście nie będę jednak szerzej ich omawiał. Gdyby ktoś zastanawiał się, co sprawiło, że Daredevil Millera osiągnął tak kultowy status, gorąco zapraszam do zapoznania się z moim wcześniejszym artykułem na ten temat:

Przez dwa lata pisania „Daredevila”, Miller zrobił więcej niż jego poprzednicy przez osiemnaście. Ukształtował postać Matta Murdocka i odcisnął na niej swoje piętno. Tacy bohaterowie jak Elektra czy też Stick, który zadebiutował w #176 numerze, w komiksach obecni są do dziś. Podobnie jak klan ninja. Poza tym Miller niejako „ożywił” Hell’s Kitchen i nadał mu unikalny wygląd. Ciemne zaułki, brudne ulice i charakterystyczne silosy na dobre wpisały się w krajobraz tej dzielnicy.

Dla czytelnika nawet większą stratą niż brak wyżej wymienionych zeszytów powinno być okrojenie opowieści o Elektrze z emocjonalnego epilogu. Jego funkcję pełni Daredevil #182, przedstawiający jeden z prawdopodobnie najtrudniejszych, a dla odbiorcy najbardziej poruszających momentów w życiu Matta Murdocka. Wątek zabójczyni powraca także niemalże pod sam koniec runu Millera (#187-190). Pomimo tego, że ponownie są to komiksy, w których Elektra nie zalicza pełnoprawnych występów – z przyczyn wiadomych dla osób, które znają już ten tytuł lub choć trochę interesują się historią Marvela – to jej obecność bezsprzecznie czuć w powietrzu. Bohaterowie podejmują wszystkie decyzje z myślą o niej, a liczne sceny retrospekcji pomagają zrozumieć drogę jaką przeszła i wzbogacają mitologię powiązanego z nią klanu ninja The Hand. Finalnie to właśnie Daredevil #190 należy traktować jako właściwe zwieńczenie sagi Elektry Natchios.

Komiks ze słynną sceną pojedynku już dawno temu powinien ukazać się w Polsce.

Myślę, że wydanie Hachette zadowoli mniej wymagających czytelników, którzy chcą po prostu dowiedzieć się co nieco o postaci wojowniczki w czerwonej chuście. Czterdziesty tom kolekcji Superbohaterowie Marvela prezentuje w końcu wszystko to, co pozornie najbardziej kluczowe. Ignoruje oczywiście kilka ważnych zeszytów, ale nie można powiedzieć, że fabuła sprawia przez to wrażenie niezrozumiałej lub zdaje się urywać w połowie.

Ponownie jednak podkreślę: to nadal jest pozycja, która odbiera możliwość odkrywania tej historii kawałek po kawałeczku. Nie daje pełnego obrazu dzieła Millera. Dobiera materiał w sposób rozsądny, ale jednocześnie dość automatyczny i bezduszny. W pewnym stopniu przypomina to sytuację, w której widz świadomie godzi się na pewien dziwny układ i zamiast oglądać całość znakomitego serialu, śledzi wyłącznie sceny ze swoim ulubionym aktorem. Wiadomo, że można podejść tak do jakiegoś tekstu kultury, ale czy na pewno warto? Po co zapoznawać się z nim i mieć na uwadze, że czyta się tylko wyimek, skoro… na wyciągnięcie ręki jest jego kompletna wersja? Lepiej kupić sobie oryginalne wydanie lub poczekać jeszcze trochę na polską, trzytomową edycję runu Franka Millera – taka prędzej czy później musi się pojawić.

AUTOR Maurycy Janota

Wsiąknął w komiksy za sprawą legendarnego runu Franka Millera w serii o Daredevilu. Odkąd przeczytał wszystkie historie z udziałem Matta Murdocka i Elektry, zabija czas na różne sposoby. Pisze opowiadania, po raz setny wraca do oryginalnej trylogii Star Wars lub ogląda horrory studia Hammer.

PRZECZYTAJ TAKŻE

[RECENZJA] Daredevil: sezon 3

Jest pewna niepisana zasada, do której stosują się kolejni scenarzyści komiksowego Daredevila. Zakłada ona, że …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *